Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

poniedziałek, 11 lutego 2013

Wyróżnienie

Nie do końca rozumiem, o co z tymi wyróżnieniami chodzi, ale takowe od Srebrnolistki otrzymałam i oczywiście bardzo dziękuję. Nagroda wygląda tak:


Gorzej będzie z dopełnieniem formalności. Blogowanie w wieku niemowlęcym oprócz kompromitujących braków w edukacji wiąże się również z brakiem wystarczającej puli znajomości. A wyróżnieniowe zasady przedstawiają się następująco:
1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
3. Ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
4. Nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
5. Poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

Punkty 1 i 2 - wykonane. Przechodzimy do trójki. Na siedem moich grzechów głównych składają się: uzależnienie od czekolady, uzależnienie od sera żółtego, uzależnienie od wszystkich odcieni fioletu, uzależnienie od kotów, uzależnienie od rękodzieła z tendencją narastającą w stronę coraz to nowych technik, obsesyjnie chorobliwy optymizm oraz serce o kilka rozmiarów za duże. I teraz, Houston, zaczynają się problemy. Nie mam pojęcia, kogo mogłabym nominować, a tym samym poinformować go o tejże nominacji. Pozostaje zatem nadzieja, że jacyś desperaci sami się zgłoszą. W przeciwnym wypadku, wyróżnienie zawiśnie obok znaku informacyjnego "ślepa ulica".



niedziela, 10 lutego 2013

Być Kobietą - wyzwanie trzecie

Taniec... Ta strefa rozrywki zawsze pozostawała dla mnie zamknięta. W końcu nie można być geniuszem w każdej dziedzinie. Mój poziom muzykalności ogranicza się do rozróżniania ciszy od melodii, ale już wyłapywanie poszczególnych dźwięków zdecydowanie mnie przerasta. Z twardego drewna wyciosane ciało nie panuje nad koordynacją ruchową i jedynie ręce pozostają giętkie, tworzeniem wciąż nienasycone. Antytanecznie tłumaczy mnie też ostatnia kontuzja. Co prawda, w poniedziałek pozbyłam się gipsu, ale medyk zalecił jeszcze kilkutygodniowe unikanie wszelkiego typu harców.

Zadanie scedowałam na Julcię, siedmioletni żywioł energetyczny. Dziecię z zapałem przedstawiało swoim Rodzicom kolejne układy choreograficzne. A ja w ramach zapłaty uplotłam serduszkowy naszyjnik w Julciowym kolorze.



środa, 6 lutego 2013

Bo (miłość) nie jedno ma imię

Podjęłam rękawicę rzuconą przez Srebrnolistkę. Temat miłosny. Pozornie banalny i oklepany, a jednak wciąż nie do końca zrozumiały, każdorazowo zaskakujący, posiadający niebotycznych rozmiarów arenę do fantastycznych nowych odkryć. Pierwszą koncepcją była eksploracja dziedziny najbardziej mi bliskiej, a więc stworzenie miłosnego wątku w biżuterii ze śmieci. Bajkowa kuleczka genialnej myśli zastukała do mojej głowy. Już wcześniej oplatałam nakrętki z butelek. Dwa dodatkowe gesty i powstało serduszko. Wielce z siebie zadowolona uruchomiłam upcyklingową linię produkcyjną.

A jednak w międzyczasie narodził się nowy pomysł. Los przypadkowo skrzyżował moje ścieżki z Pawłem, który podzielił się ze mną swoją historią miłosną. Powiało egzotyką. Ewelina uwielbia pandy i kolekcjonuje wszystko, co z nimi jest związane. A Paweł przy każdej okazji obsypuje ją maskotkami i innymi gadżetami właśnie z tym motywem. Teraz szykuje nową pandową niespodziankę dla swojej dziewczyny polując na kolejne egzemplarze pluszowych misiaczków. I tak zostałam zainspirowana do stworzenia pary zakochanych pand w hołdzie dla tego zagrożonego wyginięciem gatunku. Kolczyki Pan i Pani Panda wykonane zostały metodą filcowania na sucho z wełny czesankowej. Wyglądają na dobrze wykarmione, ale wbrew pozorom są leciutkie i nie obciążają ucha.

Moją zakochaną parkę można obejrzeć na blogu u Srebrnolistki, tam też można wyrazić swoją opinię na ich temat, a po obejrzeniu prac innych osób, wykonanych w ramach miłosnego wyzwania - do 13 lutego zagłosować na najlepszą.



niedziela, 3 lutego 2013

Być Kobietą - wyzwanie drugie

Ostatnio moje godziny urzędowania przestały pokrywać się z zegarami biologicznymi normalnych ludzi, a jedynym oknem na świat był ekran monitora. W normalnych okolicznościach przyrody porywisty wiatr niesie mnie z wielką siłą w nieznanych kierunkach. Ale czasem na morzu życia cisza ster przejmuje, więc na chwilę zatrzymuję się w bezkresie samotności z dala od słów, gestów, grymasów twarzy.

Drugie wyzwanie tafcika polegało na przeprowadzeniu akcji wykopaliskowej zapomnianych przyjaźni. Do Ewki napisałam maila zaczepnego, oddzwoniła, kiedy obudził się dzień. Z Martą poGGadałam, gdyż w ferworze pakowania się i dopinania spraw przed wyjazdem do Norwegii trudno jej wykroić minuty na beztroskie towarzyskie wypady. Jednak prawdziwą dywersję zaplanowałam na sobotę. "Nie uczęszczane ścieżki przyjaźni zarastają..." Od miesiąca szykowałam przedarcie się przez prawdziwy busz. 

Miliony lat świetlnych dzieliły mnie od czasów szkoły podstawowej, więc ciekawość, co się stało z naszą klasą rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Na moje zaproszenie odpowiedziały Anita i Monika. Wieczór sentymentalny przyozdobiony był perłami śmiechu i bursztynami wzruszeń. Aż trudno uwierzyć, że przez tyle lat się nie widziałyśmy. Opróżnienie 3,5 butelki wina mogę wytłumaczyć jedynie tym, że w połowie spotkania dołączył do nas jeszcze Michał. W zasadzie ten ostatni zmienił się najbardziej i zgodnie stwierdziłyśmy, że żadna z nas nie rozpoznałaby go na ulicy. Było tak miło, że nie będziemy czekać kolejnych dekad do następnego spotkania.



piątek, 1 lutego 2013

Wernisaż wystawy Edyty Sokół

Jak długo można tkwić w gipsowym więzieniu? Pomijając dyskomfort cielesny, najbardziej uwierał niedobór wrażeń towarzyskich, artystycznych i kulturalnych. Teoretycznie w czwartek powinnam była odzyskać wolność, ale zasiadający na plastikowym tronie chirurg nie miał czasu udzielić mi amnestii. W końcu zbuntowałam się przeciwko zbiurokratyzowanej służbie zdrowia, wyciągnęłam własny zestaw narzędzi i samodzielnie pozbyłam się balastu. Odzyskaną lekkość bytu należało zatem uhonorować ucztą dla duszy. Zaczęłam rozglądać się za ciekawym wydarzeniem

Podczas nocnych spacerów po Internecie przypadkiem natknęłam się na Edytę Sokół. Zainteresowała mnie z pobudek lokalnie patriotycznych, gdyż reprezentuje moje ukochane Bronowice. A kiedy zapoznałam się z jej pracami, z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że godnie kontynuuje młodopolskie tradycje naszej dzielnicy. W dniu 1 lutego w siedzibie osiedlowego klubu Jordanówka miałam zaszczyt uczestniczyć w wernisażu wystawy Edyty. Artystka postanowiła pomóc rodzinom wielodzietnym i właśnie na ten cel przeznaczony został całkowity dochód ze sprzedaży jej dzieł. Jak sama wyjaśniła, od podszewki zna problemy, z jakimi zmagają się takie rodziny.

Zaskakuje wszechstronność młodej malarki, balansowanie na krawędzi rozmaitych technik oraz rozległa tematyka prac. W jej dorobku znaleźć można pejzaże, portrety, karykatury, martwą naturę, a nawet  bajkowych bohaterów. Szczególnie spodobały mi się znakomicie skomponowane przestrzennie obrazy trzyczęściowe.







Warto wspomnieć, że na wernisażowych gości czekało wiele miłych niespodzianek. Oprócz poczęstunku na suto zastawionych stołach, prezenty w postaci ręcznie wykonanej biżuterii przygotował dla każdego odwiedzającego jeden ze sponsorów tego przedsięwzięcia. 


czwartek, 31 stycznia 2013

Podaj dalej

Nie przepadam za wszelkiego typu łańcuszkami szczęścia, ale ta gra ma bardziej osobisty charakter z uwagi na tworzone sercem przedmioty przekazywane kolejnym uczestnikom. Jako pasjonatka rękodzieła musiałam się przyłączyć. Zabawa nazywa się "Podaj dalej", a zasady pokrótce wyglądają tak: zapisując się u mnie na blogu ochotnik wyraża chęć otrzymania ode mnie małej paczuszki z drobiazgami, które własnoręcznie tworzę, natomiast po ich otrzymaniu zobowiązuje się przeprowadzić tą samą zabawę u siebie. W łańcuszkowe gierki zostałam wciągnięta przez mrumru i oczywiście muszę pochwalić się, co sama dostałam.


Czy znajdzie się jakiś desperat? Proszę w komentarzu wyrazić chęć udziału w zabawie. Trzy pierwsze osoby obdaruję prezencikiem :)


środa, 30 stycznia 2013

Medal za życie

W bohaterstwie życia człowiek
Przez los został odznaczony,
Ale jak to w życiu bywa,
Każdy medal ma dwie strony.

Czasem wszystko się układa,
Gdy fortuna puszcza oko,
Więc marzenia się spełniają
I uśmiechasz się szeroko.

Gdy szczęście zapada w drzemkę,
Zdarzają się ciężkie chwile,
Klęski na parady chodzą,
Zaskakując cię niemile.

Dużo trudniej przejść przez życie
W kategorii kobiecości,
Bowiem szara rzeczywistość,
Piętrzy poziomy trudności.

Żony, matki, pracownice,
Zaplątane w wiecznym stresie,
Uśmiechu powinny szukać
W każdym codziennym sukcesie.

Gdy pogodzisz się ze sobą
I otrząśniesz się z mgły żalów
Będziesz mogła czerpać radość
Z tej jasnej strony medalu.



wtorek, 29 stycznia 2013

Inwazja serduszek

Klamka zapadła i w tym tygodniu pełną parą ruszy u mnie produkcja serduszek. Z jednej strony, zostałam zmotywowana przez Srebrnolistkę, z drugiej zaś, do mojej wyobraźni nagle zapukał genialny pomysł lekkiej modyfikacji równie genialnego pomysłu upcyklingowego z ubiegłego roku. Prototyp, który powstał minionej nocy, jak najbardziej pokrywa się z moimi wyobrażeniami, co nie zdarza się często. Zdjęć z premedytacją nie pokażę, dopóki nie zrealizuję całego projektu. Aby jednak dodać mojemu anemicznemu blogowi kolorków, pochwalę się królisiem, który dzisiaj do mnie przykicał. Szkoda, że metryka moja nie pozwala mi się z nim beztrosko pobawić, ale mam w najbliższej Rodzinie małą dziewuszkę, u której długoucha piękność zamieszka na stałe i będą żyli długo i szczęśliwie.


Za śliczny prezent dziękuję Kasi, którą możecie odwiedzić na Wyspie Snów.


niedziela, 27 stycznia 2013

Być Kobietą - wyzwanie pierwsze

W mojej głowie miliony słów stoją w kolejce, w nadziei, że zostaną utrwalone na piśmie. A jednak wciąż brakuje mi systemu motywacyjnego i bezpowrotnie gubię je w chaosie niepamięci. Stąd pomysł wzięcia udziału w wyzwaniach tafcika, wdzięcznie zatytułowanych "Być Kobietą, być Kobietą". Może te kilka tygodni obudzi we mnie wolę konsekwencji.

Wyzwanie pierwsze: zanurzenie się, nawet "po godzinach", w świecie swojej ulubionej biżuterii.

Oczywiście nie obyło się bez ogromnych dylematów wyboru. Jestem sentymentalna. Serduszko pika szybciej na widok wielu biżuteryjnych cacek, bo te sprezentowane mi mają twarz tak ważnych dla mnie ich twórców, a te zrobione przeze mnie noszą w sobie okruchy mojego serca. Ostatecznie wybrałam bransoletkę od Violi Baranowskiej. To moja przyjaciółka poznana na artystycznych studiach, a więc w jednym z najpiękniejszych okresów mojego życia. Bransoletka posiada dodatkowo dwie najważniejsze dla mnie cechy piękna: jest kocia i jest fioletowa. Wykonana została techniką makramy szydełkowej, a jest to umiejętność pozostająca wciąż poza moją jurysdykcją.


A że wypadki chodzą po ludziach, większość czasu w tym tygodniu spędziłam w łóżku. Towarzyszyło mi jednak miłe wrażenie, że moja przyjaciółka mimo dzielących nas kilometrów jest tuż przy mnie, a przez to gips wydawał się o wiele lżejszy. Niniejszym dziękuję Alicji za fantastyczny pomysł na zabawę.


piątek, 25 stycznia 2013

Złapałam numerek

Leżę w łóżku przykuta gipsem. Swoim zwyczajem dostrzegam wyłącznie blaski zaistniałej sytuacji. Dobrze, że noga, a nie ręka, bo ręce do szczęścia o wiele bardziej mi są potrzebne. Czuję się zwolniona z odśnieżania podwórka, co przecież uważam za jedno z najmniej przyjemnych zajęć. Mam internet, więc wcale nie odczuwam potrzeby wychodzenia z domu. Szperam po niesamowitych zasobach sieci, na śmierć zagaduję moich przyjaciół na gg i FB, dla których w normalnych okolicznościach przyrody nie miałabym tak wiele czasu. Ogarnia mnie błogość, spokój i zadowolenie z chwilowego zwolnienia z szalonego pędu przez życie. Głaskam koty, które leżą przy mnie, choć przecież wcale nie muszą. Ich mruczące towarzystwo zapewnia mi pełną satysfakcję.

Lubię wyzwania. Przyczaiłam się, żeby złapać numerek u Srebrnolistki. I udało się - trafiłam w dwudziestotysięczne odwiedziny! Dziękuję za świetną zabawę ;) Radość tym większa, że przy moim roztrzepaniu i antymatematycznym podejściu do życia nie jest łatwo opanować świat cyferek. Owszem, jestem inżynierem, ale wszystkich przedmiotów ścisłych uczyłam się pamięciowo jak wierszy albo w formie skojarzeń mnemotechnicznych. Koronnym dowodem, że zupełnie nie zrozumiałam zasad grawitacji jest przecież gips na mojej prawej nodze...