Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2017

Dom ciszy

Na czas wakacji mądre książki powróciły do biblioteki. Uzależnione od czytania oczy zawiesiły się na bogato wyposażonym regale w hiszpańskim apartamencie. Zdecydowałam się na noblistę. Na pierwszy ogień poszedł Orhan Pamuk i jego "Dom ciszy". Zapowiadał się smakowity torcik z wisienką, ale trafiłam na zakalec. Niezwykły potencjał fabuły został zmarnowany. Sekrety, które powieść obiecywała wyjawić, pozostawiły po sobie zawieszone w próżni pytania.

Owszem, styl narracji, a więc naprzemienne opowiadanie historii z perspektywy kilku osób, wciąga czytelnika, ale dla bohaterów wydaje się ciasnymi klatkami, w których każdy z nich pozostaje zamknięty. Spokrewnieni, ale obcy dla siebie, ludzie połączeni pachnącym stęchlizną domem, zakurzonym, martwym emocjonalnie. Moralność nie istnieje. Zło nie zostaje ukarane. Wręcz przeciwnie. Ofiara staje się dożywotnim sługą swojego kata.

Miałam nadzieję, że archiwum w miasteczku zdradzi wszystkie rodzinne tajemnice i obudzi wartką akcję, ale sfrustrowanego historyka interesowały bardziej ceny towarów z innej epoki niż losy własnej familii. Wszystkie postaci okazały się płytkie i małostkowe. Ich rozmowy były mdłe, słowa nie przedstawiały żadnej wartości, zawierały w sobie jedynie puste formuły, które wypadało z siebie wyrzucić, nie oczekując żadnej odpowiedzi, a nawet jej nie słuchając. Słowa odbijały się od muru wzajemnej obojętności. Podważony został całkowicie sens realizacji własnych marzeń. Diamenty, które miały się zamienić w wielką encyklopedię, rewolucjonizującą Turcję, stały się bezwartościowym popiołem w piecu. Młodzieńcze miłości rozbijały się o materializm i politykę. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że życie każdego z bohaterów było zwyczajnie nudne. Wielu z nich topiło tę beznadzieję w alkoholu. Jedynym zaskakującym dla mnie momentem była śmierć, zupełnie niepotrzebna i szybko zatuszowana przeniesieniem narracji na odizolowane piętro, do królestwa ciszy, samotności i zmarnowanego życia. Pozostało tylko rozczarowanie, nie tylko losami tureckiej rodziny, ale całą powieścią, gdyż pierwsze strony obiecywały odkrycie mrocznej historii nie tylko przed czytelnikiem.


sobota, 3 grudnia 2016

Nie idź tam człowieku!

Wybieramy się z Dagmarą na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Taka wyprawa wymaga przygotowań nie tylko w zakresie kondycji fizycznej, ale również zebrania ogromnej wiedzy, na jakie niespodzianki musimy być przygotowane podczas pieszej wędrówki w 818 kilometrach nieznanego terenu. Droga wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii, Camino del Norte, uznawana jest za najtrudniejszą, ale też za najpiękniejszą trasę.

Na początek sięgnęłam po książkę "Nie idź tam człowieku! Santiago de Compostela". Po lekturze miałam ochotę zrezygnować z pielgrzymki. Nie, nie przeraziły mnie trudy wędrowania. Wystraszyłam się, że mogę tam spotkać kogoś takiego, jak autor tego pseudoprzewodnika. Andrzej Kołaczkowski-Bochenek reprezentuje zestaw najgorszych cech charakteru, jakie potrafię sobie wyobrazić. Egoizm w czystej postaci. Małostkowość. Bezpardonowa walka o dostępne dobra. Pycha. Postawa roszczeniowa. Wachlarz pretensji w każdej dziedzinie. Przekonanie o nieomylności. Podkreślanie własnej wyższości. Żądza pochwał. Krytykowanie wszystkich oraz wszystkiego. Szukanie w każdej sytuacji powodów do narzekania. Skąd biorą się tacy aspołeczni ludzie?

Dla autora pielgrzymka jest synonimem taniej wycieczki. Paradoksalnie stawia bardzo wysokie wymagania odnośnie jakości noclegów i obsługi turystycznej na trasie. Jego największym życiowym dylematem jest... brak haczyków w łazienkach. Wyśmiewa ideę składania wotum, aby za chwilę w swoim zakłamaniu poszukać w najbliższych krzakach kamienia i dołożyć do tych, które prawdziwi pielgrzymi przez wiele kilometrów nieśli ze sobą. Zdobycie łóżka w schronisku traktuje jako efekt własnego sprytu i cieszy się, że osoby, które przyszły później, muszą szukać miejsca gdzieś dalej. Prowadzi swoisty ranking albergues, bez świadomości, że przecież podstawą pielgrzymki jest ubóstwo i pokora, a każde wyrzeczenie przybliża do celu.

Wydawać by się mogło, że jeden raz "nasz bohater" zdobył się na ludzki gest. Pożyczył swoje skarpetki innemu pielgrzymowi. Niestety, przez kolejne karty książki ciągnęło się pasmo narzekania, jak bardzo mu tej zapasowej pary brakuje... I nawet rzekoma przemiana pod wpływem tej niezwykłej drogi, wielokrotnie deklarowana przez tego człowieka, umacnia mnie w przekonaniu o jego zakłamaniu. Nie zmienia się jego pełna pretensji ocena zaplecza dla pielgrzymów. Dowodem arogancji było dla mnie wymądrzanie się wobec hospitalero, że jego prośba o gaszenie światła po opuszczeniu pomieszczenia wcale nie prowadzi do oszczędności energii. Zamiast okazać wdzięczność za gościnę, kolejny raz próbował pokazać swoją wyższość. Miarka przebrała się, kiedy naskoczył na młodą dziewczynę, że jej plany rocznego wolontariatu wyrządzą więcej szkody niż pożytku, gdyż, streszczając jego pokrętną logikę, "jest zbyt ładna i doprowadzi do konfliktów wśród młodych mężczyzn w tamtejszej społeczności". Spowiedź, która była zwieńczeniem owej przemiany, nie miała nic wspólnego z rachunkiem sumienia, postanowieniem poprawy i pokutą. Hiszpańskojęzyczny ksiądz pokazał kartkę z dziesięcioma przykazaniami, na której należało palcem wskazać te, przeciwko którym się zgrzeszyło...

Przykładów odpychających zachowań oraz niestosownych wypowiedzi autora mogłabym przytoczyć znacznie więcej. Nie znam jego biogramu i nie uważam, aby wart był mojego zainteresowania. Próbę interpretacji takiej roszczeniowej postawy mogę podjąć jedynie czytając między wierszami. Autor przedstawia się jako uchodźca polityczny. Przy jego megalomanii z pewnością pochwaliłby się "swoimi wielkimi czynami" dla dawnej ojczyzny. Jednak milczy w tej kwestii. Odnoszę wrażenie, że to zwykły migrant ekonomiczny, który wykorzystał zawieruchę w naszym państwie do poprawy swojego statusu materialnego. Związek z Polską ogranicza do możliwości rozmowy w rodzimym języku. Wciąż krytykuje Niemcy, kraj, który udzielił mu azylu. Nie mogę oprzeć się tutaj analogii do zachowań przedstawicieli współczesnej fali syryjskich uchodźców, którzy nie proszą o pomoc, ale żądają pakietów socjalnych i innych przywilejów. Ludzie, którzy dostają wszystko bez minimum wkładu pracy, tracą świadomość stanowienia części społeczeństwa. Nie potrafią się dzielić swoimi zasobami, nie chcą bezinteresownie pomagać innym, skupiają się na upominaniu się o luksus nawet w warunkach, które z definicji powinny być surowe. Moim zdaniem, prawdziwa pomoc w takich przypadkach nie polega na podaniu usmażonej ryby, ale na wręczeniu wędki. Własny dobrobyt należy stworzyć samodzielnie. Nikt nie potrafi docenić życia podanego na tacy.


sobota, 19 listopada 2016

Biała Masajka

Na trudności w budowaniu trwałych relacji składają się przede wszystkim trzy czynniki: różnice wynikające z płci, odmienne cechy charakteru oraz przynależność do obcych kultur. Utrwaliło się powiedzenie, że kobiety pochodzą z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę, a więc zmaskulinizowane baby, często podejrzewane o kontakty z piekłem, czy zniewieściali lalusie całkiem odarci z męskości, niemniej na całym świecie powtarzalny jest zestaw cech, którym przypisuje się pierwiastek żeński lub męski. Drugim źródłem konfliktów w relacjach międzyludzkich są osobowości. Niezależnie od tego, czy ludzie dopasowali się jak puzzle, na zasadzie przyciągających się przeciwieństw, czy podstawą ich związku jest wzajemne podobieństwo, na każdym etapie może pojawić się tarcie, które w skrajnych przypadkach prowadzi do rozłamu. Ostatni element, który nasila się w obliczu powszechnej globalizacji, to nieporozumienia na styku różnych kultur i religii. Jako ilustracja do moich rozważań posłuży filmowa wersja "Białej Masajki" w reżyserii Hermine Huntgeburth.

Film można określić jednym słowem: płytki. Bohaterowie w ogóle nie rozmawiają ze sobą. Pomijam barierę językową. Brakuje tutaj przede wszystkim jakiegokolwiek wzajemnego zainteresowania. Miłość została sprowadzona do fascynacji cielesnością. Namiastka czułości pojawia się właściwie tylko w jednej scenie, gdy Lemalian troszczy się o Carolę zarażoną malarią. 

Carola obserwuje rytuały Masajów jak teatralne widowiska. Nie zadaje pytań, chociaż nie rozumie ich sensu. Próbuje przenieść na kenijską rzeczywistość europejskie standardy. Nie zna pokory. Nie szanuje miejscowych zwyczajów. Pomoc oferowaną przez misjonarza odrzuca w przekonaniu o własnej nieomylności. Zachowuje się niczym rozkapryszona, mała dziewczynka, chociaż jest pewna, że jest silną i mądrą kobietą. Dostała wymarzoną, dużą, egzotyczną lalkę, ale nie zauważyła, że to prawdziwy człowiek. A przecież podstawą związku jest wzajemna komunikacja. 

Lemalian, w moim odczuciu, sprawia wrażenie upośledzonego psychicznie. Przypomina autystyczne dziecko. Ataki zazdrości pojawiają się u niego nagle, bez żadnej wyraźnej przyczyny. Nigdy nie prosi o opowieści na temat kraju pochodzenia swojej żony ani o historie związane z jej rodziną. Okazuje jedynie zainteresowanie jej fizycznością. Emocje budzą się w nim naprzemiennie w amoku zazdrości i w ostentacyjnym obrażaniu się. Ale zamiast spróbować wyjaśnić sporną sytuację, próbuje zabić wyimaginowanego kochanka żony lub po prostu odchodzi bez słowa. To mężczyzna powinien być głową rodziny. To mężczyzna powinien prowadzić samochód, nawet jeśli nie potrafi i nigdy wcześniej tego nie robił. To mężczyzna powinien utrzymywać rodzinę, nawet jeśli nie ma bladego pojęcia o prowadzeniu sklepu i rozdaje cały towar na kredyt. Lemalian traktował małżeństwo jako umowę jednostronną. Nie próbował zatrzymać Caroli, kiedy z ich córką uciekała do Szwajcarii. Cierpiał, bo sfrustrował go własny analfabetyzm. Nie zaproponował wspólnego wyjazdu, chociaż miał świadomość, że rodzina rozpada się na zawsze. Najbardziej żal mi dziecka, które musiało ponieść konsekwencje decyzji swoich niedojrzałych rodziców.

Nie byłabym sobą, gdybym nie odnalazła pozytywnych akcentów w tym filmie. Z ogromną przyjemnością oglądałam przepiękne afrykańskie krajobrazy. I nagle bardzo zatęskniłam za Kenią, bo byłam tam prawie jedenaście lat temu. Powinnam teraz poszukać zdjęć z tamtej wyprawy i Wam pokazać.


sobota, 6 lutego 2016

Kocia zupa

Artykuł został zarchiwizowany i ukaże się w publikacji naukowej.


czwartek, 30 kwietnia 2015

Czeskie i słowackie kino

Znajomi wiedzieli, a sprytni się domyślili, że wywiało mnie na łono przyrody przy słowackiej granicy. Mieszkam w mieście, w którym powietrze jest trujące, więc czasami muszę zafundować sobie naturalny respirator. Przypadkowo się złożyło, że tuż przed wyjazdem obejrzałam kilka filmów produkcji czeskiej i słowackiej.

Konsulat Generalny Republiki Słowackiej w Krakowie w dniach 16-20 kwietnia zaprosił nas na przegląd filmowy w kinie Paradox. Udało mi się obejrzeć trzy z pięciu seansów. Festiwal rozpoczął się od polskiego akcentu, gdyż w roli głównej w "Ja kocham, Ty kochasz" ("Ja milujem, ty miluješ") wystąpił Roman Kłosowski. Film w reżyserii Dušana Hanáka przeleżał na cenzorskiej półce przez dziewięć lat i po raz pierwszy został wyświetlony w 1989 roku. Stary kawaler, Pišta, marzy o wielkiej miłości, przerzucając przesyłki pocztowe, hodując pszczoły i opiekując się schorowaną matką, a przede wszystkim pijąc alkohol przy każdej możliwej okazji. Taka historia mogłaby wydarzyć się nawet we współczesnej Polsce, chociaż zapewne niezwykły spokój bohaterów zostałby tutaj zastąpiony wulgaryzmami.

Dušan Hanák wyreżyserował również "Różowe sny" ("Růžové sny" ) z 1977 roku, liryczną opowieść o ciężkiej próbie przełamania obyczajowego tabu. Jakub (Juraj Nvota) pracuje jako wiejski listonosz, Jolanka (Iva Bittová) to młoda Cyganka. Środowisko nie akceptuje ich miłości. Ucieczka do miasta i konfrontacja wzajemnych oczekiwań w starciu z codziennością wypalają namiętność. Finał zaskakuje, ale bardzo pozytywnie. Spodobały mi się również płynne i bardzo naturalne przejścia pomiędzy realistycznymi, choć ukazanymi z dużą dawką humoru, scenami zwykłego życia na wsi a baśniowymi wizjami zakochanych.
  
Najsłabszym, moim zdaniem, filmem był obraz Martina Ťapáka z 1976 roku "Pacho, zbójnik z Hybia" ( "Pacho, hybský zbojník"). Trudne życie górali zbuntowanych wobec swoich okrutnych i chciwych władców przedstawione zostało w formie quasi musicalu, a sami zbójnicy stali się karykaturami. Kojarzą mi się tutaj z niezbyt rozgarniętymi krasnoludkami z bajki o królewnie Śnieżce. Prawdziwa legenda ośmieszała jedynie złych kasztelanów i panów feudalnych.

W poniedziałek, 20 kwietnia, otrzymaliśmy w Klubie Gwarek w prezencie od Etiudy&Animy ogromną porcję śmiechu. Bezsprzecznie numerem jeden była dla nas fantastyczna animacja "Mythopolis" (2013). Reżyserka, Alexandra Hetmerová, wykazała się nie tylko świetną znajomością greckiej mitologii, ale też niezwykłym poczuciem humoru i abstrakcyjnym myśleniem. Meduza szuka tatusia dla swojego synka. Prawdziwą miłość odnajduje dzięki nici Ariadny.

W "Nowym gatunku" ("Nový druh", 2013) Kateřina Karhánková z ironicznym uśmiechem pokazuje, jak edukacja zabija wyobraźnię dzieci. Podobny wydźwięk ma "Lewo, prawo" ("Levá, pravá", 2013), ale w tym przypadku Marek Náprstek wytyka wady systemu w świecie dorosłych, zamieniającego ludzi w bezmyślne roboty.

Do refleksji zmusza Klará Břicháčková w krótkiej opowieści o myśliwym i ściganej zwierzynie "Mimicry" (2013). Akwarelowa animacja uświadomiła mi, dlaczego tak trudno sfotografować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. O tym, że nawet najbardziej nieprawdopodobne marzenia mogą się spełnić, przypomina Jakub Kouřil w "Małym Cousteau" ("Malý Cousteau", 2013). Podwodny świat może pojawić się nawet w wielkim mieście.

Hanka Nováková ukazuje, z jednej strony, pazerność, z drugiej zaś, bezwzględną manipulację w obrazie pod tytułem "Chciwość" ("Greed", 2013). Chęć posiadania okazuje się silniejsza od zdrowego rozsądku. W kategorii animowanej najmniej przypadł mi do gustu pomysł Martina Mája w filmie "Punch and Judy" (2013). Bunt marionetek przerodził się w zbyt brutalne dla mnie zakończenie.

Fabularne etiudy wypadły na tle animacji blado. W "Loic, witaj!" ("Loicu, vítej!", 2013) Natálie Císařovská zaskoczyła nas jedynie... kapciami. Największym jednak rozczarowaniem był drugi film tej samej reżyserki "Karel Lampa" (2013). Narcystycznego prostytuującego się narkomana nie uważam za temat wart mojego czasu, pomimo, że jest dzieckiem słynnych rodziców. Nawet wirus HIV nie nauczył go pokory, więc w filmowej opowieści zabrakło morału.


piątek, 6 marca 2015

Mocna kawa wcale nie jest taka zła

Od kawy jestem uzależniona. Wiaderkami ją pochłaniam, chociaż raczej w wersji łagodnej i z dodatkiem dużej ilości mleka. Nie spodziewałam się, że tak bardzo rozsmakuję się w tej wyrazistej esencji, w dodatku polskiej produkcji. Film w reżyserii Aleksandra Pietrzaka, zatytułowany "Mocna kawa wcale nie jest taka zła" zachwycił nie tylko mnie, ale również moich kinowych towarzyszy: Wojtka, Maćka oraz Kubę. Na tą aromatyczną ucztę, połączoną ze spotkaniem z Marianem Dziędzielem, zaprosiła nas Etiuda&Anima.

Błyskotliwe dialogi, świetna gra aktorska i fontanny śmiechu tryskające z komizmu sytuacji - tak w skrócie można podsumować tą opowieść. A jednak gdzieś pod płaszczykiem ironii i lekkości poruszone zostały bardzo poważne tematy. Konflikty pomiędzy rodzicami na trwałe okaleczają psychikę dziecka, w rozbitej rodzinie zatracają się relacje i gubią się uczucia, a o więzach krwi pamięta się już tylko wypełniając urzędowe dokumenty. 

Spotkanie Jacka i Łukasza wypełnione jest początkowo całkowitym brakiem zaufania, niedopowiedzeniami i żalami. Zapewne nie udałoby im się przełamać lodów, gdyby nie pomoc doświadczonej życiowo kobiety, Wandy. Bohaterowie powoli odkrywają samych siebie i zaczynają dostrzegać własne błędy. Pozorna komedia, jednak bez zbędnego moralizatorstwa, zaczyna zmuszać do refleksji i przekazuje kilka życiowych prawd.

Podstawową, moim zdaniem, wadą filmu jest jego krótki metraż. Wiele wątków, jak choćby dalszy los małego drugoplanowego uciekiniera, aż się prosi o dodatkowe rozwinięcie. Być może reżyser dopisze w nieodległej przyszłości swój łańcuch zdarzeń. A ja zapraszam Was na kilkadziesiąt minut dobrego kina.

Informacje dla zainteresowanych: 
reżyseria - Aleksander Pietrzak
scenariusz - Aleksander Pietrzak
w rolach głównych - Marian Dziędziel, Wojciech Mecwaldowski, Dorota Pomykała
produkcja - Polska, 2014

Źródło: http://www.filmweb.pl


środa, 10 września 2014

Królowie lata (The Kings of Summer)

Do zainteresowania się tym filmem skłoniła mnie pochlebna na jego temat wypowiedź Moniki. Ciekawość jest chorobą zakaźną, więc na seans w kinie Paradox udałam się w towarzystwie Maćka i Darka. Okazało się, że było warto i bawiliśmy się naprawdę świetnie.

Tematyka dorastania wydaje się być przemaglowana na wszystkie strony, a większość obrazów o zbuntowanych nastolatkach naszpikowana jest moralizatorskim tonem. Ten komediodramat ucieka od stereotypów, a konflikt pokoleń i brak zrozumienia w rodzinie jest jedynie punktem wyjściowym do barwnej i zaskakującej opowieści. Joe Toy i Patrick Keenan postanowili uciec od swoich rodziców i zamieszkać w samodzielnie wybudowanym drewnianym domu w lesie. Dołączyła do nich dziwaczna i tajemnicza, ale chyba najbardziej zabawna postać w całym filmie, Biaggio. Chłopcy zamienili się w projektantów i budowniczych, próbowali swoich sił w myślistwie i znakomicie odnaleźli się w swojej prywatnej szkole przetrwania. Wieloletnia przyjaźń Joe'a i Patricka poddana została próbie, kiedy w leśnym domku pojawiła się ich koleżanka, Kelly. Plan królewskiego życia poza światem nakazów i zakazów rozsypał się w pył. Więcej zawirowań fabuły nie zdradzę, bo nie chcę psuć Wam zabawy podczas oglądania tego komediodramatu.

Jedna scena przekroczyła próg mojej wrażliwości. Brutalny epizod, chociaż w tym przypadku niezbędny dla zilustrowania momentu przekroczenia umownej granicy dorosłości, nazbyt dokumentalnie ukazał pierwsze udane polowanie i przemianę ślicznego zajączka w gotowy posiłek. Jestem wegetarianką, więc takich drastycznych dla mnie obrazów po prostu unikam.

Wszystkie pozostałe minuty filmu gwarantują wspaniałą rozrywkę. Urzekły mnie przede wszystkim genialne dialogi, tryskające humorem, często ironizujące i za każdym razem zaskakujące widza. Wszyscy bohaterowie wzbudzali moją sympatię, wydawali się naturalni i bardzo w swoich rolach przekonujący. Piękne obrazy dopełniono świetną ścieżką dźwiękową. Pomiędzy salwami śmiechu autorzy ukazali, co oznacza dorosłość, zgrabnie bilansując zyski i straty, jakie ze sobą niesie opuszczenie krainy dziecięcej beztroski. Polecam serdecznie.

Informacje dla zainteresowanych:
reżyseria - Jordan Vogt-Roberts
scenariusz - Chris Galletta
w rolach głównych - Nick Robinson (jako Joe), Gabriel Basso (jako Patrick) i Moises Arias (jako Biaggio)
produkcja - USA, 2013

Źródło: http://www.filmweb.pl


piątek, 18 lipca 2014

6 Kraków Summer Animation Days

Przez trzy wieczory, od 15 do 17 lipca 2014 r., na Małym Rynku wzrok przyciągał wielki ekran. Nie wiem, jak udało się organizatorom zaczarować pogodę, ale burzowe anomalie omijały wszystkie projekcje. W ramach wydarzenia zaprezentowano najlepsze światowe animacje, obsypane nagrodami na międzynarodowych festiwalach.

Poziom filmowych etiud był bardzo różny. Nie każda technika trafia w mój gust. Nie lubię, na przykład, animacji, które określam mianem "brudnej kreski". Wolę bardziej plastyczne oraz dopracowane formy. Wyświetlono kilka obrazów wybitnych. W moim subiektywnym rankingu niekwestionowanym bohaterem pierwszego dnia pokazu została francuska produkcja z 2013 roku, zatytułowana "Ascension" ("Wniebowstąpienie"). Piękna opowieść zrealizowana przez grupę pięciu studentów (T. Bourdis, M. de Coudenhove, C. Domergue, C. Laubry i F. Vecchione) wspina się po stromych skałach marzeń, asekurowana przez przyjaźń i wspólne pokonywanie trudności. Kilka kadrów możecie zobaczyć na stronie jednego z autorów filmu, Thomasa Bourdisa.

Przebojem drugiego dnia była dla mnie koprodukcja słoweńsko-niemiecka, zatytułowana "Boles" (2013). Jej zwiastun można obejrzeć na stronie autorki. Fantastyczna historia o pisarzu, który nie może odnaleźć weny i zaprzyjaźnia się z sąsiadką, podstarzałą kobietą lekkich obyczajów, zmierza do zaskakującego finału. Špela Čadež zachwyciła mnie również innymi swoimi realizacjami, które znalazłam buszując w Internecie. Polecam takie etiudy jak: "Liebeskrank" ("Lovestick", "Chory z miłości"), "Zasukanec" czy "Dr. Pill".

Nie przepadam za horrorami, ale ten, wyświetlony podczas trzeciego dnia letniego kina, okazał się po prostu rewelacyjny. "O Apóstolo" ("Apostoł", Hiszpania, 2012) w reżyserii Fernando Cortizo to 80 minut wielkiej dbałości o każdy detal. Główny bohater ucieka z więzienia, marząc o spokojnym życiu. Pierwszym etapem podróży jest mroczna wioska, w której kolega z celi ukrył łup. Dziwni mieszkańcy, duchy, nadprzyrodzone zjawiska odciskają piętno na psychice młodego złodzieja i zmieniają jego podejście do świata materialnego. Zwiastun filmu dostępny jest na stronie.



poniedziałek, 6 maja 2013

Trio z Belleville (Les Triplettes de Belleville)

Ostatnio moje życie toczy się w oparach absurdu. Z jednej strony czarująca wiosna gwałtownie eksplodowała kolorem i zapachem, a moja kolekcja dobrych ludzi wypełniła się nowymi, unikalnymi i bezcennymi egzemplarzami, z drugiej zaś chwasty rozmaite z mojego życia muszę ciągle wyrywać i kręcę się nieustannie w kołowrotku paranoi, bo skoro teraz odczuwam ból egzystencjalny, zrozumieć nie potrafię, dlaczego najbliższy termin wizyty u specjalisty dostępny jest dopiero we wrześniu.

Zaserwowałam sobie zatem jedną z moich ulubionych mieszanek konwencji i stylów, mroczną, surrealistyczną, ostrą kreską malowaną bajkę zatytułowaną "Trio z Belleville". Tytułowa trójka to ekscentryczne piosenkarki, które zaskakują swoją pomysłowością nie tylko na muzycznej scenie, ale przede wszystkim ujmują abstrakcyjnym stylem życia i niezwykłą umiejętnością odnalezienia się w każdej sytuacji. Szczególnie polecam ich fantastyczne, na wskroś francuskie, przepisy kulinarne.

Główną bohaterką jest jednak genialna postać babci, Madame Souzy, która dla swojego ukochanego wnuczka, Championa, potrafi dosłownie w łupinie pokonać ocean. Właśnie ta bezwarunkowa babcina miłość stanowi oś całego filmu. Wzruszeń dostarcza upór w poszukiwaniu sposobów na namalowanie uśmiechu na osieroconej buzi. W tej karykaturze francuskiej mentalności nie mogło oczywiście zabraknąć fascynacji kolarstwem i właśnie Tour de France okaże się kluczem do odizolowanego po osobistej tragedii świata chłopca.

Obraz ten zajmuje topowe miejsce w mojej filmotece, choć sceptycznie zazwyczaj podchodzę do animacji. Tym razem jednak zachwyca dbałość o każdy detal i rzeczywiście takie efekty można było uzyskać wyłącznie w studiach graficznych. Jak na bajkowy scenariusz przystało, dobro zwycięża w walce ze złem, a głęboki pokłon w stronę potęgi rodzinnej miłości został oddany, niemniej sposób opowiedzenia tej historii czyni ją wyjątkową i w pełni wartą czasu spędzonego przed ekranem.

Informacje dla zainteresowanych:
reżyseria - Sylvain Chomet
scenariusz - Sylvain Chomet
projekt graficzny - Sylvain Chomet
produkcja - Belgia, Francja, Kanada, Wielka Brytania, Łotwa, 2003

Źródło: http://www.filmweb.pl
                                                      

niedziela, 21 kwietnia 2013

Bazyl. Człowiek z kulą w głowie (Micmacs à tire-larigot)

Ta płyta bardzo długo czekała na moją prywatną premierową projekcję. Do zakupu skusiło mnie nazwisko reżysera - Jean-Pierre'a Jeuneta, a więc twórcy mojej ukochanej "Amelii". I w końcu nadarzyła się sobota, którą nieprzerwanie kisiła szarobura aura, jakby szósta rano zawiesiła się w czasoprzestrzeni. Potrzeba zresetowania tej ponurej rzeczywistości usadowiła mnie przed ekranem telewizora.

I tym oto sposobem zapadłam się w baśniowy klimat opowieści o Bazylu. Retrospekcja ukazuje, jak w brutalny sposób małemu chłopcu odebrane zostało szczęśliwe dzieciństwo. Jego ojciec zginął podczas rozbrajania miny przeciwpiechotnej, matka nie udźwignęła tego ciężaru i została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, a on sam trafił do sierocińca prowadzonego przez surowe i okrutne zakonnice. Spotykamy go ponownie jako dorosłego mężczyznę, by chwilę później stać się świadkiem przypadkowego postrzału, który rujnuje jego spokojne, poukładane życie.

Spodziewałam się większych zaburzeń percepcji u głównego bohatera. A jednak, mimo poważnego urazu głowy i tytułowej kuli ukrytej gdzieś w czaszce, zaskakuje on sprytem i logiką podejmowanych działań. Z bezdomności tworzy swoisty performance. Błyskawicznie aklimatyzuje się w swoistym zamku wybudowanym na złomowisku przez niewielką grupkę ekscentrycznych wyrzutków społecznych. Wspólnie knują intrygę mającą na celu zemstę na wyzutych z uczuć producentach broni. Osoby pojawiające się na ekranie prezentują wyjątkowo bogate wnętrza i wyraziste charaktery. Wszyscy aktorzy spisali się medalowo, szczególnie ci odtwarzający postaci kloszardów zachwycają naturalnością, a ich filmowe fantazje i dziwactwa pasują do nich idealnie jak szyte na miarę garnitury.

Mocną stroną tego filmu są zdjęcia, często balansujące na granicy sepii, tajemnicze, nastrojowe, igrające ze światłem, współgrające z muzyką. Nawet złomowisko, na którym mieszkają bohaterowie, wydaje się ciepłe, przytulne, wręcz zaprasza w swoje czeluści. A ja zapraszam do skosztowania sporej porcji absurdu, surrealizmu i humoru, pięknie opakowanej i przyrządzonej ze smakiem.

Informacje dla zainteresowanych:
reżyseria - Jean-Pierre Jeunet
scenariusz - Jean-Pierre Jeunet, Guillaume Laurant
w roli głównej - Dany Boon
produkcja - Francja, 2008


Źródło: http://www.filmweb.pl


sobota, 2 marca 2013

Fryzjerka (Die Friseuse)

Mimo mojego słynnego postrzegania rzeczywistości wyłącznie od jasnej strony, czasem nagle smutnieję. Wystarczy słowo, gest albo cień wspomnienia i zamykam się szczelnie w swej skorupie, narzucam pelerynę niewidkę i znikam, jak gdyby nigdy mnie nie było. Ale to chyba naturalne, że nawet największy optymista miewa krótkotrwałe przerwy w szczerzeniu zębów do całego świata.

Rzadko oglądam filmy. Mam listę swoich ulubionych, ale w ogólnej pogoni za przygodą trudno zatrzymać mi się na czas projekcji i skupić zmysły na wymyślonej fabule. Dzisiejszy nastrój jednak wyłączył na chwilę wielotorowość moich rozbieganych myśli i absolutnie przypadkowo wylosowałam niemiecką produkcję pod tytułem "Fryzjerka". Nie słyszałam niczego wcześniej o tym obrazie, więc obejrzałam całkowicie na dziko, na zasadzie randki w ciemno.

Jako adoptowane dziecię Fortuny, jak się okazało, trafiłam w dziesiątkę. Film należy do gatunku ameliowatych, czyli dokładnie takich, jakie lubię najbardziej. Główna bohaterka, Kathi, obdarzona została przez naturę ogromnym sercem i równie wielką masą ciała. Niepoprawna optymistka, marzycielka, wciąż malowała na swej twarzy promienny uśmiech i emanowała serdecznością, mimo bolesnych kopniaków, jakimi hojnie obdarowywała ją codzienność i otaczający ludzie. Mąż ją porzucił wiążąc się z jej najlepszą przyjaciółką. Samotnie wychowywała córkę, która zamiast okazać choćby odrobinę miłości, szacunku i wsparcia, ostentacyjnie pokazywała swojej rodzicielce, jak bardzo się jej wstydzi. Kathi nie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie, gdyż nikt nie zwracał uwagi na jej umiejętności, a jedynie ocenie podlegał jej wygląd zewnętrzny - czyli nadmierna tusza i odpustowy, przejaskrawiony styl ubierania się.

Mimo świadomości swojej społecznej marginalizacji, Kathi wierzyła, że do szczęścia potrzeba naprawdę niewiele. Według niej świetna fryzurka w każdej sytuacji zadziała jak generator uśmiechu i rozwiąże wszelkie problemy. Bohaterka konsekwentnie dążyła do realizacji swojego największego marzenia, jakim było otworzenie własnego salonu fryzjerskiego. A łatwo nie było, zwłaszcza, że miała niesamowity dar pakowania się w najbardziej absurdalne kłopoty. Kilka oryginalnych i naprawdę zabawnych gagów rzeczywiście zasługuje na głęboki ukłon w stronę scenarzysty.

I chociaż filmowa opowieść kończy się w odczuciu Kathi zdecydowanie dla niej pozytywnie, czegoś jednak mi osobiście zabrakło. Obniżenie poprzeczki, rezygnacja z własnych ambicji na rzecz wyrobu marzeniopodobnego pozostawia pewien niedosyt, przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu, dodatkowo wzmocnionym przez towarzyszący mi w danym momencie smutkowo-refleksyjny nastrój. Niemniej film jak najbardziej polecam, a przy następnej projekcji zapewne bardziej docenię brak cukierkowatego, hollywoodzkiego happy endu.

Informacje dla zainteresowanych: 
reżyseria - Doris Dörrie
scenariusz - Laila Stieler
w roli głównej - Gabriela Maria Scheime
produkcja - Niemcy, 2010


Źródło: http://www.filmweb.pl


niedziela, 24 lutego 2013

Być Kobietą - wyzwanie piąte

Gdybym nie próbowała zapanować nad chaosem myśli moich nieuczesanych, nagłówek tego posta brzmiałby po prostu: "Czytanie dywanu". I jak zwykle, nikt nie mógłby zrozumieć, co poeta miał na myśli. Skrzętnie skrywana logika moich wypowiedzi bazuje w tym wypadku na piątym wyzwaniu tafcikowym, które w ostatnich medialnych kampaniach reklamowych kojarzy się ze sloganem: "nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka".

Terry'ego Pratchetta poznałam w Portugalii. Aż po sam czubek wypełniał limit bagażu podręcznego mojego dziecięcia. Dwa tygodnie - poza brzęczeniem telefonu i domofonu, bez nieustających pielgrzymek ludzi ślepo wierzących w moje umiejętności rozwiązywania wszelakiej maści problemów egzystencjalnych, bez błagalnych alertów o ratowanie wszechświata, bez kultu urzędniczej indolencji oraz bez złodziejstwa czasowego uprawianego nawet przez domowe sprzęty - zdecydowanie sprzyjały literackiej konsumpcji.

Sceptycznie podchodzę do wszystkich tworów z kategorii "fantastyka". Owszem, wierzę w anioły i krasnoludki, ale straszydła rozmaite nigdy nie przekraczają granic świata mojej wyobraźni. A jednak w Pratchecie zakochałam się od pierwszego akapitu. Mimo dzielącej nas przepaści całego pokolenia doświadczeń okazało się, że nadajemy na tych samych falach. 

Wakacje, niestety, charakteryzują się ulotnością, a codzienność z uśmiechem okrucieństwa odbiera paszport uprawniający do podróży w relaksacyjny papierowy świat. Owszem, regularnie sięgam po mądre książki potrzebne mi na płaszczyźnie zawodowo-naukowej, ale witryna biblioteczki, w której zadomowiła się literatura piękna, długo czekała na moją wolną chwilę. Tym razem maszyna losująca ściągnęła z półki "Dywan". Jak zdradza w przedmowie sam autor, powieść ma charakter dualny. Popełnił ją w wieku lat siedemnastu, na długo przed dniem moich narodzin, ale przed wznowieniem publikacji przeprowadził na niej gruntowną operację plastyczną. Być może kiedyś przysiądę nad oryginalną wersją i dokonam analizy porównawczej z czystej ciekawości dla procesu ewolucji pisarskiego talentu. Niestety, nie mam żadnego dywanu w moim prywatnym zestawie ścian, aby osobiście zaobserwować rozgrywające się w jego splotach historie. 

Fabuły oczywiście zdradzać nie będę, aby nie pozbawiać innych czytelników radości Kolumba ze stąpania po odkrytym właśnie nieznanym lądzie. Z pewnością warto zwrócić uwagę na słynne pratchettowskie perełki błyskotliwych metafor i elokwentnych skojarzeń wręcz pozrywanych z egzosfery, które zdobią każdą stronicę książki. Z czystym sumieniem mogę polecić tą powieść wszystkim koneserom piękna.