Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osobiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osobiste. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2020

Woodstock 2020

Pomysł wyjazdu na Pole wypłynął spontanicznie w połowie butelki wytrawnego czerwonego wina. Oczywiście, nie wyruszyliśmy od razu. Wyjechaliśmy dopiero w czwartkowe popołudnie po dopięciu bieżących spraw, jak dorośli i odpowiedzialni ludzie. Nikt nie musiał wykrzyczeć, że zaraz będzie ciemno, bo na miejsce dotarliśmy, kiedy już zmierzchało. Dla Maćka Kostrzyn nad Odrą to siedem lat festiwalowych wrażeń i odliczania dni do każdego kolejnego Przystanku. Moje pozytywne emocje przypominały erupcję wulkanu, chociaż, delikatnie ujmując, ich stan daleko odbiegał od uporządkowania. Zresztą, ostatni miesiąc mocno odcisnął się rewolucją w mojej głowie. Próbuję pogodzić się ze światem, który brutalnie potargał wszystkie moje tegoroczne bilety lotnicze i uwięził mnie w otchłani absurdu i niekompetencji decydentów. Ten wyjazd miał wyjątkowe znaczenie, choćby przez fakt, że był moją pierwszą prawdziwą wyprawą po izolacji. Najważniejszym elementem udanej podróży jest odpowiednie towarzystwo, a tutaj zagraliśmy z Maćkiem idealnie na tych samych falach. Ponadto, perspektywa nocy w namiocie lub pod gwiazdami nieustannie budzi we mnie ekscytację. Z wersji spania pod gołym niebem błyskawicznie wyleczyły mnie jednak bezlitosne komary. W bezpiecznej przestrzeni namiotu nagle zapomniała o mnie moja chroniczna bezsenność i odpłynęłam pomiędzy ciszą Pola a festiwalowymi historiami szeptanymi przez trawę i buty na sandałowym drzewie. Wybudził mnie dopiero zapach parzonej kawy. Chyba nigdzie indziej kawa nie smakuje tak dobrze.




Dla naszego pokolenia Pol'and'Rock Festiwal zawsze pozostanie Przystankiem Woodstock, chociaż nowej nazwie nie można zarzucić braku polotu. Puste Pole budzi mieszane uczucia. Z jednej strony, czułam się nieco dziwnie bez tych wszystkich uśmiechniętych i roztańczonych ludzi, jakby narzucony dystans społeczny mierzony był w kilometrach. Z drugiej natomiast, nawet bez rozstawionej sceny wciąż słyszałam muzykę. Nasz dwuosobowy Woodstock był magiczny i bardzo głęboko zapadł w serce. A czy jeszcze kiedykolwiek tu przyjadę? Nie wiem, być może zdarzy się wyciągnąć tę kartę z talii marzeń.


czwartek, 23 kwietnia 2020

Archeologia domowa

Przybytki kultury zamknięto na cztery spusty. Jedno z muzeów podrzuciło inspirację do poszukiwania dzieł sztuki i historii bez wychodzenia z domu. Osobiście cenię minimalizm i praktyczność, a nadmiarem czuję się przytłoczona. Nie kolekcjonuję antyków, z podróży w ramach pamiątek przywożę jedynie fotografie, a na moich ścianach zamiast obrazów wiszą mapy. Znalazłam tylko jeden przedmiot, który nadaje się do skatalogowania jako potencjalny eksponat muzealny.


Nazwa: moździerz z tłuczkiem
Wymiary: długość 17,3 cm (tłuczek), wysokość 9,9 cm (moździerz), średnica 11,0 cm (moździerz), głębokość 8,5 cm (moździerz)
Materiał: mosiądz
Technika: wyrób rzemieślniczy
Pochodzenie: Małopolska
Datacja: pierwsza połowa XX w.
Opis zabytku: moździerz profilowany, wokół pięć poziomych linii, wewnątrz trzy poziome linie, tłuczek z profilowanym wyoblonym zgrubieniem pośrodku rękojeści
Dział: Galeria Wspomnień i Sentymentów
Ciekawostka: moździerz z tłuczkiem został skatalogowany jako element wiana mojej Babci (Chodów koło Miechowa, 1945 r.)



Ciekawa jestem, jakie skarby możecie wykopać we własnych domach. Nie muszą one być zabytkowe ani kosztowne. Wiele zwykłych przedmiotów codziennego użytku opowiada historie naprawdę niezwykłe. Może chcecie się nimi podzielić? A może macie jakąś nietypową kolekcję, którą warto sfotografować i opisać?


niedziela, 12 kwietnia 2020

Inny wymiar świętowania

Święta odgórnie odwołano. Nie jestem koneserem tradycyjnych rytuałów, a niektóre doklejone do Wielkanocy prymitywne obrzędy ludowe, takie jak bieganie band wyrostków z wiadrami i bezpardonowe oblewanie wodą ludzi na ulicy, uważam za, delikatnie mówiąc, infantylne i zbędne. Zabrakło mi spotkań w rodzinnym gronie i tej niezwykłej atmosfery wspólnoty, jaką kreują każde Święta. Jedyne, na co mogłam sobie pozwolić w czasach głupich zakazów, to kilkunastokilometrowy spacer po zdziczałych zakamarkach Krakowa, zalegalizowany przez wypożyczone towarzystwo Odie. Szczęśliwie psina uwielbia odkrywać ze mną tajemniczy świat poza wydeptanym trawnikiem wokół bloku, w którym mieszka. Wspólne włóczęgi oczywiście zapoczątkowane zostały w odległej przeszłości, zanim merdający ogon stał się zabezpieczeniem przed mandatem, niemniej w świetle absurdalnych przepisów, teraz to Odie wyprowadza mnie, a nie ja ją. Ot, taki paradoks.



środa, 18 marca 2020

Jak przetrwać w czasach zarazy

Próbowałam ominąć ten temat, ale zdominował całą rzeczywistość wokół mnie, również tę wirtualną. Panika narasta, więc chciałabym podać fakty na temat koronawirusa, obalić mity i teorie spiskowe, zdementować plotki, podzielić się moimi doświadczeniami i trochę Was uspokoić. Na wstępie informuję, że nie jestem lekarzem, ale moje pierwsze studia były ściśle powiązane z medycyną. U podstaw inżynierii ortopedycznej leży znajomość anatomii i fizjologii, a przede wszystkim gruntowna wiedza na temat funkcjonowania układu immunologicznego. Można powiedzieć, że moje kwalifikacje są na poziomie felczera. Równocześnie czytam publikacje naukowe w kilku językach i na bieżąco analizuję dane udostępniane przez ośrodki na całym świecie. Możecie mi zaufać :)

1. Zostańcie w domu

Szczerze mówiąc, w pierwszej chwili przeżyłam szok, kiedy z mojego terminarza zaczęły nagle znikać wszystkie zaplanowane spotkania i wydarzenia. Prowadzę bardzo aktywny tryb życia i wszędzie mnie pełno, więc niełatwo było pogodzić się z myślą o konieczności wycofania się z przestrzeni publicznej. Otrząsnęłam się szybko. Należę do tej grupy szczęśliwców, którzy mogą pracować zdalnie i chętnie korzystam z tego luksusu. Oszczędzam wtedy czas na dojazdach do biura, a, co najważniejsze, praca w domu, w którym nikt mnie nie rozprasza, jest wydajniejsza. Już wcześniej zdarzały mi się kilkunastodniowe okresy izolacji, kiedy realizowałam jakiś projekt albo pisałam artykuł. Zresztą, nie uważam mojego domu za więzienie i zawsze potrafię sobie znaleźć kreatywne zajęcie. Cały świat podaje nam pomocną dłoń. Wczoraj wieczorem wybrałam się do Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Mogłam zachwycać się fantastycznym przedstawieniem "Cyganerii" Pucciniego we własnym pokoju. Dzisiaj pewnie pójdę do kina i nikt nie będzie mi szeleścił albo rechotał za uchem. W świecie wirtualnej kultury repertuar zaskakuje swoim bogactwem. Odczuwam jedynie ból z powodu zamknięcia bibliotek (dlaczego jeszcze nikt nie wymyślił bibliotekomatów?), z uzależnieniem trudno walczyć.

Możliwość pozostania w domu potraktujcie jak dar, a nie przymus. Przede wszystkim, należy rozróżnić zalecaną czasową izolację dla własnego bezpieczeństwa od narzuconej kwarantanny z powodu podejrzenia zarażenia wirusem. Większość z nas znajduje się w tej pierwszej, lepszej sytuacji. Bezpośrednie spotkania z innymi ludźmi w dobie satelitów i komputerów można zastąpić rozmową telefoniczną albo komunikacją za pośrednictwem internetu. Przecież właśnie w ten sposób utrzymujemy kontakt z bliskimi nam osobami, które mieszkają daleko. Nie jesteśmy od siebie odcięci, zmieniają się jedynie formy wspólnego spędzania czasu, w dodatku przejściowo. Żadna epidemia nie trwa wiecznie. Wiele osób nie ma tego komfortu. Muszą pracować, chociaż z pewnością chętnie zamieniłyby się z nami miejscami. Doceńmy, że nie musimy wychodzić i ryzykować. Nie stwarzajmy dodatkowego zagrożenia dla pozbawionych ochronnego płaszcza kwarantanny.

Piękna pogoda prowokuje do wyjścia na zewnątrz. Najlepiej, oczywiście, posiedzieć na własnym balkonie lub w przydomowym ogrodzie, ale spacer po parku z zachowaniem dystansu do innych osób jest równie bezpieczny. Przyroda nie jest nośnikiem dla wirusa. Jedynie organizm ludzki umożliwia rozprzestrzenianie się choroby. Na bezludnych ścieżkach leśnych nie ma zagrożenia. Niebezpieczeństwo czai się w sklepach i w komunikacji publicznej, wszędzie tam, gdzie przebywają inni ludzie. Załóżcie, że każdy napotkany człowiek jest potencjalnym przypadkiem koronawirusa, nawet jeśli nigdy nie słyszał o alpejskich kurortach. Jeśli musicie wychodzić z domu, nawet spotykając swoich znajomych, stosujcie bezdotykową formę kontaktu, a, w miarę możliwości, zachowujcie cztery metry własnej strefy komfortu. Szczególną ostrożność muszą zachować osoby starsze lub chorujące na choroby przewlekłe, choćby na cukrzycę, ponieważ ich organizmy mają obniżoną odporność. Pamiętajmy jednak, że ofiarą wirusa może stać się każdy, bez względu na wiek i płeć. Tymczasowa izolacja we własnym mieszkaniu jest najlepszą strategią w walce z zarazą. Dom to nie klatka, tylko Wasza bezpieczna przystań.

2. Dbajcie o higienę 

Regularne mycie rąk zalecam nie tylko w czasie zarazy. Gdybyśmy mieli mikroskopy zamiast oczu, zauważyliśmy, że wszędzie otaczają nas drobnoustroje, roztocza i inne maleństwa, które niekoniecznie mają wobec nas dobre zamiary. Zachowajcie umiar i nie wpadnijcie w kompulsywną przesadę. Jeśli nie wychodzicie z domu, nie musicie co 5 minut biec do łazienki i szorować skóry aż do kości. Nadmiar środków dezynfekujących prowadzi do wyjałowienia, a tym samym osłabia odporność. Jeśli musicie wychodzić z domu, unikajcie dotykania palcami przycisków, klamek czy poręczy w miejscach publicznych. Możecie użyć rękawiczek, woreczka foliowego albo chusteczek higienicznych. Według czeskich naukowców, wirus potrafi przez kilka godzin przetrwać poza organizmem, wykorzystując bakterie jako swoistą tratwę ratunkową. Korzystajcie śmiało z płynów antybakteryjnych udostępnianych na dworcu czy przy wejściach do sklepów. Po powrocie do domu pierwsze kroki skierujcie do łazienki i dokładnie umyjcie ręce mydłem.

3. Wspierajcie innych

Kwarantanna jest niezbędna. Niedoposażone szpitale nie zapewnią nam wszystkim właściwej opieki w przypadku zachorowania. Przemęczony personel medyczny nie dokona cudów. Takie umiejętności posiadają tylko orzecznicy ZUS, których na próżno szukać na linii frontu walki z wirusem. Narażają się tylko prawdziwi lekarze, pielęgniarki, sanitariusze czy ratownicy medyczni. Nie liczcie na pomoc naszego rządu. Dla ministrów ważniejsze są nowe limuzyny niż sprzęt ratujący ludzkie życie. Podziękujcie Jurkowi Owsiakowi za kilka tysięcy respiratorów, chociaż to tylko kropla w morzu potrzeb. Nie liczcie na władze samorządowe. W Krakowie prezydent forsuje właśnie podwyżki podatków zamiast zorganizować sztab kryzysowy i zadbać o mieszkańców. Musimy sami sobie pomóc.

Cenną inicjatywą są grupy wolontariuszy, które deklarują pomoc w zakupach czy opiece nad dziećmi albo zwierzętami domowymi. W Krakowie zadania te koordynują: "Ekipa z Sąsiedztwa", "Widzialna Ręka" czy "Kraków dla Mieszkańców". Sama zgłosiłam się do jednej z nich jako "telefon zaufania" dla każdej osoby, która potrzebuje pocieszenia, porady, wsparcia psychicznego czy zwyczajnie chciałaby usłyszeć ludzki głos. Możecie zaproponować pomoc swoim najbliższym sąsiadom. Zakupione produkty lub leki zostawiajcie pod drzwiami. Na rozmowy i podziękowania przy filiżance herbaty przyjdzie czas później.

4. Dbajcie o zdrowie, także o psychiczne

Najłatwiejszym celem dla każdego wirusa jest osłabiony organizm. Uzupełniajcie codzienną dietę o witaminy i mikroelementy. Jeśli nie macie dostępu do owoców i warzyw, wspomagajcie się suplementami diety. Warto sięgnąć po blister ze zwykłą witaminą C. Najlepsze, oczywiście, są zawsze naturalne źródła. Uwielbiam smak malin, więc codziennie rozmrażam sobie małą porcję z zapasów, które zebrałam sobie w lecie na działce. Idealne do przechowywania (i równie smakowite) jest pomelo. Możecie trzymać je w lodówce do trzech miesięcy, ale przyznaję się, że nigdy nie udało mi się tak długo powstrzymać się od jego zjedzenia. Pietruszkę i szczypiorek hoduję w doniczkach na parapecie.

Unikajcie szumu informacyjnego i ciągłego sprawdzania ilości przypadków zachorowania wykrytych na świecie. Wolny czas poświęćcie na swoje hobby, obejrzyjcie ciekawy film, przeczytajcie książkę, zróbcie wiosenne porządki. Zadzwońcie do krewnych lub znajomych, powspominajcie miłe chwile. Uśmiechnijcie się do domowników, pobawcie się z dziećmi. Znajomość danych statystycznych nie powstrzyma rozprzestrzeniania się pandemii. Jeśli nie wychodzicie z domu, jesteście bezpieczni, więc nie musicie stać się kolejnym trybikiem w sztucznie nakręcanej spirali paniki. Nie odwołujcie zaplanowanych wydarzeń, tylko zmieńcie ich termin. Nie pozwólcie, żeby wirus przejął kontrolę nad Waszym życiem.

Jeśli poczujecie się źle, nie wychodźcie z domu, tylko skonsultujcie się z lekarzem telefonicznie. Nie musicie iść do przychodni, recepta zostanie przesłana do Was smsem. Jeśli jesteście alergikami, kichnięcie nie oznacza zakażenia, a jedynie przypomina, że w tym roku wiosna przyszła wcześniej. Zwykła grypa czy przeziębienie nie zniknęły z oficjalnej listy chorób. Prawdopodobieństwo, że koronawirus Was znalazł za kanapą jest naprawdę zerowe. Bądźcie zawsze szczerzy w rozmowie z lekarzem: nie można zatajać informacji o ostatnich podróżach albo o spotkaniach z osobami, które właśnie wróciły.

5. Zachowajcie rozsądek w czasie zakupów

Może zabrzmi mało kobieco, ale nie lubię robić zakupów. Obwieszanie się siatkami jak choinka nie pasuje do mojego stylu, więc w osiedlowych sklepikach pojawiam się sporadycznie w sytuacjach awaryjnych. W mieście wiecznych korków jak ognia unikam jazdy samochodem, więc wolę raz na trzy tygodnie podjechać w nocy do Makro i jednorazowo uzupełnić stan mojej spiżarni. Zwracam szczególną uwagę na terminy przydatności do spożycia. Pieczywo wrzucam do zamrażalki i wyciągam sobie dwie kromki pół godziny przed posiłkiem. Jeśli jesteście miłośnikami chrupiącej skórki, wystarczy owinąć zamrożone pieczywo wilgotną ściereczką i włożyć do kuchenki mikrofalowej. W trosce o zachowanie na dotychczasowym poziomie światowej populacji moli kuchennych takie produkty jak mąka czy płatki śniadaniowe zamykam w pojemnikach próżniowych. Zanim wyjdę do sklepu, zawsze zadaję sobie pytanie, czym daną rzecz mogę zastąpić. Kreatywność zawsze zwycięża w starciu z koniecznością zakupu. W kryzysowej sytuacji można skorzystać ze sprawdzonych rozwiązań historycznych. Nasi średniowieczni przodkowie doskonale radzili sobie bez papieru toaletowego i używali liści kapusty. "Nie ma sytuacji bez wyjścia"- jak to w pewnym dowcipie powiedział facet, zawiązując buta dżdżownicą.

Ostatnio przyjaciółka zaskoczyła mnie pytaniem, "co robię ze zgniłym jedzeniem". Nie mam w ogóle takich doświadczeń. Znam własne możliwości. Kupuję tylko to, co jest mi potrzebne. Niedojedzoną kocią karmą częstuję jeże. Właściwie tylko w kwestii słodyczy nigdy nie potrafię oszacować wystarczającej ilości, ale jako czekoladowy potwór nie mogę oprzeć się pokusie i nawet nie wiem, kiedy moje zapasy znikają. Zresztą, tutaj pojawia się niedobór, więc problem właściwego zaplanowania zakupów mnie nie dotyczy. Kupujcie tak, żebyście nie musieli potem wyrzucać. Róbcie listę potrzebnych produktów, sprawdzajcie terminy przydatności, zwracajcie uwagę na sposób przechowywania. Nie panikujcie, kiedy pracownicy sklepów nie nadążają z uzupełnianiem towaru na półkach.

6. Uważajcie na oszustów

Nawet w czasie, kiedy ludzie najbardziej powinni okazywać sobie solidarność, zawsze trafią się cwaniacy i spekulanci. Nie wpuszczajcie rzekomych kontroli epidemiologicznych do swoich domów. Nie wpłacajcie pieniędzy na podejrzane zbiórki. Szpitale informują o brakującym sprzęcie oraz wskazują swoje rachunki bankowe bez żadnych pośredników. Wywindowane ceny można zgłaszać do Inspekcji Handlowej. Nie istnieje żadne cudowne lekarstwo, które możecie zamówić z dostawą do domu. Nie ufajcie reklamującym się uzdrowicielom. Nie poddawajcie się nastrojom apokaliptycznym. Koronawirus nie jest karą boską, ale zwykłą chorobą, której rozprzestrzenianie wymknęło się spod kontroli.

7. Nikt nie próbuje Was zabić

Wybaczcie, ale nie wierzę w żadne teorie spiskowe. To nie jest broń biologiczna. Wirusy były zawsze, ale część z nich mutuje, a niektóre dostają nowe nazwy. To nie jest zmowa koncernów farmaceutycznych. Uodparnianie się wirusów na leki automatycznie powoduje konieczność badań laboratoryjnych i wprowadzania nowych lekarstw, skutecznych dla leczenia danego szczepu. Kilkanaście lat temu wyjeżdżałam do Afryki. Profilaktycznie przyjęłam wszystkie szczepionki na choroby występujące na danym obszarze. Problem pojawił się w przypadku malarii. Jedyny oficjalnie dostępny w Polsce środek był przestarzały. Zdobycie odpowiedniego lekarstwa, które na podstawie jednej recepty można było kupić za granicą, w naszym kraju wymagało uruchomienia całej procedury biurokratycznej: wypełniania rozmaitych formularzy, podpisów lekarza rodzinnego, podpisów wojewódzkiego lekarza medycyny tropikalnej, dodatkowych formularzy dla apteki, a finalnie podpisów w Ministerstwie Zdrowia. Jestem uparta, więc zdobyłam szczepionkę. Autyzmu nie dostałam, chociaż stosuję profilaktykę przed każdą egzotyczną podróżą.

Równie absurdalne są pogłoski o celowym "odmładzaniu społeczeństwa" i próbach wyeliminowania z premedytacją osób w sędziwym wieku. W grupie ryzyka rzeczywiście znajdują się starsi i chorujący na przewlekłe choroby, ponieważ to ich układ immunologiczny jest najbardziej osłabiony. Logika, a nie spisek. Zwróćcie uwagę, że najczęściej chorujecie, kiedy jesteście przemęczeni, przepracowani, przybici psychicznie. Każda choroba wybiera najłatwiejszy cel: najsłabszych. Wiele przypadków śmiertelnych należy powiązać ze schorzeniem, które występowało jeszcze przed zarażeniem koronawirusem. COVID-19 pełni rolę gwoździa do trumny. Ostatnie doniesienia z chińskich ośrodków naukowych mówią, że znaczący wpływ na odporność na wirusa ma grupa krwi. Tutaj również pozostaję sceptyczna, moim zdaniem, próba badawcza jest niewystarczająca do udowodnienia tej teorii.

8. Zwierzęta domowe nie przenoszą wirusa

Najgłupsza plotka, jaka do mnie dotarła, to oskarżanie domowych zwierzaków o przenoszenie wirusa. Próby nienaukowego wyjaśnienia niezrozumiałych zjawisk zawsze towarzyszyły ludzkości. Na przestrzeni wieków rozmaite epidemie zgarniały swoje żniwo. W średniowieczu chętnie oskarżano "wiedźmy" albo mieszkańców skonfliktowanej sąsiedniej wioski o rzucenie klątwy. Oskarżenia padały również w stronę Żydów, bo ciemny lud nie dostrzegał różnic w ówczesnej higienie osobistej poszczególnych kultur. Z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że koronawirus zupełnie nie interesuje się zwierzętami domowymi. Nie pozwólcie sobą manipulować i nie wyrzucajcie pupili ze swoich serc.

Doktor Kot radzi: nie wychodźcie z domu, unikajcie ludzi, wśród zwierzaków możecie być szczęśliwi i bezpieczni.

9. Życie po pandemii

Każda epidemia zostaje z czasem opanowana. Życie jest zbyt krótkie, żeby przeglądać się w rozlanym mleku. Myślmy o przyszłości, na którą wpłynie obecna sytuacja. Nie trzeba być jasnowidzem, żeby przewidzieć załamanie w niektórych sektorach gospodarki. Przedsiębiorcom działającym w turystyce i gastronomii grozi niewypłacalność. Nie odwołujcie zarezerwowanych wycieczek, lecz zmieniajcie ich terminy. Zamawiajcie jedzenie z ulubionych restauracji, które oferują dania na wynos. System szkolnictwa ukazał swoją kruchość w całej okazałości. Wielu nauczycieli to cyfrowi imigranci, więc nie unieśli ciężaru zdalnego nauczania. Pandemia odsłoniła również tragiczny stan służby zdrowotnej w kraju. To tylko przykłady, widmo bankructwa wisi nad różnymi branżami. Zastanówmy się, co możemy zmienić, żeby przygotować się do innych potencjalnych zagrożeń. Przygotujmy plan bezpieczeństwa narodowego. Wyeliminujmy słabe punkty z systemu. Wyciągnijmy wnioski z błędów, które zostały popełnione. Zamiast finansować propagandową telewizję, kupmy sprzęt ratujący ludzkie życie. Zmieńmy nastawienie z "mieć" na "być". Zauważmy drugiego człowieka i uśmiechnijmy się do niego. Teraz z odległości 4 metrów, ale już niedługo będziemy mogli podejść bliżej i naprawić nasze relacje. Bądźmy empatyczni i solidarni. Tylko wspólnymi siłami możemy odbudować świat, bez lęku, bez paniki, bez wzajemnych animozji. Życzę Wam wszystkim zdrowia i spokoju. Jeśli potrzebujecie rozmowy, jestem do dyspozycji.


czwartek, 2 stycznia 2020

Noworoczne refleksje

Na progu Nowego Roku człowieka dopada euforia możliwości zmian. 365 dni później okazuje się, że większość postanowień nadal pozostaje gdzieś w sferze marzeń. Najpełniej zrealizowałam się w planach podróżniczych. Uwielbiam być kropką na mapie. Oczywiście, czuję niedosyt. Zabrakło mojej ukochanej Hiszpanii i górskich wędrówek też było zbyt mało. A jednak jestem zadowolona. Odwiedziłam wielu starych, wspaniałych przyjaciół, poznałam nowych, niezwykłych ludzi, odkryłam mnóstwo fascynujących miejsc. Szczególnym sentymentem darzę Cypr, głównie ze względu na moich przecudownych towarzyszy podróży - Patrycję, Grzesia i Antosia. Miło wspominam Beneluks i Toskanię. Wrażeń z polskich miast i wsi mogłabym wymienić całkiem sporo, w każdym wyjeździe pojawiło się coś wyjątkowego. Z pewnością silnym przeżyciem była naukowa wyprawa na Suwalszczyznę, ale równie mocno zaangażowałam się w fotograficzne polowania na motyle w Bukowinie Tatrzańskiej czy w Ropicy Polskiej. W tym roku zdecydowanie zamierzam kontynuować życie włóczęgi i myślę, że właśnie takie plany, które wiążą się z przyjemnościami, a nie z wyrzeczeniami, najłatwiej jest zmienić w czyn. Cztery wycieczki już zamknęłam w konkretnych datach najbliższych miesięcy. A pozostałe postanowienia? Zdradzę Wam za rok, jeśli uda mi się w nich wytrwać.



poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Fata Morgana

Zapewne zauważyliście, że w tym roku rzadko można mnie spotkać w kulturalnych salonach Krakowa. Wyjścia z domu ograniczam do tych obligatoryjnych. Pamiętacie sołtysa z Wąchocka, który na noc zwijał asfalt? Nasz prezydent w swojej megalomanii poszedł znacznie dalej. Pozwijał całe ulice na wiele miesięcy. Wybrał te najbardziej strategiczne. Przeraża mnie miasto, które wygląda, jakby zostało zbombardowane. Trudno nazwać to remontem. Komunikacja publiczna, czule nazywana przez swoich użytkowników bydłobusami, porusza się slalomem bez cienia logiki. Zresztą, nazywanie tego poruszaniem się jest mocnym nadużyciem. W organizacji tras objazdowych zabrakło wizji terenowej. Na wąskich uliczkach osiedlowych do zatrzymania ruchu wystarczy jeden niefrasobliwy kierowca, który w przedszkolu nie nauczył się, jak wypełnić kolorowankę bez wychodzenia poza linię. Równie fatalnie przedstawiają się ciągi piesze. Chaos, fuszerka i eksperymenty na ludziach. Nie zauważyłam, że pod świeżo oddanymi do użytku płytami chodnikowymi zamontowano katapultę. Rozbite kolano powoli się goi, ale moi znajomi przeżyli bardziej spektakularne przygody podczas krakowskiego trekkingu i zostali nagrodzeni gipsowymi skarpetkami. Narodowy obowiązek narzekania został wypełniony, przejdźmy zatem do meritum i zatrzymajmy się przy kilku malarskich wizjach.


Galeria Ufo, do której się wybraliśmy, mieści się przy ul. Krakowskiej 13. W piątkowy wieczór, 9 sierpnia br., otwarto wystawę zbiorową zatytułowaną "Fata Morgana". W przeglądzie twórczości młodego pokolenia artystów widać wyraźny nacisk na abstrakcję i surrealizm. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy "Fortepianie" Radima Korosa, chociaż bez podpisu trudno przełożyć rozszalałe i ociekające jaskrawą cieczą klawisze na ich rzeczywisty pierwowzór. Skojarzenia autora są niezwykle trafne. Znakomicie zilustrował ból przeszywający wnętrze instrumentu, wywoływany każdym uderzeniem palców w muzycznej ekstazie. Do refleksji skłaniają również prace Marcina Dymka. W tych niedopowiedzianych kompozycjach organicznych, w nieoczywistych splotach łodyg, liści i pnączy, budzi się tęsknota za naturą. Przełamanie zieleni żółcią i pomarańczem stworzyło dodatkowy, niezamierzony komentarz do aktualnej sytuacji w światowej gospodarce leśnej. Obrazy przypominają o bezsilności wobec pożarów na Syberii, na Wyspach Kanaryjskich i w Amazonii. Planeta umiera na naszych oczach. Niepokój zasiany w naszych podświadomościach potęgowała obecność dziwnych stworów, szczególnie tych na płótnach Grzegorza Bugaja i Ludmiły Woźniczko. Najsłabszym punktem wystawy w naszej ocenie było coś, co przypominało tandetne poduszki ze skaju, wykonane przez Piotra Kolanko. Pomijam je fotorelacyjnym milczeniem.



W projekcie "Fata Morgana" udział wzięli: Grzegorz Bugaj, Maria Ciborowska, Marcin Dymek, Piotr Kolanko, Radim Koros, Krzysztof Mężyk, Maciej Pęcak, Bartłomiej Radosz, Aleksander Sovtysik, Luka Woźniczko i Bartosz Zaskórski. Obrazy można oglądać codziennie w godzinach od 11:00 do 20:00 do 31 sierpnia 2019 r.


niedziela, 11 sierpnia 2019

Nocna mara w świetle dnia

Zawsze przychodził nocą. Codziennie punktualnie o 21:00 ciemność ogrodu wypełniał szelestem. Z zachwytem patrzyłam na zdjęcia Małgosi. Jej jeże tak pięknie pozowały w naturalnym świetle. Cud wydarzył się w niedzielne popołudnie. Wychylił nosek spomiędzy konwalii.
- Gdzie jest moje jedzenie? Jak długo mam czekać na obsługę? - zapytał.
Szybko nakryłam do stołu. Zjadł głośno mlaskając i na odchodnym pokazał mi język.






wtorek, 6 sierpnia 2019

Strach ma małe oczy

Spowity w ciemnościach ogród zaczyna szeleścić. Zastygam w bezruchu. Nasłuchuję. Czuję, że ktoś mnie obserwuje. Skrada się przez nieskoszone trawy. Jest coraz bliżej. Głośnym mlaskaniem oznajmia, że znalazł przygotowany dla niego poczęstunek: wodę i kocią karmę. A czy Wy wystawiliście miseczki dla jeży?



poniedziałek, 22 lipca 2019

Między nami szkodnikami

Najbardziej destrukcyjnym stworzeniem z perspektywy naszej planety jest człowiek. Zabija zwierzęta dla przyjemności. Niszczy zieleń z chciwości. Zatruwa wodę, glebę i powietrze przez własną głupotę. Globalne ocieplenie jest skutkiem rabunkowej działalności człowieka. Wizja wyjścia na nadmorską plażę w Krakowie staje się coraz bardziej realna. Ludzie nie potrafią myśleć perspektywicznie. Winą za głód, jaki przyniosą zmiany klimatyczne, obarczą innych przedstawicieli łańcucha pokarmowego. Ot, taki bielinek rzepnik (Pieris rapae) będzie idealnym kozłem ofiarnym do oskarżenia o światowe niedobory kapusty...



poniedziałek, 8 lipca 2019

Ważka płaskobrzucha

Desant powietrzny na terytorium mojej prywatnej przestrzeni w 80% generuje ból i destrukcję. Najgorsza i najliczniejsza jest oczywiście armia komarów. Do niedawna każde natarcie poprzedzone było torturami w postaci brzęczenia o najbardziej denerwującej częstotliwości. W tym roku bestie się wycwaniły. Skradają się bezszelestnie i atakują znienacka. Bliskie spotkanie ze zmutowanymi potomkami wampirów zdradzają dopiero płomienie na skórze i bąble wielkości główek kapusty. Jestem alergikiem, więc reaguję nasilonymi odczynami po każdym ukąszeniu. Zupa z komarów mogłaby mnie zabić.

Drugie pod względem liczebności wrogie siły to mole. Nie próbują mnie wprawdzie zjeść, ale przerobienie mojego ulubionego płaszcza na sitko uznałam za przegięcie. Wypowiedziałam wojnę na śmierć i życie. Na razie przegrywam. Ciągle przylatują nowe oddziały. Prawdopodobnie włamują się przez przewody wentylacyjne. Omijają pułapki, nie boją się kulek, w pokrowcach antymolowych urządzają sobie kongresy. 

Najbardziej jednak boję się szerszeni. Już dwóch bandziorów bezczelnie wśliznęło się przez uchylone okno do naszej sypialni. Panny koty za każdym razem chciały same usunąć zagrożenie, ale pozwalam im bawić się wyłącznie z muchami. Otworzyłam okno i argumentując nieskoordynowanymi wymachami z użyciem rolek z gazet nakazałam zbirom opuścić nasz dom. Odlecieli. Pozostał niepokój. Gdzieś muszą mieć gniazdo...

Oczywiście, miewam również latających gości, których wizyty niezwykle mnie cieszą. Pszczoły i motyle pracowicie spijają nektar z kwiatów lawendy, kocimiętki i budlei. Niespodziewanie do ogrodu wpadła ważka płaskobrzucha (Libellula depressa). Mieszkam w wyjątkowo suchej okolicy. Nawet oczka wodnego w pobliżu nie można znaleźć. Jedyną rzeczkę, Młynówkę Królewską, zasypano w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Stawy hodowlane zniknęły znacznie wcześniej, ustępując miejsca zabudowie. Deweloperka współcześnie dokończyła zniszczenia. Czego ważka szukała na betonowej pustyni?



czwartek, 6 czerwca 2019

Cosmopoly

Moja głowa przypomina szpital położniczy. Przez całą dobę nowe pomysły wrzaskiem oznajmiają swoje narodzenie, domagają się bezwzględnej uwagi, karmienia, pielęgnacji, poświęcenia dla nich każdej chwili. Życie z wyobraźnią w rozmiarze XXXL nie jest łatwe. Wystarczy mglisty obraz lub wyszeptane słowo, aby inspiracja zaczęła drążyć tunel wśród szarych komórek, żywiąc się wiedzą i doświadczeniem ukrytymi w fałdach mózgu, popijając abstrakcją, groteską i ekstrawagancją... Myśl nieuczesana rozwija się gdzieś poza moją świadomością. Odkrywam ją, kiedy już w głowie się nie mieści. Rozrywa czaszkę i pożera każdą napotkaną sekundę. Mikroskopijne ziarenko przeistacza się w potwora. Tak właśnie powstała Cosmopoly, gra planszowa o charakterze rozrywkowym i edukacyjnym. Monstrum skradło tydzień mojego życia, ale chyba było warto. Podczas oficjalnej premiery w dniu 5 czerwca projekt zaskoczył wszystkich.




Cosmopoly zaprasza w podróż dookoła świata. Do wyboru są trzy osie narracji: wycieczka dla turystów, wyprawa dla podróżników albo konfrontacja na trasie turysty i podróżnika. O ruchu po białych polach decyduje rzut kostką. Sytuacja zmienia się, kiedy gracz trafi na pole oznaczone flagą danego kraju. Czekają tam zagadki, problemy i szanse. W każdym kraju pojawiają się rozmaite zagrożenia, zróżnicowane dla turysty i podróżnika: naturalne – powiązane z siłami przyrody: klęski żywiołowe (powodzie, huragany, śnieżyce), trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami; polityczne – związane z walką o władzę: wojny, konflikty lokalne wewnętrzne, konflikty graniczne, zamachy stanu, przewroty polityczne, akty terrorystyczne; religijne – konflikty o podłożu religijnym, zwłaszcza na obszarach z mniejszościami religijnymi; ekonomiczne – strajki generalne, strajki służb publicznych, komunikacji; społeczne – manifestacje; kryminalne – zabójstwa, rozboje, kradzieże; chorobowe – przenoszone przez owady, obecne w wodzie, na warzywach i owocach, innej żywności; uszkodzenia ciała – ukąszenia, pogryzienia. Gracz losuje kartę z pytaniem z wiedzy ogólnej na temat danego państwa. Jeśli nie zna odpowiedzi, traci kolejkę. Jeśli odpowie poprawnie, losuje kartę szansy, która (często humorystycznie) podpowiada różne rozwiązania i wskazuje dalszy ruch – do przodu lub do tytułu. Wygrywa oczywiście ten, kto pierwszy pokona całą trasę.

Gra istnieje wyłącznie w jednym egzemplarzu. Obejmuje 30 państw, różne kontynenty, odmienne przygody. Pudełko oznaczone literką "T" kryje w sobie karty problemów, karty pytań oraz karty szans dla turysty. Analogicznymi kartami w wersji dla podróżnika wypełnione jest pudełko z literką "P". Gracz porusza się zgodnie z ruchem wskazówek zegara po planszy z polami naniesionymi na polityczną mapę świata. Za wyjątkiem kostki, każdy element jest rękodziełem. To właśnie te wycinanki i wyklejanki okazały się największym czasopożeraczem.

Autorem projektu logo jest Marcin Czeczótko.


poniedziałek, 27 maja 2019

Przestępczość zorganizowana

Pierwsza brzęcząca nuta zabrzmiała przy suficie. Artystka nie zdążyła dokończyć swojej pieśni. Coś na kształt puszystej kuli przecięło powietrze. Z drugiego końca pokoju wystrzelił następny kulisty nabój. W czasie ostatniego weekendu populacja much w Polsce zmniejszyła się o ponad pięćdziesięciu przedstawicieli gatunku. Sprawcy brutalnych morderstw pozostają nieznani. Brakuje poszlak, bo zabójcy pożarli corpus delictiOsobnicy podejrzani w tej sprawie zapewniają, że są wegetarianami i na potwierdzenie swoich zeznań skubią trawkę w ogrodzie.  




piątek, 19 kwietnia 2019

Łódź moimi oczami

Wszystko, co piękne, kiedyś się kończy, a weekend najszybciej. Na odkrywanie Łodzi przy okazji konferencji miałam tylko trzy dni, w dodatku jeden się pokruszył przez mocno spóźniony autobus. Zdecydowanie zbyt mało czasu. Lista pozycji obowiązkowych "na następny raz" szybko się zapełniła... 


Wiewiórka pojawiła się na życzenie, którego nawet nie wypowiedziałam na głos. Wystarczyło, że w myślach wyraziłam chęć jej spotkania.


Poczułam się jak Alicja w krainie czarów, kiedy przez przypadek odkryłam Łódź Bajkową. O mojej słabości do małych brązowych rzeźb świadczą regularne polowania na wrocławskie krasnale. Łódzki projekt zakłada tylko 17 pomników filmowych bohaterów animowanych, z czego do tej pory powstało 10. Twórcami już istniejących są Marcin Mielczarek i Magdalena Walczak. Na razie udało mi się zdobyć Wróbelka Ćwirka i Trzy Misie, ale koniecznie muszę wrócić po pozostałe, szczególnie po koty, Filemona i Bonifacego. Pozytywnie odebrałam również projekt Galerii Wielkich Łodzian, który aktualnie obejmuje 6 nietypowych siedzisk. Zupełnie nie rozumiem dyskursu wokół tych rzeźb i uwag krytycznych wobec Marcela Szytenchelma. Pomnik Lampiarza, którego jest autorem, uważam za jedną z najciekawszych form ławeczek pomnikowych. Znakomicie prezentowałaby się w moim ogrodzie, a zapewniam Was, że niewiele dzieł sztuki współczesnej mogłoby dostąpić zaszczytu wstąpienia w moją prywatną przestrzeń. Pozostałe rzeźby Galerii, które spotkałam na mojej trasie, a więc Fortepian Rubinsteina oraz Twórcy Łodzi Przemysłowej, prezentują się interesująco, niemniej wydają się nazbyt przytłaczające przez swoje rozmiary. Kolejna seria figurek, przy której się zatrzymałam, zdawała się mówić: "dzieci i ryby głosu nie mają". Klucz do odczytania symboliki leżał na innej półce. Dzieci oznaczają, że miasto jest młode duchem. W sylwetkach ryb zakodowano tradycję, bo Łódź wyrosła dzięki wodzie. Rzeźby, które wykonał wspomniany wcześniej duet Mielcarek-Walczak, zdobią cztery publiczne zdroje z wodą pitną. Natrafiłam na dwa z nich. Wśród historycznych detali architektonicznych na uwagę zasługują odbojniki w kształcie głów w bramie wjazdowej do jednej z kamienic, ale śledztwo, czy rysy twarzy były przypadkowe czy też przedstawiały konkretną osobę, wznowię dopiero przy następnej wizycie. Sztuka może być również dowcipna. Nowoczesny design numeracji znakomicie wkomponował się w fasadę zabytkowego pałacu. Podobno rzeźba to odlew nóg studentki, uznanych w konkursie na najzgrabniejsze.




I jeszcze kilka pożegnalnych kadrów z drogi na stację kolejową.






środa, 17 kwietnia 2019

Łódź oczami Dawida

Kwietniowy atak zimy zastał mnie w Łodzi. Dość szybko płatki śniegu przeszły w fazę mżawki. A jednak, na przekór niefotogenicznej pogodzie, w przerwie pomiędzy panelami konferencyjnych referatów wymknęłam się na spacer. Moim przewodnikiem zgodził się zostać Dawid, którego Opowieściami PodRóżnymi jestem nieustannie oczarowana. Wybór treści poznawczych pozostawiłam w gestii mistrza i to była bardzo dobra decyzja.


Myśl przewodnia niebanalnej wycieczki poprowadziła nas po elewacjach oddanych w ręce artystów. Nigdy nie byłam pasjonatem murali. W mojej pamięci zapisały się ścienne reklamy państwowych przedsiębiorstw czy partyjne slogany z czasów komunistycznych. Teraz mogłam odkrywać zupełnie inne znaczenie profesjonalnego graffiti. Przede wszystkim, zaskoczył mnie ogromny udział zagranicznych twórców w ożywianiu miejskiej przestrzeni. W organizowaniu malowania murali szlachetnie rywalizują ze sobą dwie instytucje: fundacja Urban Forms oraz Łódzkie Centrum Wydarzeń.




Paradoksalnie, moje serce skradł jerzyk, który jest raczej instalacją wykonaną z odpadów. Kompozycja przywołała miłe skojarzenie z twórczością moich ulubionych rzeźbiarzy, czerpiących z bogatych złóż recyklingu: nieżyjący już Marian Kruczek z Krakowa oraz David Monavardisashvili z Tbilisi. Część murali, niestety, przegrywa w potyczkach z czasem, klimatem i aktami zwykłego wandalizmu. Brakuje mi tutaj dbałości pomysłodawców o trwałość malowideł, a także o ich dobrą ekspozycję. Przykłady malarstwa wielkoformatowego można znaleźć na terenie całego miasta. Jedne przyciągają wzrok świeżością kolorów, inne gubią się, płowieją i tracą fragmenty w odpryskach tynku. Niewątpliwie dodają uroku budynkom, na których zostały umieszczone, więc warto pomyśleć o konserwacji.






Mam nadzieję, że będę mogła zrewanżować się równie ekscytującą dawką wrażeń, kiedy Dawid zawita do Krakowa.