I jeszcze spojrzenie religioznawcze na uliczki Arezzo. Najpopularniejszym motywem kapliczek na elewacjach budynków jest popiersie Matki Bożej w żółtym gorsecie oraz błękitnej chuście na głowie. Przy takim wizerunku pojawia się również napis: "Święta Mario, módl się za nami".
Kalendarium
* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice
czwartek, 5 września 2019
wtorek, 3 września 2019
Legenda prawdziwego krzyża
Budowę gotyckiej bazyliki San Francesco w Arezzo rozpoczęto w drugiej połowie XIII w. i ukończono w wieku XIV, natomiast dzwonnicę dodano w XVI w. Świątynię zaprojektował Fra Giovanni da Pistoia. W głównej kaplicy Bacci znajduje się jedno z arcydzieł malarstwa renesansowego, cykl fresków "Leggenda della Vera Croce" (Legenda o prawdziwym krzyżu). Piero della Francesca pracował nad nimi w latach 1452–1466. Inspiracją dla malarza był średniowieczny zbiór żywotów świętych, legend hagiograficznych i opowiadań apokryficznych ułożonych w porządku kalendarza kościelnego przez Jacopo da Varagine, zatytułowany "Legenda Aurea" (Złota legenda). Ściany kościoła zdobią również freski innych autorów, jednak zachowały się one w znacznie gorszym stanie. Przez chwilę zastanawiałam się, dlaczego nikt nie zajmuje się ich konserwacją, ale przypomniała mi się niefrasobliwa Cecilia Gimenez i uznałam, że płaty oderwanego tynku mają więcej uroku. Zresztą, prowokują do refleksji na temat przemijania, podobnie jak przypominające o śmierci wzory na kościelnej posadzce.
Etykiety:
Daleko od domu,
Historia sztuki,
Religie świata,
Sztuka
niedziela, 1 września 2019
W stronę słońca
Przez najbliższe dwa miesiące będę mieszkać w plecaku. Zamierzam się włóczyć po najcieplejszych zakątkach Europy. Zaczynam od odkrywania uroków Toskanii. Słów będzie zapewne mniej niż zwykle, ale szczodrze podzielę się kadrami, które zapisałam na mojej karcie pamięci. Pierwszym przystankiem na trasie mojej wędrówki było Arezzo, miasto założone przez Etrusków.
Na pierwszych zdjęciach możecie zobaczyć rzeźbę "La Sorella e la Ferita" (siostra i rana), którą mieszkańcom Arezzo podarował kataloński artysta Abel Vallmitjana. Jednak, pomimo bogatej metaforyki, estetyka tego dzieła nie przemawia do mnie. Znacznie bardziej spodobała mi się inna kompozycja rozproszona na fragmentach murów w Giardini del Praticino, a mianowicie pięć owiec, nazwanych "Il Coro" (chór), ofiarowanych miastu przez Karen Wilberding Diefenbach. Imiona poszczególnych owieczek zaczerpnięto z muzyki klasycznej: Adagio, Delicata, Lento, Amabile i Dolce, a w swojej symbolice nawiązują one do strażników czasów starożytnych. Zawsze były obecne na toskańskich wzgórzach.
Kolejne pomniki prezentują sylwetki postaci zasłużonych dla Toskanii. Vittorio Fossombroni wsławił się osiągnięciami w dziedzinie hydrauliki, a równocześnie był wybitnym mężem stanu. Ferdynand III Toskański, Wielki Książę Toskanii, zyskał szacunek mieszkańców Arezzo angażując się w rekultywację doliny Val di Chiana. Najbardziej monumentalna budowla powstała ku czci poety Francesca Petrarki. Ostatnie zdjęcie przedstawia dziewczynę myjącą włosy, która zasług zapewne żadnych nie posiada, ale za to pięknie zdobi wejście do restauracji Anticafonte.
Na północno-zachodniej stronie Piazza Grande uwagę przykuwają trzy obiekty: budynek starego trybunału, pałac Fraternita dei Laici z wieżą zegarową oraz romański kościół Santa Maria della Pieve z campanillą (dzwonnicą). Nad dachami kamieniczek góruje wieża przy Palazzo Lappoli. Warto zajrzeć również do Muzeum Archeologicznego, w ogrodach którego zachowały się ruiny Anfiteatro Romano, zbudowanego w epoce Hadriana, a więc w latach 117–138 n.e. Muzeum mieści się w dawnych zabudowaniach klasztornych przy kościele św. Bernarda, widocznym na następnej fotografii. Ostatni kadr przedstawia fasadę wczesnośredniowiecznego kościoła świętych Michała i Hadriana.
Etykiety:
Daleko od domu,
Historia sztuki,
Religie świata,
Sztuka
czwartek, 15 sierpnia 2019
Velum ormiańskie
Niektóre przedmioty przyciągają mnie z niewytłumaczalną siłą. Tak było z kawałkiem haftowanej materiału, który po prostu musiałam zobaczyć. Czułam, że mnie wzywa do Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Maius. Może moje losy w jednym z poprzednich wcieleń splotły się z Armenią? A może to fascynacja jej kulturą?
Fot. Maciej Wojtczak
Prezentowane velum, czyli nakrycie na kielich liturgiczny, datowane jest na XIX w. i było darem mieszkańców pobliskiej wioski dla klasztoru św. Jana Chrzciciela w Muszu. Tkanina wykonana jest z bawełnianego batystu i haftowana nićmi jedwabnymi oraz nićmi i blaszkami ze srebra. Można na niej podziwiać przedstawienia figuralne: Baranka Bożego (Agnus Dei), Chrystusa Zbawiciela Świata (Salvator Mundi), św. Szczepana, św. Jana Chrzciciela, św. Rypsymę oraz aniołów i serafinów.
O historii Ormian, nieistniejącym już klasztorze w Muszu i wreszcie o samym velum opowiedzieli nam Krzysztof Stopka, Jakub Osiecki oraz Joanna Sławińska. Na koniec usłyszałam głos ormiańskiego anioła, czyli Hasmik Baghdasaryan, ale to już temat na następną opowieść.
Etykiety:
Historia sztuki,
Sztuka
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Fata Morgana
Zapewne zauważyliście, że w tym roku rzadko można mnie spotkać w kulturalnych salonach Krakowa. Wyjścia z domu ograniczam do tych obligatoryjnych. Pamiętacie sołtysa z Wąchocka, który na noc zwijał asfalt? Nasz prezydent w swojej megalomanii poszedł znacznie dalej. Pozwijał całe ulice na wiele miesięcy. Wybrał te najbardziej strategiczne. Przeraża mnie miasto, które wygląda, jakby zostało zbombardowane. Trudno nazwać to remontem. Komunikacja publiczna, czule nazywana przez swoich użytkowników bydłobusami, porusza się slalomem bez cienia logiki. Zresztą, nazywanie tego poruszaniem się jest mocnym nadużyciem. W organizacji tras objazdowych zabrakło wizji terenowej. Na wąskich uliczkach osiedlowych do zatrzymania ruchu wystarczy jeden niefrasobliwy kierowca, który w przedszkolu nie nauczył się, jak wypełnić kolorowankę bez wychodzenia poza linię. Równie fatalnie przedstawiają się ciągi piesze. Chaos, fuszerka i eksperymenty na ludziach. Nie zauważyłam, że pod świeżo oddanymi do użytku płytami chodnikowymi zamontowano katapultę. Rozbite kolano powoli się goi, ale moi znajomi przeżyli bardziej spektakularne przygody podczas krakowskiego trekkingu i zostali nagrodzeni gipsowymi skarpetkami. Narodowy obowiązek narzekania został wypełniony, przejdźmy zatem do meritum i zatrzymajmy się przy kilku malarskich wizjach.
Galeria Ufo, do której się wybraliśmy, mieści się przy ul. Krakowskiej 13. W piątkowy wieczór, 9 sierpnia br., otwarto wystawę zbiorową zatytułowaną "Fata Morgana". W przeglądzie twórczości młodego pokolenia artystów widać wyraźny nacisk na abstrakcję i surrealizm. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy "Fortepianie" Radima Korosa, chociaż bez podpisu trudno przełożyć rozszalałe i ociekające jaskrawą cieczą klawisze na ich rzeczywisty pierwowzór. Skojarzenia autora są niezwykle trafne. Znakomicie zilustrował ból przeszywający wnętrze instrumentu, wywoływany każdym uderzeniem palców w muzycznej ekstazie. Do refleksji skłaniają również prace Marcina Dymka. W tych niedopowiedzianych kompozycjach organicznych, w nieoczywistych splotach łodyg, liści i pnączy, budzi się tęsknota za naturą. Przełamanie zieleni żółcią i pomarańczem stworzyło dodatkowy, niezamierzony komentarz do aktualnej sytuacji w światowej gospodarce leśnej. Obrazy przypominają o bezsilności wobec pożarów na Syberii, na Wyspach Kanaryjskich i w Amazonii. Planeta umiera na naszych oczach. Niepokój zasiany w naszych podświadomościach potęgowała obecność dziwnych stworów, szczególnie tych na płótnach Grzegorza Bugaja i Ludmiły Woźniczko. Najsłabszym punktem wystawy w naszej ocenie było coś, co przypominało tandetne poduszki ze skaju, wykonane przez Piotra Kolanko. Pomijam je fotorelacyjnym milczeniem.
W projekcie "Fata Morgana" udział wzięli: Grzegorz Bugaj, Maria Ciborowska, Marcin Dymek, Piotr Kolanko, Radim Koros, Krzysztof Mężyk, Maciej Pęcak, Bartłomiej Radosz, Aleksander Sovtysik, Luka Woźniczko i Bartosz Zaskórski. Obrazy można oglądać codziennie w godzinach od 11:00 do 20:00 do 31 sierpnia 2019 r.
niedziela, 11 sierpnia 2019
Nocna mara w świetle dnia
Zawsze przychodził nocą. Codziennie punktualnie o 21:00 ciemność ogrodu wypełniał szelestem. Z zachwytem patrzyłam na zdjęcia Małgosi. Jej jeże tak pięknie pozowały w naturalnym świetle. Cud wydarzył się w niedzielne popołudnie. Wychylił nosek spomiędzy konwalii.
- Gdzie jest moje jedzenie? Jak długo mam czekać na obsługę? - zapytał.
Szybko nakryłam do stołu. Zjadł głośno mlaskając i na odchodnym pokazał mi język.
Etykiety:
Fotografia,
Natura,
Osobiste
wtorek, 6 sierpnia 2019
Strach ma małe oczy
Spowity w ciemnościach ogród zaczyna szeleścić. Zastygam w bezruchu. Nasłuchuję. Czuję, że ktoś mnie obserwuje. Skrada się przez nieskoszone trawy. Jest coraz bliżej. Głośnym mlaskaniem oznajmia, że znalazł przygotowany dla niego poczęstunek: wodę i kocią karmę. A czy Wy wystawiliście miseczki dla jeży?
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































