Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

wtorek, 23 października 2018

Niewidzialni przyjaciele

Mój Brat twierdzi, że otaczam się niewidzialnymi przyjaciółmi. Często z nimi rozmawiam, wystukujemy na klawiaturze naszą codzienność, wysyłamy sobie prezenty albo dobre słowo. Dzieli nas odległość, ale o wiele silniej łączą wspólne pasje. To cudowne uczucie, że gdzieś jest ktoś, kto wyczuwa naszą obecność, chociaż wcześniej nie spotkaliśmy się w prawdziwym życiu. Aż nadchodzi moment, że kręte ścieżki się krzyżują. Marzenka przyjechała do Krakowa, więc mogłyśmy się w końcu zobaczyć. Wrażenia z wizualizacji wirtualnej przyjaźni okazały się całkowicie pozytywne i mam nadzieję, że to dopiero początek długiej serii spotkań poza komputerem.



piątek, 19 października 2018

Wybory Samorządowe 2018

W niedzielę 21 października 2018 r. odbędą się wybory samorządowe. Serdecznie zachęcam wszystkich do wzięcia w nich udziału. Szczególnie ważne są dla mnie wyniki wyborów w Krakowie, które mogą pozytywnie zmienić jakość naszego życia. Mieszkańcom trzech krakowskich dzielnic: Bronowice, Dębniki i Zwierzyniec, a więc okręgu nr 3, polecam moją kandydaturę do Rady Miasta Krakowa. Zachęcam do postawienia krzyżyka na liście 19, pozycja 2. Nie zawiodę Państwa zaufania.






czwartek, 11 października 2018

Kulisy wyborów samorządowych

Do prowadzenia własnej kampanii wyborczej się nie nadaję. Poszłam rozdawać ulotki. W ciągu godziny wręczyłam... 8 sztuk. Zamiast agitować i zachwalać swoje kompetencje, słuchałam opowieści o problemach innych ludzi. Wrzucanie materiałów do skrzynek odpada, bo nie chcę nikomu śmiecić. Z tego samego powodu nie zdecydowałam się na billboardy, banery ani plakaty. Pozostaje mi tylko internet, w którym pozostawię najmniejszy ślad ekologiczny. Ale sieć ma ograniczony zasięg, a najbardziej zdyscyplinowany elektorat nie korzysta z dobrodziejstw komputerowych. Skuteczność nie ogranicza się jednak do kampanii wyborczej. Kilka lat temu pewna Bardzo Wysoko postawiona osoba w strukturach Urzędu Miasta Krakowa, podczas jednego z naszych spotkań w sprawie utworzenia Parku Bronowickiego, powiedziała do mnie: "urzędnicy mają obowiązek śledzenia pani aktywności w sieci". I rzeczywiście tak jest. Wczoraj opublikowałam film i złożyłam deklarację, że jeśli dostanę się do Rady Miasta, przetnę kłódkę, która dzieli mieszkańców od wywalczonego przez nich Parku Zakrzówek. Dzisiaj Pan Dyrektor Zarządu Zieleni Miejskiej oficjalnie ogłosił, że jutro wszystkie kłódki w tym miejscu zostaną usunięte. Jestem pod ogromnym wrażeniem błyskawicznej reakcji. Wirtualne przecięcie kłódki zamieniło się w rzeczywistość.

Zdecydowanie wolę prezentować się działaniem, a nie słowami. Idealnie odnajduję się w prowadzeniu wydarzeń społecznych, które z wyborami nic nie mają wspólnego. Tworzę nową przestrzeń w dialogu z mieszkańcami, w miejscu, o powstanie którego walczyłam przez wiele lat. Myślę, że dobrze mi to wychodzi, skoro mieszkańcy proszą o kolejne spotkania. Owszem, w czasie takich konsultacji mogłabym poprosić o oddawanie na mnie głosów, ale bardziej zależy mi na wypracowaniu wspólnej wizji nowego parku i integracji lokalnej społeczności.

Fot. Mariusz Waszkiewicz

Kampania wyborcza płynie obok mnie, ale czasami się o nią potykam. Zazwyczaj działania konkurencji, mające na celu dyskredytację mnie jako Bardzo Poważnego Kandydata, wywołują u mnie rozbawienie. W świecie uprzejmych doniesień dostałam obrazek, który na mój temat gdzieś krąży. Nie poczułam się urażona. Wręcz przeciwnie, uważam, że zostałam przedstawiona w całkiem sympatycznym kontekście. Wolałabym w tej narracji być Kotem w Butach, ale rzeczywiście Anonimowy Artysta ma rację, że Osiołek celniej opisuje moje podejście do świata. "Prezent" przyjęłam z uśmiechem i pełnym podziwem dla umiejętności graficznych Autora.


Ciemnych stron kampanii w aspekcie mojego kandydowania wymienię kilka.

1. Pan X. jest moim konkurentem i reprezentuje jedną z największych partii politycznych. Szanuje mnie jednak jako człowieka i bardzo ceni moją działalność w obrębie dzielnicy. Spotkaliśmy się przypadkowo w drodze na przystanek tramwajowy. Pan X. ściszył głos:

- Bo wie pani, mój komitet bardzo długo szukał osoby, która nazywa się podobnie jak pani. Liczą na to, że ludzie będą się mylić przy urnach. Ta kandydatka nic sobą nie reprezentuje i nie ma żadnych osiągnięć, ale wie pani... Takie samo imię, w nazwisku minimalna różnica. Ludzie są prości, nie zwracają uwagi na detale. Mówię pani o tym tylko dlatego, że sam uważam, że to oszustwo. Kiedy ktoś ją pyta, "czy to pani z Zielonych Bronowic?", ona potwierdza... I wtedy ludzie dziękują jej za wywalczenie parku i obiecują oddanie głosów.

W całej tej dwuznacznej moralnie sytuacji doceniam uczciwość pana X. Poglądy polityczne nas różnią, ale zgadzamy się w wizji naszego miasta. W każdym, nawet najbardziej zdeprawowanym środowisku, można spotkać dobrego człowieka. A moja reakcja? Kreatywna. Zaczęłam zastanawiać się nad hasłami, które mogą mnie wyróżnić od uzurpatorki w moim okręgu wyborczym. Przykład?

DĘBniki głosują na DĘBowską!


2. Jestem współautorem wielu operatów środowiskowych dla samorządów na szczeblu gminnym, powiatowym i wojewódzkim. Tworzenie takich dokumentów wymaga ścisłej współpracy z urzędnikami i radnymi. W ten sposób poznałam przed laty pana Y., Bardzo Ważnego Dyrektora Jednostki Miejskiej. Pan Y. próbował się ze mną "zaprzyjaźnić". Zaprosił mnie na wycieczkę, która, jak się okazało, nie miała nic wspólnego z pozyskiwaniem danym do realizowanego przeze mnie zlecenia. Pan Y. zaoferował mi zakup nieruchomości w niezwykle korzystnych cenach: samowoli budowlanej w otulinie Lasku Wolskiego ("jak pani kupi, od razu zalegalizujemy i wartość budynku wzrośnie dwudziestokrotnie"), rezydencji w malowniczej części Woli Justowskiej ("jak pani kupi, to posprzątamy w księgach wieczystych i odsprzeda pani z zyskiem 80%") oraz willi z ogrodem na terenie Krowodrzy ("jak pani kupi, wymażemy z papierów spadkobierców, to świetna inwestycja pod wynajem, tuż obok uczelni"). W proponowanych przez Pana Y. cenach w Krakowie nie kupi się nawet jednego pokoju, ale nie skorzystałam. Grzecznie odmówiłam, argumentując ówczesnymi wydatkami na wymianę instalacji CO we własnym domu. Skończyłam projekt dla urzędu, a tym samym ucięłam kontakty z panem Y. 

Pan Y. przypomniał o sobie o mnie w aktualnej kampanii:

- Tworzymy koalicję najlepszych radnych, mamy wielkie fundusze na ich promocję. Pozyskaliśmy już chętnych do współpracy z Partii Jednej i z Partii Drugiej. Pani się zgodzi, my sprawimy, że pani wygra. Potrzebujemy poparcia w kilku inwestycjach... Mamy przygotowane projekty uchwał, które trzeba przegłosować...

Podziękowałam i poszłam własną ścieżką. Pozytywny wydźwięk sytuacji? Dodatkowa motywacja dla mnie. Pan Y. przypomniał mi, jak wiele trzeba będzie zmienić w skorumpowanych strukturach Krakowa. Mój start w wyborach to walka z takimi układami...


3. Pani Z. sama podeszła zainteresowana ulotkami w moich rękach. Nawiązał się taki dialog:

- Co pani rozdaje?
- Kandyduję do Rady Miasta, tutaj jest mój program...
- Ulotki nie chcę, co pani rozdaje?
- ?
- Kandydat Komitetu Numer Taki dał mi kubek termiczny. Kandydatka Komitetu Numer Inny dała notes i długopisy. Kandydat Komitetu Numer Kolejny rozdawał cebulki kwiatów. A co pani rozdaje?
- Przykro mi, ale ja nie kupuję głosów.
- No to mojego pani nie dostanie.

Pani Z. odeszła kilka kroków, ale nagle odwróciła się i zapytała:

- a nie wie pani, gdzie rozdaje Kandydat Komitetu Numer Jeszcze Inny?

Szczerze mówiąc, nie żałuję, że straciłam poparcie Pani Z. Takie materialistyczne podejście całkowicie odebrało mu wartość. Dla mnie najcenniejsze głosy pochodzą od osób, które wierzą w moje ideały, doceniają to, co chcę dla miasta robić, chcą współtworzyć naszą wspólną przestrzeń.


Zastanawiałam się, czy przytoczyć moją ostatnią "przygodę" w czasie kampanii wyborczej. Moją intencją nie jest pogłębianie konfliktów. Mam nadzieję, że to pojedynczy przypadek. Mieszkańcy poprosili mnie o nagłośnienie wydarzenia, które dla nich organizuję. Niefortunnie kolejny termin spotkania zbiegł się w czasie z kampanią wyborczą. Podeszłam do Księdza Proboszcza Parafii Numer Jeden z prośbą o podanie informacji w czasie ogłoszeń parafialnych, uczciwie informując o moim starcie w wyborach samorządowych, chociaż dla samego tematu spotkania nie ma on żadnego znaczenie:

- Pani zapisała się do niewłaściwej partii.
- Przecież nie zapisałam się do żadnej!
- No właśnie.

I to właśnie był najbardziej dla mnie przykry moment w tym przedwyborczym okresie. Na szczęście Ksiądz Proboszcz Parafii Numer Dwa zareagował zupełnie inaczej:

- Bardzo chętnie udostępnimy informację, powiesimy też ogłoszenie w naszej gablocie. Wspaniała inicjatywa!


I tym optymistycznym akcentem zakończę moją refleksję nad kulisami wyborów samorządowych w Krakowie.


poniedziałek, 17 września 2018

Kultura i Subkultura. Część 14

21 października 2018 r. odbędą się w Polsce wybory samorządowe. Kraków bardzo potrzebuje zmian, ponieważ w ciągu ostatnich lat poziom życia mieszkańców uległ drastycznemu pogorszeniu. Miastem powinni zarządzać pełni empatii wizjonerzy, którzy, z jednej strony, potrafią wskazać właściwe kierunki rozwoju Krakowa, z drugiej natomiast, wykazują wolę wsłuchania się w głos zwykłego mieszkańca i chęć szukania sposobów na zaspokojenie jego potrzeb. W kampaniach wyborczych dominuje nienawiść wobec kontrkandydatów. Zamiast przedstawiać własne pomysły, komitety nawzajem obrzucają się błotem. Dziennikarze szukają taniej sensacji, a poziom ich artykułów i audycji nawet nie wznosi się ponad bruk. Gdzie się podział obiektywizm? Na ile wyceniono dziennikarską uczciwość? Czy naprawdę warto obrażać ludzi, którzy chcą poświęcić swój prywatny czas dla dobra wspólnoty?

Nie tędy droga. Władze Krakowa powinny integrować mieszkańców, a nie dzielić ich. Już na etapie kampanii wyborczych wszystkie działania muszą się koncentrować wokół realnych potrzeb krakowian. Koncepcję rozwoju miasta należy wypracować w dialogu z mieszkańcami. Kraków nie może stać się poletkiem doświadczalnym partii politycznych i, moim zdaniem, idealne władze samorządowe to osoby niezależne, wybrane przez swoich sąsiadów i reprezentujące interesy wyłącznie tych, którzy w Krakowie mieszkają. Ruchy miejskie nie są fanaberią. Powstały w odpowiedzi na arogancję i brak szacunku ze strony władz. Aktywiści najlepiej znają skalę lokalnych problemów i potrafią wypracować dla nich rozwiązanie. Właśnie tacy ludzie powinni zarządzać miastem.

Kultura i Subkultura apelują: przerwijmy tę falę nienawiści. Odnośmy się do siebie z szacunkiem, na który zasługuje każdy człowiek. Łączy nas wspólna przestrzeń i tylko od nas zależy jej przyszły kształt. Zamiast toczyć niepotrzebne wojny, kochajmy się i pomagajmy sobie nawzajem. Szczęśliwe miasto to zadowoleni mieszkańcy.




sobota, 15 września 2018

Rozdarta na pół

Szukam Ciebie na krawędziach tak nierównych,
Ostrych, zimnych, jak kamienie nad urwiskiem.
Już nie skleję dwóch serc pieśni w czar melodii.
Płynę sama łez leniwym rozlewiskiem.

Na tej skale dla mnie zamek stawiać chciałeś.
W fundamentach czas odsłania falsyfikat.
Mur z kłamstw pęka, więc nie patrzę już za siebie.
Płynę dalej, a ruiny kontur znika.

Nie przywołuj mnie ze starej fotografii.
Wciąż odbijasz się górami w szkle jeziora.
Twoje słowa, choć już zgasły, tworzą wiry,
A ja płynę... Nie utonę w gry pozorach...







* Oświadczam, że podczas tworzenie ilustracji do wiersza nie ucierpiała żadna fotografia. Podobnie jak słowa, obraz jest tylko iluzją.


poniedziałek, 10 września 2018

Wyzwanie międzykulturowe #5 Rzym

Kultura antyku wywarła niebagatelny wpływ na całą Europę. Zazwyczaj nieświadomie podążamy drogami wytyczonymi przed wiekami przez Rzymian. W różnych zakątkach kontynentu napotykamy na wzniesione przez nich budowle lub dzieła lokalnych architektów, którzy czerpali inspiracje z rzymskiej sztuki. Język łaciński ukształtował podstawy wielu współczesnych języków. Posługujemy się rzymskimi cyframi. Wpływ starożytnej literatury, filozofii czy prawa na kolejne pokolenia ma charakter ponadczasowy. Artyści chętnie odwołują się do mitycznych wątków w swoich dziełach. Zapraszam do eksploracji rzymskiej kultury i stworzenia na jej podstawie własnej pracy. Regulamin wyzwania dostępny jest TUTAJ.




Inspiracja, którą dla Was przygotowałam do tego etapu zabawy, pochodzi z mitologii. Feniks jest symbolem uniwersalnym i można go odnaleźć w wierzeniach Egipcjan, Greków, Rzymian, Słowian czy Chińczyków. W tym przypadku naszymi przewodnikami będą Pliniusz i Tacyt, którzy rozwijali motyw odradzania się feniksa z własnych popiołów. Ptak w mojej wizji powstał w technice origami, bez użycia kleju, ale zamiast papieru wykorzystałam arkusze filcu. Kolorystyką nawiązuje, z jednej strony, do żaru ognia, z drugiej natomiast, spłowiały odcień oznacza wypalenie i wyciszenie. Cykl życia się odrodzi i wypełni się słońcem, a potem znów zgaśnie. Feniks już siedzi na walizkach, bo odleci niebawem do Martyny w dowód uznania za zaangażowanie w międzykulturowe zmagania.





Serdecznie zapraszam do zmierzenia się z tym tematem. We wrześniu zostawiam Wam czas na szukanie pomysłów. W zakresie interpretacji zadania obowiązuje pełna dowolność, ale praca musi być wykonana własnoręcznie. Żabka, pod którą będziecie mogli zostawić linki do swoich dzieł, aktywna będzie przez cały październik.




niedziela, 9 września 2018

Grecja - podsumowanie

Nie zwracałam uwagi na kulinarne upodobania bohaterów literackich. Okazuje się, że można w nich odnaleźć odniesienia do mitów i tradycji. Martyna odkryła na kartach młodzieżowej powieści złote jabłka Hesperyd, zmaterializowała je i tym samym wygrała walkowerem mały upominek w moim wyzwaniu. Jaki? Opowiem o nim więcej w następnym poście, wprowadzając Was w temat nowego wyzwania, czyli starożytny Rzym.



wtorek, 28 sierpnia 2018

W moim kocim świecie

Oswajamy się. Powoli. Pozwalamy się pogłaskać. Poziom zaufania wzrasta w pobliżu miseczek z karmą. Zwłaszcza wtedy, kiedy akurat się napełniają...




piątek, 24 sierpnia 2018

Armia Krajowa

Nie ukrywam, że do Armii Krajowej mam bardzo osobisty stosunek. Mój Dziadziuś śp. Stanisław Szczepka, brat mojej Babci śp. Józef Marzec-Marczyński oraz wielu członków mojej dalszej rodziny współtworzyli struktury Inspektoratu Miechowskiego. Niestety, w "nagrodę" za walkę o niepodległą Ojczyznę byli prześladowani przez komunistyczne władze powojennej Polski. W mojej pamięci zachowały się przeszywające dreszczem opowieści Dziadziusia o bitwach, w których brał udział, przepełnione tęsknotą za przyjaciółmi, którzy odeszli na zawsze w czasie walk lub zginęli w obozach śmierci. Bolesne wspomnienia powracają zawsze, kiedy przechodzę ulicą Pomorską, bo właśnie tam komuniści więzili i torturowali mojego Dziadziusia.

Historia potrzebowała kilku dekad do swojej weryfikacji. Idole komunizmu spadli z cokołów. Przyjaźń naszego wielkiego wschodniego brata okazała się wyrachowaną grą pozorów. Okupanci udawali wybawców. Niewątpliwie należy uhonorować prawdziwych bohaterów, ale burza, która rozpętała się w Krakowie, jest zupełnie niepotrzebna. Dla żołnierzy Armii Krajowej najwyższą wartością był pokój, nie tylko na arenie międzypaństwowej, ale także wewnątrz społeczeństwa. Pomysłem doskonałym, moim zdaniem, jest usypanie kopca. Taka forma idealnie koresponduje z tradycyjnymi metodami stosowanymi w celu uczczenia zasłużonych dla narodu osób. Posiada też funkcję edukacyjną, wzmacniającą postawy patriotyczne. Nawet małe dzieci w Krakowie znają nazwiska Kościuszki i Piłsudskiego, a starsze do zapisanego w pamięci krajobrazu potrafią dodać konkretne wydarzenia historyczne. 





Jestem przeciwnikiem pomnikozy, ale rozumiem i szanuję cudze poglądy. Kluczowym problemem pozostaje kontrowersyjna lokalizacja pomnika. Zawsze można znaleźć kompromis. Powstała inicjatywa, żeby wykorzystać pusty cokół, z którego przed laty na Bronowice spoglądał marszałek Koniew. Wszyscy mieszkańcy dzielnicy, z którymi rozmawiałam, przychylnie odnoszą się do tego pomysłu. Moim zdaniem, to genialne w swojej prostocie rozwiązanie dla toczącego się konfliktu. Po pierwsze, w wymiarze symbolicznym. Armia Krajowa już raz pokonała przekłamania historii odbierając marszałkowi nazwę ulicy. Lokując właśnie tam upamiętniający naszych żołnierzy monument, dokończymy proces przywracania prawdy w pamięci zbiorowej. Po drugie, cokół znajduje się na zielonym skwerze, a ten kolor działa na deweloperów jak płachta na byka. Owszem, nie słyszałam o planach zabudowy tego skrawka, ale w Krakowie o nowych blokowiskach dowiadujemy się najczęściej dopiero w chwili, gdy podjeżdżają buldożery, a drzewa zaczynają przewracać się jak zapałki. Lokalizacja Pomnika Armii Krajowej w tym miejscu zagwarantuje mieszkańcom osiedla Widok zachowanie istniejących terenów zielonych. Po trzecie, budowa pociągnie za sobą zagospodarowanie przyległego obszaru i zniknie kruszejący ze starości beton. Po czwarte, Kraków nie może koncentrować się wyłącznie w obrębie Starego Miasta. Należy dążyć do dywersyfikacji ruchu turystycznego i rozproszyć przestrzennie atrakcje, z powodu których ludzie odwiedzają nasze miasto. Po piąte, każda dzielnica powinna mieć sprawiedliwy dostęp do wydarzeń upamiętniających historię czy publicznych spotkań o charakterze kulturalnym i oświatowym. Imprezy plenerowe są najlepszą okazją do integracji mieszkańców. Proponowany przez władze miasta "taras widokowy" na cokole uważam za porażkę. Trudno doszukać się wrażeń estetycznych w panoramie zakorkowanej ul. Armii Krajowej... A co pod Wawelem? Posadźmy piękne drzewo, a pod nim ustawmy biało-czerwoną ławkę z tabliczką pamiątkową.

sobota, 18 sierpnia 2018

Zanim granat wybuchnie

nadciąga front
chłodu niskich ciśnień

wśród chmur słońce się dusi

odwracam wzrok
nieba moich oczu

brak w nich miejsca na burzę

przestawiam szyk
w Twoich słowach liter

sens zdań pęka ze śmiechu

przenoszę się
w piątą porę roku

jest zbyt jasna dla Ciebie





piątek, 17 sierpnia 2018

Wśród garbów Ziemi

gdzieś na progu lasu 
szczęście rozdaje wizytówki
błądzę poza szlakiem po ciepłym śniegu

łańcuchy rdzawych słońc
próbują zerwać się do lotu
kluczem otworzą okno na Trzy Korony

wyciągam z kieszeni zmięty kartonik
wybieram numer

abonent poza sezonem





czwartek, 16 sierpnia 2018

Vieille femme grotesque

spod czarnej parasolki
z lamusa
w koronce delikatnej niczym pajęczej nici splot

matowy
dzwon głosu
wybija się spośród głów
powstańczych wielokątów

szybuje jaskółką ponad placem
w kręgach piekła
omdlewa

zza czerni rewerendy
wychodzą
zdetronizowane kapłanki świątyni własnych ciał

przekrwiony
gniew oczu
odbija się echem słów
zbuntowanych niewolnic

opada rozpruty siwy warkocz
w kroplach deszczu
odchodzi




środa, 15 sierpnia 2018

W pogoni za króliczkiem

Mitologia Japonii cechuje się niezwykłą różnorodnością, wynikającą z nałożenia na tradycyjne elementy shintoistyczne wpływów zewnętrznych: buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu i chrześcijaństwa. Fabuły najdawniejszych wierzeń zostały zapisane w dwóch dziełach, a mianowicie: w Księdze dawnych wydarzeń – Kojiki oraz w Kronice japońskiej – Nihongi.  Pierwsza z wymienionych ksiąg, datowana na 712 rok, w trzech zwojach opisuje historię Japonii, rok po roku, od stworzenia świata aż do panowania cesarzowej Suiko. Druga pochodzi z tego samego okresu ale bardzo widoczne są w niej wpływy chińskie i koreańskie, więc traktowana jest jako mniej wiarygodne źródło mitologii rodzimej.

Częstymi bohaterami mitów i baśni japońskich są zwierzęta. Podobnie jak w europejskich historiach, również w opowiadaniach rodem z Japonii na ogół zachowują się one jak ludzie, nierzadko przejawiając dodatkowo niezwykłe zdolności. Człowiek często wchodzi w interakcje ze zwierzętami, które potrafią mówić ludzkim głosem i przejawiają cechy antropomorficzne. Dysponują przeróżnymi mocami magicznymi, jak choćby zdolnością przybierania ludzkiej postaci. Czasami są przyjazne, niekiedy wręcz przeciwnie i mogą stanowić śmiertelne zagrożenie dla człowieka. Z konfrontacji świata ludzi i zwierząt wynikają różne nieprzewidywalne i niezwykłe sytuacje.

Mitologiczne zwierzęta najczęściej pełnią funkcję kultową i ponadnaturalną. Pojawiają się zazwyczaj w perspektywie pierwiastka boskiego, jako substytut bóstwa lub reprezentując poszczególne jego cechy i właściwości. Pole możliwości jest w tym przypadku ogromne, a kultury dawnych mileniów i wieków zagospodarowały je precyzyjnie. Wyróżnić można cztery role odgrywane przez zwierzęta w mitach: jako tło dla postaci ludzkich i boskich, jako podmioty stworzenia, jako stwory fantastyczne, nierzeczywiste i wreszcie jako symbole Dobra i Zła. Uczłowieczanie zwierząt sięga początków religii, sztuki oraz literatury. Metafory, porównania i alegorie przypisywane poszczególnym gatunkom bądź egzemplarzom zwierząt zbliżają istoty niższe do cech i stosunków międzyludzkich. Takie umowne wykorzystanie fauny spotkać można już we wszystkich pierwotnych wierzeniach w postaci atrybutów bogów, a utrwalone ono zostało w niezliczonych bestiariuszach. Alegoryzacja ludzkiego świata na drodze antropomorfizacji świata zwierząt wywodzi się z pradawnej ludowej twórczości. Typowymi jej przejawami są bajka zwierzęca i przysłowia, gdzie nazwa zwierzęcia użyta jest również w funkcji alegorycznej.

Nawet bardzo pobieżny inwentarz przysłów i potocznych zwrotów związanych z królikiem czy zającem pozwala wyłonić najbardziej widoczne charakterystyczne cechy tego gatunku: płodność, szybkość, płochliwość, spryt i umiejętność adaptacji. Oto garść przykładów sentencji i metafor z różnych krajów: „nie o to chodzi, aby złapać króliczka, ale by gonić go”, „kłamstwo jest jak królik – rodzi małe kłamstewka w nieskończoność”, „biegać jak królik”,  „dobry królik i psa pogoni”, „robota nie zając, w las nie ucieknie”, „kto dwu zająców goni, żadnego nie uchwyci”, „siedzi zając pod miedzą, myśliwi o nim nie wiedzą”, „baran ma rogi, a zając nogi”, „umyka jako zając przed ogary”, „zając stary wywodzi w pole ogary”, „mądry to zając, co na drugiego ogary sprowadzi”, „źleć i zającu między charty stadem”, „kluczy jak zając przed chartami (ogarami)”, „o głupcu mówią, iż mądry jak stary zając”, „płochliwy jak zając”.

Przemiotem mojego zainteresowania w niniejszym artykule są króliki i zające, które występują zarówno w oficjalnej religii Japonii, jak i w baśniach oraz podaniach ludowych. W słownictwie japońskim nie istnieje rozróżnienie pomiędzy tymi gatunkami, więc wszystkie tłumaczenia są swobodną interpretacją autorów opracowań. W związku z powyższym, używać będę określeń wymiennie, w zależności od omawianego w danym akapicie źródła literaturowego.

Najstarsze ślady zająca w japońskim piśmiennictwie odnaleźć można już na początku w pierwszym zwoju Kojiki. Zając z prowincji Inaba pragnął przedostać się z wyspy Oki na jedną z wysp sąsiednich, ale nie miał łódki. Postanowił oszukać rekina. Zaczął się z nim przekomarzać o liczebność każdego z ich gatunku. Zaproponował ustawienie się wszystkich rekinów w równoległy szereg dla policzenia ich poprzez skakanie kolejno po ich grzbietach. Rekin zwołał wszystkich swych pobratymców. Ich linia utworzyła znakomity i wygodny most ruchomy, po którym przebiegł bez trudu sprytny zając. Wszystko wypadłoby pomyślnie, gdyby nie poniosła go chełpliwość. Przed postawieniem nóg na stałym lądzie wyjawił rekinowi swój podstęp. Wówczas ostatnie żywe przęsło mostu zdołało wygarbować skórę kpiarzowi. Pokiereszowany zając zwrócił się z prośbą o poradę lekarską do przechodzących osiemdziesięciu duchów. Doradziły one choremu zającowi kąpiel w słonej morskiej wodzie i położenie się na wietrze, co oczywiście wzmogło cierpienia rannego. Dopiero litościwy Otoczony Czcią Duch Wielkiego Ładu zalecił obmycie ciała słodką wodą z pyłkiem ziół leczniczych. Rada okazał się zbawienna, a wdzięczny pacjent przepowiedział swemu zbawcy, że zdobędzie w przyszłości rękę pięknej księżniczki.

Istnieje wiele wariacji tego samego mitu. W niektórych wersjach duchy nazywane są braćmi Okuninushiego, który to ostatecznie udzielił pomocy zającowi z Inaba. Określenie zajęczego oponenta, wanizame, może być tłumaczone jako smok albo potwór morski. W roli rekinów mogą występować również krokodyle. W polskich translacjach opowieści o zającu z Inaby najczęściej można spotkać się z przypisaniem najmłodszemu z braci, Okuninushiemu, roli wybawcy, w którym, zgodnie z proroctwem okaleczonego przez rekiny zwierzęcia, zakochuje się piękna księżniczka Yagamuhime.

W zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie znajduje się grafika zatytułowana „Daikoku, zając i krokodyle, wykonana przez Hokusai Katsushika w 1819 roku. W opisie dzieła umieszczono następujące informacje: „Jedna z bardzo popularnych japońskich legend opowiada o białym zającu z Inaba, który chciał przedostać się na drugi brzeg rzeki. Drocząc się z krokodylami, czyja rodzina jest liczniejsza, namówił je do ustawienia się w szeregu, a sam przebiegł po ich grzbietach udając, że liczy. Rozwścieczone krokodyle, którym drwiąc przyznał się do fortelu, złapały go i zdarły zeń skórę a przechodzące obok psotne duchy poradziły, by wykąpał się w słonej, morskiej wodzie. Dopiero Daikoku, jeden z siedmiu bogów szczęścia, zlitował się nad biedakiem, wymył go i opatrzył sitowiem, po którym odrasta futerko. To surimono określa Rok Zająca – 1819 i przedstawia odartego z futerka patrona roku proszącego Daikoku o pomoc”.

Zając z Inaby może odnosić się również do alternatywnego, mniej znanego mitu. W prefekturze Tottori znaleziono ruiny starożytnej świątyni. W wersji Ise ga Naru japońska bogini Amaterasu wraz ze swoją świtą podróżowała wzdłuż granicy Yakami w Inaba, poszukując odpowiedniego miejsca do budowy pałacu. Nagle pojawił się biały zając. Ugryzł Amaterasu przez ubranie, więc bogini podążyła jego śladami. Po dwugodzinnej wędrówce, osiągnęli szczyt góry, która obecnie nazywa się Ise ga naru. Następnie zwierzę zniknęło. W miejscu wskazanym w tej legendzie znajduje się sanktuarium Hakuto Jinja, związane z kultem białego zająca.

Z wizerunkiem królika możemy się spotkać również w satyrycznych rysunkach datowanych na XII wiek. Chōjū-jinbutsu-giga-no-maki to rysunki z humorystycznymi obrazami zwierząt i ludzi, przechowywane w Kōzanji w pobliżu Kioto. Na dzieło to składają się cztery różne zwoje, z których dwa prawdopodobnie powstały dopiero w XIII wieku, ale określane są obecnie jednym tytułem. Najbardziej znany zwój przedstawia zabawy małp, zajęcy i żab, ujętych antropomorficznie i wyśmiewających ludzkie obyczaje. Postacie, obwiedzione konturem z tuszu, są wykonane żywo i przekonująco pod względem swojego człekopodobieństwa. Ich autorstwo przypisuje się Kakuyū, znanemu też jako Toba Sōjō, japońskiemu malarzowi i wysokiemu rangą kapłanowi sekty buddyjskiej Tendai.

Tematem kolejnej historii z udziałem królika jest Kachi-kachi Yama, opowieść o zemście za wyrządzone krzywdy. Staruszka schwytała złośliwego jenota, który powodował szkody na jej poletku. Przebiegły zwierzak zdołał nakłonić kobietę do uwolnienia go. Odzyskawszy swobodę zabił ją, przyrządził z jej ciała zupę i, wykorzystując swoje magiczne umiejętności, przybrał postać babci. Dziadek wrócił do domu, a przemieniony jenot nakarmił go potrawką, po czym pokazał prawdziwe oblicze i czmychnął do lasu. Zaprzyjaźniony ze staruszkami królik poprzysiągł odwet na jenocie. Kusząc go szybkim zarobkiem, zaproponował wyprawę po chrust. Następnie podpalił wiązkę drewna, którą jenot niósł na plecach. W oryginalnym tekście użyte do wywołania ognia krzemienie wydają dźwięk kachi-kachi, stąd tytuł baśni. Następnego dnia długouchy bohater odwiedził obolałego jenota, proponując mu cudowną maść na poparzenia, a w rzeczywistości wysmarował mu całe plecy pastą z ostrej papryki. Na koniec królik postanowił wykorzystać nieposkromiony apetyt jenota i zaprosił go na ryby. Przygotował dwie łódki, mniejszą z drewna i większą z gliny. Namówił jenota do zajęcia miejsca w tej glinianej, która rzekomo mogła pomieścić więcej ryb. Po wypłynięciu na jezioro łódka zaczęła rozmiękać i nabierać wody. Tonący jenot zaczął błagać królika o pomoc, ten jednak pozostał niewzruszony i wepchnął go wiosłem pod wodę, dopełniając zemsty. Królik powiosłował do brzegu i opowiedział, w jaki sposób zginął jenot. Staruszek z wdzięczności, że śmierć jego żony została pomszczona, i równocześnie ze strachu przed samotnością poprosił królika, aby z nim zamieszkał. Żyli razem jak para najlepszych przyjaciół aż do końca swoich dni.

Religia japońska ulegała silnym wpływom Chin i Korei, które w VI wieku znajdowały się na wyższym poziomie rozwoju kultury. Za początek buddyzmu w Japonii uchodzi rok 552, kiedy koreański władca przesłał w darze dla japońskiego dworu sutry. Idee buddyjskie przenikały jednak znacznie wcześniej.

W mitologii japońskiej widoczne są liczne naleciałości z wierzeń innych narodów. Przykładem może być tutaj wiara w królika mieszkającego na Księżycu. Układ kraterów na Srebrnym Globie przypominał bowiem mieszkańcom dawnej Japonii sylwetkę tego zwierzęcia. Wpływu na taką identyfikację można doszukiwać się w transplantacji kosmologii chińskiej na grunt japoński. Zając lub królik jest czwartym znakiem chińskiego zodiaku. Symbolizuje on długie życie, a siły żywotne pobiera od księżyca. Jego porą roku jest wczesna wiosna, kierunkiem wschód, a żywiołem drewno. Jest zwierzęciem jin i rządzi od godziny 5:00 do 7:00 nad ranem. Według Chińczyków biały zając mieszka na księżycu i miesza tłuczkiem w moździerzu eliksir nieśmiertelności.

Legenda ta została zamieszczona w jednej z najpopularniejszych japońskich antologii z okresu Heian – Konjaku Monogatarishū. Podobną przypowieść można też znaleźć w „Dżatace”, zbiorze opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy z początku naszej ery. Królik, małpa i lis spotkały biedaka, błagającego o żywność. Małpa zebrała owoce z drzew, lis złapał ryby w rzece. Królik nie mógł znaleźć niczego do jedzenia. Poprosił małpę i lisa, aby rozpaliły ognisko, a następnie rzucił się w ogień, oferując siebie jako posiłek. Nie spłonął, ocalony przez starca, który okazał się być Siakjamuni. W podziękowaniu za poświęcenie mędrzec postanowił zabrać ze sobą królika do swojego domu, czyli na Księżyc. Od tamtej pory można zobaczyć na powierzchni satelity ciemniejszy obszar w kształcie dymu, który uniósł się, gdy królik skoczył w ogień.

Mit o króliku mieszkającym na księżycu w najwcześniejszej wersji pisemnej pochodzi z opowieści Jātaka, czyli kolekcji buddyjskich legend zebranych w IV wieku i spisanych w sanskrycie. Opowieści zostały przywiezione wraz z buddyzmem z Indii do Chin, gdzie zostały zmieszane z lokalnym folklorem. Do Japonii dotarły w VII wieku naszej ery z Chin, a następnie uległy ponownemu przefiltrowaniu, przekształceniu i dopasowaniu do tradycyjnych wierzeń. Japoński królik sprząta księżyc końskim ogonem i tłucze ryż na mochi (czyli kluski) lub na ciastka z ryżowej mąki.

Zwierzęta zawsze imponowały człowiekowi sprawnością i siłą. Stanowiły przedmiot podziwu i czci. Były niedoścignionymi dla człowieka wzorcami szybkości, sprytu i umiejętności łowieckich. Człowiek uważał zwierzęta, szczególnie te o potężnej budowie ciała i drapieżniki, za swoich mitycznych przodków i pierwszych bogów. Jaskiniowe galerie sztuki paleolitycznej są głównie poświęcone zwierzętom. Stosunek Japończyków do zwierząt zależy od tradycji: niektórych się boją, inne lubią i szanują, wiele z nich czczą.

O niesłabnącej popularności baśni w kulturze Japonii może świadczyć fakt, że na ich podstawie powstały wyrażenia funkcjonujące do dziś w języku codziennym. Z baśni wywodzi się także wyrażenie oshiri ni hi ga tsuku (co dosłownie oznacza: „pośladki się zapalają”), używane w sytuacjach działania w sytuacji braku czasu, pod ogromną presją, kiedy wszystko "wali się na głowę". Jest to nawiązanie do Kachi-kachi Yama i jenota, któremu królik podpalił wiązkę chrustu na plecach.

W dawnych wierzeniach niemal każdego zakątka świata można spotkać zająca. Są to przeważnie ludowe podania związane z płodnością, ciałami niebieskimi, takimi jak niebo, księżyc czy słońce, oraz ze sprytem i odwagą. Nie wiadomo, dlaczego zając dostał się do tak wielu mitologii, podobnie jak niewytłumaczalnym uniwersalnym motywem mitologicznym jest na przykład potop. Prawdopodobnie wynika to z faktów, że różne gatunki długouchego zwierzęcia zamieszkują praktycznie prawie całą Ziemię, a ich populacje występują w dużych ilościach oraz że zarówno zając, jak i królik są bardzo aktywne rozrodczo, zwłaszcza na wiosnę.

W artykule przedstawiłam skrótowo wybrane przykłady motywu królika pojawiającego się w sformalizowanej mitologii oraz w ludowych podaniach japońskich na przestrzeni wieków. Króliczych tropów można znaleźć znacznie więcej. Ich wpływ na współczesną japońską rzeczywistość szczególnie widoczny jest w popkulturze, gdzie niezwykłą popularnością cieszy się manga i filmy animowane, których bohaterami są króliki lub antropomorficzne postaci o zaakcentowanych cechach typowych dla królika. Jako ilustrację posłużyć może tutaj „Usagi Yojimbo” („Królik Ochroniarz”), komiks stworzony przez Stana Sakai.  Głównym bohaterem jest Królik Ronin, Miyamoto Usagi, który wędruje po kraju jako shugyosha (pielgrzymujący wojownik), czasami wykonujący pracę yojimbo - ochroniarza.

Pogoń za królikiem bywa ryzykowna, gdyż można złapać zająca. Jednak nie o to chodzi, aby złowić króliczka, ale aby gonić go...


niedziela, 12 sierpnia 2018

Park Bronowicki

Zupełnie przypadkowo, dosłownie w ostatniej chwili, otrzymałam enigmatyczną wiadomość o niespodziance ukrytej za powojskowym murem. Złapałam więc aparat fotograficzny i pobiegłam na rekonesans. Przygotowania do otwarcia naszego wymarzonego parku prowadzono w najgłębszej tajemnicy. U wylotu ul. Kmietowicza znalazłam plakat i strzałki kierujące do parkowej bramy. Wybór miejsca reklamy nie należał do fortunnych, ponieważ wytypowano zdecydowanie najmniej uczęszczany odcinek ul. Bronowickiej. Ruch pieszych koncentruje się po drugiej stronie drogi: przy przystankach tramwajowych, sklepach czy poczcie. Inauguracyjne wydarzenie pozbawione zostało rozgłosu, na który zasługiwało. Nie rozumiem, dlaczego. Przecież dla nas, mieszkańców Bronowic, mogłoby to być wspaniałe, wspólne święto. Zabrakło również informacji, w jakich godzinach park będzie czynny, bo mam nadzieję, że jego istnienie nie skończy się na jednorazowej imprezie. 


Drugi minus straszy tuż przed bramą wejściową. Niewiele z parkiem ma wspólnego, ale pozostawia, delikatnie ujmując, niesmak. Nie wnikając zbyt głęboko w mroczną historię tego budynku, zdradzę, że jego właściciel cierpiał na przypadłość zwaną zbieractwem kompulsywnym. Wybierał zawartość kontenerów na śmieci i znosił różne "skarby" do swojego domu. Warstwy piętrzyły się aż po sufit, a poruszać się między nimi można było wąskimi ścieżkami. Dom stał niezamieszkały, pełnił jedynie funkcję magazynu. Pierwszymi dzikimi lokatorami zostały szczury. Później dołączył do nich "element socjalny": koneserzy alkoholu i narkotyków. Podczas jednej z nocnych libacji ktoś zaprószył ogień. Sterty zalanych w czasie gaszenia pożaru odpadów zaczęły gnić. Budynek stanowi zagrożenie epidemiologiczne, a jego stan techniczny zwiastuje tragedię. Służby miejskie ignorują problem, stwierdzając, że "jest to własność prywatna" i "nie mogą znaleźć właściciela". Zapewne jednak przyznacie mi rację, że fetor, szczury i amatorzy mocnych wrażeń to nieodpowiednie sąsiedztwo dla miejsca, w którym będą się bawić dzieci.




I ostatnia uwaga krytyczna z mojej strony: tereny zielone wydają się zbyt skromne, wręcz przytłoczone są spękaną betonową płytą. Od strony fortu odgrażają się czerwone łapki z zakazem wstępu, chociaż według obrysu na mapie to powinien być obszar parku. Dawną rampę kolejową można ciekawie zagospodarować, choćby przez ustawienie drewnianej wiaty z ławkami na jej części. Zmienią się wtedy proporcje i optycznie zwiększy się pas zieleni, a dodatkowo park zyska miejsce, w którym można schronić się przed deszczem albo zorganizować, na przykład, wieczór poezji czy warsztaty artystyczne.





Przejdźmy do dobrej wiadomości: mamy park!!! Walczyliśmy o niego przez wiele lat i niektórzy stracili już nadzieję, że tereny powojskowe kiedykolwiek zostaną nam udostępnione. Nie zamierzam usiąść na laurach i uważam, że cała zieleń przyforteczna powinna znaleźć się w granicach parku. Na razie jednak cieszmy się tym, co dostaliśmy. Zapraszam na naszą bronowicką kwietną łąkę. Najlepiej wybierzcie się tam sami, bo na fotografiach brakuje zapachu kwiatów.







I na wypadek, gdyby moje przemyślenia zechciał przeczytać pan Piotr Kempf, nasze zielone światełko na krakowskim oceanie betonu, zostawiam kilka wskazówek dotyczących naszej, czyli mieszkańców, wizji parku. W naszej dzielnicy bardzo brakuje miejsc, które pełniłyby funkcje integracyjne. Wiele osób chciałoby się osobiście zaangażować w urządzanie parku, oczywiście w ramach skoordynowanych działań. Chętnie podzielę się szczepkami z mojego ogrodu. Nie chcemy pomników, tylko drzewa, krzewy, kwiaty i trawę. Liczymy na to, że łąka kwietna pokryje znacznie większą powierzchnię. Mała gastronomia typu food track jest świetnym pomysłem do wprowadzenia na stałe, choćby tylko na każde niedzielne popołudnie. Zadaszony kącik z ławkami pozwoliłby na realizację cyklicznych spotkań i wydarzeń kulturalnych. Przydałby się również dyskretny punkt z toi toiem.


sobota, 11 sierpnia 2018

Latający Holender

na krośnie marzeń spękanych jak szwajcarski ser
z niemiecką precyzją tkam nowy rozdział
jednoosobowy

zbyt długo grałam w czeskim filmie
zwodzona brooklińskim mostem
ze spalonych promes

składam francuski pocałunek
na brzegu kielicha 
sfermentowanych winogron

rozsypuję na wietrze konfetti z naszych zdjęć
fińskim nożem rozrywam
z róż kolczasty drut

podróżuję w egipskich ciemnościach
siedząc po turecku
na perskim dywanie

zduszę krzyk miłości 
na pół przeciętej w rosyjskiej ruletce
przez nieszczęścia łut

wyjdę po angielsku
z syndromu sztokholmskiego
w amerykański sen





środa, 8 sierpnia 2018

Kraków wersja beton

Urodziłam się w najpiękniejszym mieście świata. Czas przeszły dokonany. Alejki parkowe, na których ćwiczyłam równowagę podczas nauki jazdy na rowerze, uwięziono na grodzonym osiedlu i zalano betonem. Ogrody przedwojennych willi, które swoim pięknem rozdziawiały mi usta w niemym zachwycie, zaorano i ukryto pod bezkształtną masą blokowiska. Górka za szkołą, rejestrująca moje rekordy prędkości w saneczkarstwie, zniknęła w otchłani fundamentów wieżowca. Park Jalu Kurka, przez który skracałam drogę do mojego liceum, umiera zamknięty na linii wieloletniego sporu pomiędzy zakonnikami a władzami miasta. To tylko wierzchołek góry lodowej przykładów rabunkowej polityki magistratu. Zielony Kraków mojego dzieciństwa już nie istnieje.

Źródło: TVP INFO

Największym problemem obecnych władz miejskich jest przerażający brak umiejętności myślenia perspektywicznego. Plany urbanistyczne powstają na biurkach bez wizji lokalnej. Brakuje komunikacji z mieszkańcami, którzy przecież najlepiej znają uwarunkowania swojego sąsiedztwa. W Bronowicach ma powstać dworzec przesiadkowy i parking na kilkaset samochodów. Zgadzam się, że takie inwestycje są niezbędne, ale powinny być lokowane na obrzeżach metropolii. Moim zdaniem, cały Kraków powinien być otoczony pierścieniem parkingów Park & Ride przy każdym trakcie komunikacyjnym prowadzącym do miasta, w połączeniu z pętlami miejskich autobusów. Urzędnicy zatwierdzili jednak budowę w środku dzielnicy, w wąskim gardle, które już teraz króluje na miejskiej mapie najdłuższych korków.

Pamiętacie kultowy dialog planistyczny w filmie Stanisława Barei "Poszukiwany, poszukiwana"?
"- Panie dyrektorze! Tu jest jezioro!
- A to nie, nie... A nie, dobrze! To jezioro damy tutaj... a ten niech sobie stoi w zieleni."

To właśnie się dzieje w Krakowie. Pierwotnie wskazana lokalizacja została nagle zmieniona, chociaż nie wzbudzała zastrzeżeń mieszkańców. Zaprotestował deweloper, który chce na jej miejscu wcisnąć kolejne osiedle wieżowców. A przecież dobro deweloperów jest dla władz naszego miasta najważniejsze. Z programu telewizyjnego dowiedziałam się, że podobno odbyły się jakieś konsultacje społeczne, ale, jeśli to prawda, to najbardziej zainteresowanych, czyli mieszkańców dzielnicy nikt o tym nie poinformował. Na nagraniu brakuje ilustracji w postaci rzeczywistej skali natężenia ruchu samochodowego, gdyż program zrealizowany został w niedzielę. Cały program możecie obejrzeć ---------------------> TUTAJ.

Wszelkie inwestycje poważnie ingerujące w przestrzeń miejską i środowisko naturalne powinny być projektowane w terenie, a nie na papierze. Konieczny jest dialog z mieszkańcami i uwzględnienie ograniczeń wynikających z istniejącej infrastruktury. Tylko w ten sposób można uniknąć urbanistycznych bubli.


wtorek, 7 sierpnia 2018

Dwugłos

Diabeł i anioł w jednej stali głowie.
Diabeł za uchem, anioł w cieniu powiek.
Pierwszy wciąż kusił: "Nic, co ludzkie, obce..."
Burzył mur granic, zwodził na manowce.
"Trzymaj się zasad!" Drugi zapał studził.
"W niebie brak miejsca dla przekornych ludzi."

Diabeł z chichotem ciągnął w lewą stronę,
Anioł dyszkantem prawo brał w obronę,
Gubiąc człowieka w labiryncie głosów.
Ile rwać można z głowy kępek włosów?
Nadszedł czas z posad marazm świata ruszyć,
Potrzebny chirurg dla rozdartej duszy.

W barze na rogu błyszczał złotem kufel. 
Wybrzmiał w tym zgiełku cichy szept za uchem:
"Wypij to piwo! Nim piana opadnie..."
Zamiast grzmieć burzą, tego nikt nie zgadnie,
Nagle, jak motyl, zadrżała powieka:
"Wypij to piwo! Na co jeszcze czekasz?"


poniedziałek, 30 lipca 2018

Czeski humor

Na deser wspomnień z Pragi zostawiłam kadry, które wywołały uśmiech na mojej twarzy. Czeskie poczucie humoru idealnie synchronizuje się z moim. Zastanawiałam się nad źródłem optymizmu naszych południowych sąsiadów i odnoszę nieodparte wrażenie, że w złocistym napoju kryją się endorfiny. Czeskie piwa królują w moim chmielowym rankingu. Lata wnikliwej obserwacji uczestniczącej o charakterze międzynarodowym potwierdzają, że detronizacja im nie grozi.


Elementy radosnej twórczości spotkać można wszędzie, także na klasztornym dziedzińcu. Czesi potrafią zachować dystans nawet do swojego dziedzictwa kulturowego. Ponad 4-metrowy pomnik Franza Kafki nie przypomina pompatycznych posągów, jakimi gęsto wypełnia się polskie place i parki. Jedna noga groteskowej figury stoi w dzielnicy żydowskiej, druga na terenie Starego Miasta. Ponadto, znajduje się on między synagogą, kościołem katolickim i kościołem prawosławnym.





Czeskie dowcipy czytam już w oryginale, ale do swobodnej konwersacji w tym języku jeszcze bardzo dużo mi brakuje. Wydaje mi się, że czeski pisany jest znacznie łatwiejszy od mówionego. Wystarczy zamienić "h" na "g", "ž" na "ż", "č" na "cz", a  "š" na "sz" i słowa zaczynają brzmieć znajomo. Spróbujcie, bez pomocy translatora:

Pepa a Franta si založí obchod a nad něj dají nápis „MÁME VŠECHNO“. 3 kamarádí jdou kolem a rozhodnou se, že to vyzkouší.
Příjde první a říká: „Poprosil bych 15kg těžké pštrosí vejce.“
Pepa se poškrábe na hlavě, vejde do skladu a volá: „Frantó, máme tu někde 15kilové pštrosí vejce?“
„No jasně, regál číslo 20, druhá polička.“
Pepa donese vejce překvapenému zákazníkovi, ten zaplatí a na řadě je druhý kamarád. „Máte zelenou býčí kouli?“
Pepa jde do skladu a ptá se po zelené býčí kouli. Franta odpovídá: „No jasně, osmej regál, pátá polička.“ Pepa donese, zákazník zaplatí a třetí kamarád vidí, jak s jeho kamarády vypekli a rozhodne se, že jim to vrátí; „Já bych poprosil 10 kilo ničeho.“
„Co že byste poprosil?“
„No, 10 kilo ničeho.“
Pepa se poškrábe na hlavě, a volá do skladu: „Frantó, máme tu někde 10kg ničeho?“ „Co jestli máme?“ „No 10 kilo ničeho.“ „Ty vole a kdo to chce?“ „No zákazník.“ „Víš co, tak mi ho sem pošli.“
Franta se zákazníkem prochází ztemnělou halou plnou regálů jen se svíčkou, zavede ho do temné místnosti, zavře dveře a svíčka zhasne. Najednou Franta vylekaně: „Ty vole, vidíš něco?“ „Nic!“ „Tak si naber 10 kilo a vypadni."


Koń zrozumiał i się uśmiał. Na zakończenie zdradzę Wam, że zdobyłam nową sprawność: po raz pierwszy w życiu spałam pod mostem. Widzicie ten żółty domek przy ostatniej podporze? Za nim kryje się jeszcze jedna kamienica, a w niej mieści się przytulny hostel, w którym się zatrzymałam. Nuselský most jest moim rówieśnikiem. Ma 485 metrów długości, a pod nim przepływa maleńka rzeczka Botič, dopływ Wełtawy.