Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

poniedziałek, 29 lutego 2016

Zagadkowa zabawa - pytanie 2

Niewiele osób odważyło się zmierzyć z pierwszą zagadką. Możecie jeszcze spróbować swoich sił. Zgłoszenia przyjmuję do 2 marca 2016 r. do godziny 23:59. Doszłam do wniosku, że niektóre miesiące są po prostu niesprawiedliwe, więc na potrzeby mojej zabawy każdy trwać będzie dokładnie 31 dni.






Proszę zapoznać się z regulaminem. Na Wasze propozycje rozwiązania drugiego zadania czekam do 31 marca 2016 r. do godziny 23:59.





Pytanie nr 1:
Czy zdjęcie przedstawia fragment dzieła sztuki czy może jest to jakaś przypadkowa kompozycja, która ze sztuką nie ma nic wspólnego?

Pytanie nr 2:
Jeśli jest to dzieło sztuki, to kto jest autorem, jaki jest tytuł pracy i gdzie się ona znajduje? 
Jeśli nie jest to dzieło sztuki, to co przestawia fotografia?


niedziela, 28 lutego 2016

Kuszenie wiosny

Chciałam rozjechać fioletowego kota, ale nie zdążyłam. Luty jest zdecydowanie wybrakowany. Pobiegłam w kierunku wyjścia awaryjnego i zmieniłam filc w kwiatka.


Pracę zgłaszam do krokusowej galerii u Agatki. Mam nadzieję, że wiosna przypomni sobie w końcu o nas i otuli przemarznięte serca ciepłem słonecznych promieni.



sobota, 27 lutego 2016

Legalna marihuana

Nie mam bladego pojęcia, jak nazywa się ten węzeł, ale świetnie nadaje się do wyplatania listków. Przyznaję się bez bicia, że marihuankę skręcałam w warunkach ekstremalnych, głównie w tramwaju, zatem w breloczku zarejestrowało się każde gwałtowne hamowanie i wszyscy rozpychający się pasażerowie. Nie wiem, kiedy znajdę wolną chwilę, aby przysiąść nad robótkami w zaciszu własnego mieszkania.


Mam nadzieję, że Joasia wybaczy mi wszelkie nierówności i zaliczy wykonanie zadania. Pracę zgłaszam do makramowego wyzwania.



sobota, 20 lutego 2016

Kultura na Melanezji

Mieszkańcy Melanezji zasłynęli jako żeglarze, rzemieślnicy i kupcy. Posiadali udoskonalone odmiany czółen, na których wypuszczali się w dalekie wyprawy handlowe, wojenne lub łupieskie. Lokalizacja ośrodków produkcyjnych najważniejszych artykułów, a więc wyrobów garncarskich, narzędzi kamiennych, łodzi, koszyków i ozdób, wiązała się z odziedziczoną tradycją plemienną i udogodnieniami, jakich dostarczał dany teren. System wymiany, odbywającej się wzdłuż określonych szlaków handlowych, został nazwany kula. Jego istotą było nieustanne krążenie naszyjników (soulava) i naramienników (mwali) po kręgu, który bezpośrednio obejmował Wyspy Trobrianda, Wyspy Laughlan, Wyspy d’Entrecasteaux, Luizjady, wyspę Woodlark i wschodni kraniec Nowej Gwinei. Plemiona zamieszkujące duże wyspy zajmowały się rolnictwem i uzyskiwały nadwyżki produkcyjne. Ludy z małych wysepek wulkanicznych zajmowały się rzemiosłem, produkcją broni, wydobyciem surowców i wyrobem ceramiki. Zrodziło to konieczność gimwali – handlu o charakterze ponaplemiennym. 

W zakresie antropologii fizycznej Melanezyjczycy różnią się zarówno wzrostem (skrajnością są bardzo wysocy wyspiarze z wyspy Nowej Brytanii oraz typ ludzi przypominający pigmejów z Afryki zamieszkujących centralne góry Nowej Gwinei), ubarwieniem skóry (negrycki typ z wyspy Buka kontrastuje z bardzo jasnymi twarzami niektórych plemion z Papui), jak i budową ciała (uderza obfitość kształtów wielu góralek w porównaniu z bardzo smukłymi sylwetkami z okolic Madang). Antropologia kulturowa wykazuje jeszcze większe urozmaicenie. W rejonach górskich wielką wagę przywiązuje się do opłat za żonę, świniobicia, ludowej zabawy singsing oraz międzyklanowej wymiany darów moki. Na wybrzeżu liczy się przede wszystkim spryt przy „łowieniu” krokodyli, zdolność w sporządzaniu trujących substancji i ich przebiegła aplikacja oraz znajomość tajemnic morza. W okolicach Simbu kultywuje się tradycje wojen klanowych i przeprowadza sanguma pasin, polowania na rzekomych czarowników i czarownice, uważanych za sprawców śmierci, choroby i innych niepowodzeń.

W Nowej Gwinei i na wyspach Melanezji mieści się światowy ośrodek kultu świni. Plemiona uważają świnie za święte zwierzęta, które należy składać w ofierze przodkom i spożywać podczas wszystkich ważnych wydarzeń, takich jak ślub, pogrzeb, wypowiedzenie wojny czy zawarcie pokoju. Tubylcy wierzą, że zmarli przodkowie tęsknią za wieprzowiną. Cyklicznie urządza się wielkie uczty, podczas których zostają zjedzone niemal wszystkie świnie posiadane przez plemię. Wszyscy opychają się wieprzowiną, wymiotując to, czego nie zdołają strawić, aby zrobić miejsce na dalsze porcje. Kult świni oznacza wychowywanie świń na członków rodziny, spanie przy nich, rozmowy z nimi, głaskanie i pieszczoty, nazywanie po imieniu, prowadzenie na smyczy, rozpaczanie, gdy chorują albo się skaleczą oraz karmienie ich smakowitymi kąskami z rodzinnego stołu. Szczytowym momentem miłości jest inkorporacja świni jako mięsa w człowieka oraz jako ducha w przodku. Pamięć po zmarłym czczona jest przez zatłuczenie ukochanej maciory na jego grobie i upieczenie w ziemnym piecu wykopanym na miejscu. Włożenie zimnego solonego sadła do ust Melanezyjczyka zapewnia jego wierność i czyni go szczęśliwym. Wielka uczta odbywa się zazwyczaj co dwanaście lat, zaspokaja apetyt przodków na wieprzowinę, zapewnia zdrowie społeczności oraz zwycięstwa w przyszłych wojnach. Święto - łącznie z różnymi przygotowaniami, drobnymi  ofiarami i masowym ubojem - trwa rok i w języku Maringów nazywa się kaiko. Po ceremoniach klan stacza zbrojne potyczki z wrogim plemieniem. Po zakończeniu wojny, bezpośrednio związanym z brakiem świń ofiarnych, wojownicy udają się do świętych miejsc, aby zasadzić drzewka rumbim. Każdy dorosły członek klanu bierze udział w obrzędzie, kładąc dłonie na drzewku w chwili wkopywania go w ziemię. Czarownik zwraca się do przodków. Tłumaczy, że świnie się skończyły. Dziękuje, że współplemieńcy pozostali przy życiu. Zapewnia, że nastąpił kres działań wojennych. Dopiero po odbudowie stada świń niezbędnego, aby wyrazić przodkom wdzięczność, wojownicy będą mogli wyrwać rumbim i powrócić na pole walki. Od tej pory myśli i wysiłki żyjących koncentrują się na hodowli. 

Maringowie tłumaczą swoje wojenne poczynania zemstą za akty gwałtu. Najczęściej cytowane prowokacje to porwanie lub zgwałcenie kobiety, zabicie świni w ogrodzie, kradzież plonów, kłusownictwo oraz śmierć lub choroba spowodowana przez urok. Przez pośredników ustalają odpowiednie pole bitwy - niezaludnione miejsce na pograniczu. Obie strony biorą udział w oczyszczaniu terenu z poszycia. Walki rozpoczynają się w uzgodnionym dniu. Przed wyjściem na pole bitwy wojownicy zbierają się w kręgu wokół swoich czarowników, którzy klęczą przy ognisku, łkając i rozmawiając z przodkami. Umieszczone w płomieniach kawałki zielonych bambusów eksplodują pod wpływem temperatury, a czarownicy, tupiąc, krzycząc, podskakując i śpiewając, odchodzą na teren walki jeden za drugim. Nieprzyjaciele ustawiają się na przeciwległych krańcach polany w zasięgu strzały z łuku i wbijają drewniane tarcze w ziemi, ukrywają się za nimi i obrzucają się groźbami i obelgami. Następnie wyciągają topory i oszczepy, a szeregi zbliżają się do siebie. Jeśli ktoś zginie, następuje przerwanie walk na czas odprawienia obrządku pogrzebowego. Wygrywa grupa, której udaje się przegnać przeciwnika z pola bitwy.

W religiach animistycznych ciało zmarłego zjadano, aby jego mana została przekazana żyjącym członkom wspólnoty. Kanibalizm praktykowano w połączeniu z rytualnymi ceremoniami pogrzebowymi oddając cześć duchom zmarłych. Uważany był za najszlachetniejszy rytuał zarezerwowany wyłącznie dla osób darzonych szacunkiem. Zjedzenie zwłok dawało wyraz najwyższej miłości. Rozkład w wyniku zakopania w ziemi lub kremację wiele plemion uznawało za hańbiące. Zmarły, którego zwłoki uległyby rozkładowi, miał prawo powrócić na ziemię i prześladować żywych. Motywacją do kanibalizmu mogła być także konieczność uspokojenia bóstw, przetrwania głodu, kontrolowania przeciwników i dokonania na nich zemsty. Wierzono, że zjedzenie wroga umożliwi uzyskanie i absorbowanie ducha oraz umiejętności ofiary. Zdarzały się również przypadki motywowane wyłącznie walorami smakowymi i wartościami odżywczymi.

Właściwością kultury melanezyjskiej są tajemne kluby mężczyzn: Ingiet, Dukduk, Tambaran, Sukwe oraz Tamate. Treść zebrań objęta była ścisłą tajemnicą przed kobietami. Wszystko, co publicznie pokazywano, tłumaczono jako zjawienie się duchów, zaznaczając ich rzekomą obecność przeraźliwymi świstami za pomocą specjalnych deszczułek. Wstąpienie do klubów połączone było z inicjacjami, przykrościami fizycznymi i upokorzeniami w czasie spełniania niskich posług przez kandydatów. Przyjęcie okupywano również wysokimi opłatami. Przynależność zapewniała jednak wtajemniczonym status społeczny i korzyści materialne. Związki melanezyjskie nie posiadały religijnego charakteru, lecz tylko społeczny. Zebrania odbywały się w Domach Mężczyzn, najwyższym budynku we wsi, stanowiącym własność wspólną. Pełniły one funkcje sali obrad, domu gościnnego, sypialni dla kawalerów, miejsca przechowywania emblematów religijnych i trofeów w postaci czaszek oraz miejsca odprawiania plemiennych rytuałów inicjacyjnych. Trzymano w nich też szczątki wybitnych wodzów, aby przydać miejscu mocy i świętości.


*Artykuł opracowany na podstawie książki: M. Harris, Krowy, świnie, wojny i czarownice. Zagadki kultury, Katowice 2007


piątek, 19 lutego 2016

Wierzenia na Polinezji

Polinezja przypomina wielki tygiel, w którym mieszają się i stapiają mity, duchy oraz bogowie. Mimo dużego zróżnicowania występują pewne elementy wspólne, zwłaszcza wiara w bezosobową siłę nadprzyrodzoną mana oraz związany z nią system zakazów religijnych tapu. Powtarzalne wątki wywodzą się z najstarszych centrów kulturowych, takich jak: Samoa, Tonga, Tahiti, Markizy, Wyspy Cooka, Nowa Zelandia, Kermadec, Mangarewa, Wyspa Wielkanocna i Hawaje. 

Według wierzeń na Nowej Zelandii na początku istniała mroczna próżnia Po, w której powstała boska para: wielki rodzic Rangi i pramacierz Papa. Spletli się w tak silnym miłosnym uścisku, że ich synowie – Tu, Tane, Rongo, Tangaroa, Haumi i Tawhiri – nie mogli się wydostać. Tu chciał uśmiercić rodziców, ale Tane wsparł się plecami o brzuch matki i stopami zaczął odpychać ojca. Po rozłączeniu rodziców, gdy Papa stała się ziemią, a Rangi niebem, Tawhiri, bóg burzy i wiatru, rozpędził braci. Tangaroa znalazł się w morzu, Rongo i Haumi skryli się we wnętrzu Papy, a Tane w lesie. Tu pokonał Tawhiriego w pojedynku i przegnał go do ojca. Brutalnie rozłączona boska para daje wyraz wielkiej tęsknocie, czego przejawem jest rosa roniona przez Papę i ulewne deszcze uważane za płacz Rangiego. 

Najważniejszy nowozelandzki bóg o imieniu Io istniał od zawsze. Unosił się w ciemnościach nad bezkresnymi wodami. Światłość pojawiła się, kiedy stwórca po raz pierwszy przemówił. Przyzywając z powrotem ciemność uczynił noc. Podniósł niebo oddzielając je od ziemi. Rozdzielił wody od lądu. Stworzył słońce Raa, księżyc Marana i wszystkie gwiazdy. Bóg Io składał się z elementów żeńskich, Io-Wahine, oraz męskich, Te-Io-Ora. Mieszkał w najwyższym, dwunastym niebie. Ludzie po śmierci wracali do niebiańskiej krainy, z której zostali zesłani. Stamtąd też spływała dla ludzi mana, która uzdrawiała i pomagała materializować się myśli. 

Według mitologii samoańskiej Tuli przyszedł na świat pod postacią ptaka. Jego ojciec, Tagaloa, bóg oceanu, wyniósł z dna skałę, aby chłopiec znalazł miejsce na gniazdo. Skała pokryła się świeżą trawą i wyłoniły się z niej dwie larwy, które przeobraziły się w kobietę i mężczyznę. Pękający ląd podzielił się na kolejne wyspy. Żeńska Mamao (Przestrzeń) i męski Ilu (Firmament) łączyła się tworząc niebiosa podtrzymywane przez skały. Ich dziećmi były Po (Noc) i Ao (Dzień).

Według mieszkańców śródkowopolinezyjskiej wyspy Mangaia świat przypominał pusty orzech kokosowy z otworem na górze i ogonkiem na dole. Akt stworzenia uważano za efekt chuci czarownicy zamieszkującej ogonek. Wnętrze łupiny, Avaiki, dzieliło się na wiele przylegających do siebie poziomów. Fundamentem całego istnienia były trzy duchy-demony: Korzeń Całego Istnienia, Oddech Życia oraz Długo Żyjący. Żeński demon, Sam Początek, odrywała kawałki swojego ciała i w ten sposób powstały bóstwa: Vatea, Tinirau, Tango, Echo, Raka i Tu-metua.

Hawajski mit kosmogoniczny spisany został w poemacie "Kumulipo". Tworzenie świata trwało siedem dni. Codziennie rodziła się nowa boska para. Na początku w ciemnościach powstali męski Kumulipo i żeńska Po'ele, którzy dali rośliny lądowe i dzikie kaczki oraz pierwsze życie w morzu – małże i korale. Następnie Pouliulu i Powehiwehi zrodzili ryby, zwierzęta morskie, bulwy taro oraz winną latorośl. Kolejnego dnia zaistnieli Po'el'ele i Pohaha, a ich potomstwem były drobne żyjątka oraz jaja, z których wykluło się ptactwo. Trwały ciemności, ale nadchodził świt. Dzięki Popanopano i Polalwehi ustaliła się linia brzegowa i pełzające stworzenia wyszły z morza składając jaja. Wraz z pojawieniem się Pokanokano i Polalouli, narodziła się świnia i zakwitły pola uprawne. Nazajutrz Pohiolo i Pone'aaku spłodzili gryzonie, szkodniki oraz psa bez sierści, a ziemia się zazieleniła. Siódma para, Pokinikini i Pohe'enaulu, dała życie człowiekowi. Po pojawieniu się pierwszego niemowlęcia ustąpiła ciemność.

Według mitu tahitańskiego świat powstał z kosmicznego jaja, w którego wnętrzu samotnie wzrastał Ta'aroa. Po wykluciu bóstwo zorientowało się, że wokół istnieje tylko pierwotna ciemność i próżnia. Z jednej części skorupy stworzył fundament świata, skały i glebę, a z drugiej sklepienie niebieskie. Przybrał postać ludzką i zajął się wypełnianiem wszechświata. W innej wersji Ta'aroa na utworzenie świata przeznaczył swoje ciało z wyjątkiem głowy.

W panteonie polinezyjskim za najważniejszych bogów uznawano Tangaroa, Tane, Rongo i Tu. Tangaroa czczony był jako naczelny bóg-demiurg. Stał się równie potężny jak morze, którym władał, przejmując domeny swoich braci i ojca. Jego spojrzenie i słowo miały moc powoływania nowych bytów. Jedynym bogiem, który oparł się tej supremacji, był Tane. Przypisywano mu się stworzenie człowieka, którego ulepił z gliny i sprowadzenie śmierci. Tane zapragnął mieć żonę i udał się w zaloty do swojej matki Papy. Odtrąciła go i kazała stworzyć kobietę na własne podobieństwo z piasku wyspy Hawaiki. Hine-ahu-one była pierwszym człowiekiem. Urodziła córkę Hine-ti-tama, która również została żoną Tane. Dziewczyna dowiedziała się, że mąż jest jej ojcem, ogarnęło ją przerażenie i popełniła samobójstwo, stając się boginią śmierci. Od tej pory wszyscy ludzie są śmiertelni. 

Duchy i bogowie często schodzili na ziemię i wiedli żywot pomiędzy swoimi dziećmi. Polinezyjski heros kulturowy, Maui, był synem królowej Taranga oraz Makea, boga podziemnego świata. Urodzony przedwcześnie, nie oddychał i wyglądał jak meduza. Matka uznała go za martwego i wrzuciła do wody. Tangaroa, bóg oceanu, wyciągnął go z fal i nauczył magicznych sztuczek. Maui podniósł niebo, aby ludzie mieli więcej przestrzeni, zmusił słońce do wolniejszej wędrówki po nieboskłonie, wyłowił z dna morskiego wyspy, nauczył ludzi wyplatania sieci i łowienia ryb oraz skonstruował pierwszy żagiel. Zginął próbując pozyskać dla ludzi nieśmiertelność. Musiał wśliznąć się do ciała Hine-nui-te-po, bogini śmierci. Odczekał, aż zasnęła i nakazał ptakom absolutne milczenie. Jeden z ptaków nie wytrzymał i wybuchnął głośnym śmiechem, kiedy na zewnątrz pozostawały jeszcze stopy bohatera. Bogini natychmiast obudziła się i usiadła, a jej potężne pośladki zmiażdżyły Maui.

Najważniejszym bóstwem na Wyspie Wielkanocnej był Make-make, który stworzył człowieka z tykwy wypełnionej wodą. Występował pod postacią Tangata-manu, czyli człowieka-ptaka. Doroczne obrzędy polegały na wyścigu po pierwsze jajo morskiej jaskółki złożone na pobliskiej trudno dostępnej skalistej wyspie. Zwycięzca stawał się na rok wcieleniem boskiego człowieka-ptaka. 

Na wyspach Oceanii dwie pory roku organizowały czynności rolnicze, rybołówstwo i ceremonie. Ich heroldem był gwiazdozbiór Plejad (Matari’i). Data heliakalnego zachodu tej grupy gwiazd oznaczała nadejście pory suchej. Pół roku później gwiazdozbiór pojawiał się na wschodzie, oznajmiając nadejście okresu obfitości. Od listopada do maja trwa pora deszczowa Matari’i i ni’a, która zawsze związana była z bogatymi zbiorami ‘uru (owoc chlebowca) i połowami ryb głębinowych, gdyż przybywają duże ławice bonito (tuńczyka pasiastego). Przypadał wtedy okres wizyt ‘Arioi i obecności bogów, głównie boga Oro (Lono), w świecie doczesnym Ao. Wiązało się to z ożywieniem życia ceremonialnego. Matari’i i raro jest porą suchą, czasem niedoboru i głodu, kiedy jadało się rośliny bulwiaste (taro) i łowiło się w lagunie. Bogowie odpływali do , a ‘Arioi wracali do swojej siedziby, kończąc aktywność rytualną. 

Podczas hawajskiego święta Makahiki pierwsze rytuały odbywały się w pełnię po pojawieniu się Plejad. W 1779 r. przypłynięcie kapitana Cooka do wyspy Hawai’i zbiegło się z uroczystościami ku czci boga Lono. Cook został deifikowany, odnoszono się do niego z niezwykłą czcią, a na jego cześć wydano wspaniałą ucztę. Kapitan opuścił wyspę w aurze uwielbienia, jednak podczas burzy został uszkodzony maszt jednego ze statków i musiał zawrócić. Zaburzyło to cykl obrzędowy i skończyło się zabiciem rzekomego wcielenia boga, w przeświadczeniu, że jako nieśmiertelny powróci podczas następnego święta. 

Kult bogów był ściśle związany z kultem wodzów plemiennych, zarówno żyjących, jak i zmarłych. Dusza zwykłego człowieka po fizycznej śmierci umierała albo udawała się do ciemnej krainy (), natomiast dusza wodza przenosiła się na rajską wyspę Hawaiki, będącą siedzibą bogów. Wyspecjalizowana kasta kapłanów (tohunga) pełniła funkcje czarowników, znachorów, proroków i strażników tajemnej wiedzy. Rytuały odprawiano przy okazji zmian pór roku, ważnych okoliczności związanych z narodzinami czy śmiercią lub podejmowania doniosłych decyzji o budowie łodzi czy wypowiedzeniu wojny. Centralną część obrzędów w świątyniach marae stanowiło składanie bogu ofiary z pierwszych płodów rolnych, pierwszego połowu ryb lub z jeńców wojennych.


* Artykuł opracowany na podstawie książki: Ludy Oceanii. Mitologie świata, pod red. P. Juszczaka, Warszawa 2007


czwartek, 18 lutego 2016

Kultura na Polinezji

Lądy zamieszkałe przez Polinezyjczyków ułożyły się w kształcie trójkąta, którego wierzchołkami są Hawaje, Nowa Zelandia i Wyspa Wielkanocna. Centrum, od którego promieniowała kultura były Wyspy Towarzystwa, natomiast centrami regionalnymi - Samoa i Tonga na wschodzie oraz Markizy na zachodzie. U źródeł ogólnopolinezyjskiej wspólnoty leżały pokrewieństwo mitologii i języka, tożsame podstawowe zręby kultury wywodzące się z Azji Wschodniej, świadomość losów historycznych i specyficzne cechy psychiczne Polinezyjczyków. Występujące różnice tłumaczone są wewnętrznym rozwojem poszczególnych odmian kultury w warunkach adaptacji do warunków życia na Oceanie Spokojnym. Uzdolnienia mnemotechniczne neolitycznych żeglarzy zasiedlających wyspy Pacyfiku pozwalały zachować pamięć o przodkach i genealogiach w warunkach nieznajomości pisma.

Językowa i kulturowa jedność Polinezyjczyków wskazuje na ich niezbyt odległy, wspólny rodowód. Kultura polinezyjska, w rezultacie długotrwałej separacji oraz rozprzestrzenienia się elementów kulturowych z dwóch odrębnych centrów, zróżnicowana jest na dwie subkultury: zachodnią i wschodnią. Dominuje pogląd, który zakłada zasiedlenie Polinezji wschodniej z zachodniej kolebki kultury polinezyjskiej, Samoa i Tonga, a następnie wykształcenie się lokalnych, specyficznych form rozwoju określanych mianem subkultury wschodniopolinezyjskiej. Obszar zdefiniowany jako Polinezja zachodnia wyodrębnia się na bazie kryteriów: geograficznego, językowego i historyczno-kulturowego. W jego skład wchodzą wyspy i archipelagi: Samoa, Tonga, Futuna, Uvea, Niue i Ellice. Podwaliny kulturowe formowały się w rejonie Fidżi lub wysp leżących dalej na zachodzie w II tysiącleciu p.n.e. Samoa i Tonga jawią się jako kolebka kultury zachodniopolinezyjskiej oraz jako pierwsze centra kulturowe i migracyjne.

Kulturę Polinezji określa się jako kulturę pirogi bądź kulturę podróży. Odnieść to można do migracji i sposobu zasiedlania wysp wschodniego Pacyfiku, ale kultura podróży ma o wiele bardziej skomplikowane i subtelne podstawy niż sam fakt, że „przodkowie przybyli na va’a”. Ruch był i pozostaje wpisany w polinezyjską wizję świata. Wyspiarze żyli zawsze w kulturze opartej na mobilności rozumianej jako podróż w przestrzeni oraz pomiędzy światem widzialnym (Ao) i niewidzialnym (). Piroga miała niezwykle istotne powiązanie z królewskimi marae. Dzieliły one tę samą koncepcję podróży – marae postrzegana była jako piroga z kamienia. Nazwy elementów konstrukcji i wyposażenia świątyni odpowiadały tym na łodziach. Marae jako otwarta na niebo platforma stawała się ruchoma w świętej podróży bogów i przodków. Główne miejsce było odpowiednikiem przystani, do której przybijali żeglujący bogowie. Umożliwiała komunikowanie się i spotkanie z zaświatami oraz ich mieszkańcami – przodkami i bogami. 

W zachodniej Polinezji rozpowszechniły się ceremonie picia kavy. Z wyciągu lub proszku uzyskanego z korzeni rośliny kava ('ava, pieprz mentysowy) wytwarza się napój o właściwościach anestetycznych i rozluźniających. Nie jest to środek halucynogenny ani uzależniający. Roślina ma zastosowanie medyczne przy leczeniu astmy i niektórych chorób skóry oraz koi nerwy. Na Fidżi, Vanuatu, Tonga czy Samoa kava pozostaje bardzo istotna w życiu społecznym, w ceremoniach oraz w trakcie oficjalnych obchodów czy zgromadzeń, podczas powitania gości, wioskowych dyskusjach i podejmowania ważnych decyzji.  Na Tahiti konsumowanie tego napoju zostało zakazane przez misjonarzy po 1815 r. Duchowni uznawali obecność alkoholu na wyspach, choć załamywali ręce nad szerzącym się pijaństwem. Niebezpieczeństwa, symbolicznego i związanego z miejscową religijnością, dopatrywali się w ‘ava i skutecznie z nią walczyli. We wschodniej Polinezji nie istnieje tradycja picia kavy.

Marae były świątyniami polinezyjskimi, spotykanymi we wszystkich archipelagach. Różniły się konstrukcją w zależności od wyspy, swej rangi i funkcji, miejsca czy okresu, w którym były wybudowane. W Polinezji zachodniej przybierały kształt budynku, natomiast w Polinezji wschodniej funkcję świątyni pełniły kamienne platformy. Na Wyspach Towarzystwa najczęściej budowane były jako kwadratowe place z bazaltowych kamieni otoczone murem. Najważniejsze miejsce, ahu, znajdowało się u szczytu dworca. Oznaczone było osobną konstrukcją w formie postawionych na sztorc kamiennych bloków (głównie na Wyspach Zawietrznych), piramidy schodkowej lub kamiennego obramowania. W czasie ceremonii rezydowali w nim bogowie, symbolizowani przez to’o – święte, boskie przedstawienie.

Rozróżnia się sześć kategorii marae: rodzinne (przodków), społeczne, lokalne, królewskie (narodowe), międzynarodowe i marae specjalistów: budowniczych pirog, uzdrowicieli czy rybaków. Taputapuātea w Opo’a na wyspie Ra’iātea jest uznawana za marae międzynarodowe najwyższej rangi i znaczenia. Najstarsza świątynia królewska stanowiła „pień” dla innych, fundowanych na kamieniach z niej pobranych. Według tradycji pielgrzymowali tu królowie z pobliskich wysp. Poświęcona była kultowi boga Oro. Stanowiła główny ośrodek bractwa ‘Arioi. Pierwszymi marae, projektowanymi przez samego Ta’aroa i jemu poświęconymi, były Vaeāra’i w Opo’a, poprzedzająca i później przeobrażona w Taputapuātea, Matairea na Huahine, Farepua na Tahiti i Vaiotaha na Bora Bora. W świątyni międzynarodowej zawiązywano alianse między wyspami, często pieczętowane małżeństwami i fundowaniem nowych świątyń, urządzano uroczyste zgromadzenia czy koronacje królewskie. Marae królewskie były konsekrowane przez ofiarę z ludzi i podniesienie ari’i jako suwerena całego okręgu. Przeprowadzano w nich ceremonie związane z władzą wodzów: inwestyturę, pogrzeby, pa’iatua (zgromadzenie bogów, podczas którego to’o dostawały nowe szaty, odprawiane w czasach klęsk czy doniosłych momentach takich jak choroba, koronacja, zakładanie kamienia fundacyjnego), czy modlitwy królów, w których potwierdzali oni wszechmocność bogów i zapewniali dobrobyt i urodzaj dla swojej ziem. Były one objęte ścisłym tapu. Wzbudzały największy strach i szacunek. Dostęp do nich przysługiwał tylko wodzom i kapłanom. Marae lokalne nie wymagały ofiar ludzkich. Przynależały do „poddanych wodza” połączonych wspólnymi plemiennymi więzami. Były miejscem zgromadzenia i kultu va’amata’eina’a. Marae społeczne należały do pomniejszych klanów czy połączonych wspólnym lineażem rodzin, w których służyli kapłani. Spotykali się tam męscy przedstawiciele rodzin, składając prośby o pomyślną podróż czy powrót członków wspólnoty. Witano też w nich gości. Marae rodzinne kryły sekret dziedzicznych imion tytularnych, genealogię oraz sekretne imię ducha czy boga opiekuńczego związanego ze świątynią i rodziną. Odbywały się śluby, ofiarowanie nowonarodzonych dzieci, inkantacje w intencji chorych i umierających. Kobiety rodziły w domkach specjalnie zbudowanych na tyłach. Ocean był uznawany za największe marae świata. Morze w takim ujęciu stawało się świątynią, żywiołem nieożywionym i ożywionym duchową, boską siłą mana, aż w końcu mogło być uznane za bóstwo. Oczyszczano się w nim ze wszelkiej nieczystości duchowej i z winy za zbrodnie. Ci, którzy nie mieli ziemi, tam czcili swoich bogów. Podróżni w morzu dziękowali swym bogom za bezpieczną podróż. Marae rzemieślników były wykorzystywane w trakcie budowy pirogi, gdzie „przebudzano” narzędzia i proszono o pomyślność w pracach czy połowach. W marae rozpoczynano i kończono wojny, odbywały się rytuały pierwszych plonów, były ra’a (święte), gdyż pozostawały naznaczone obecnością silnej mana. W trakcie ważnych ceremonii nie tylko same świątynie stawały się niedostępne dla nikogo poza kapłanami i królami, ale również nakładano szereg zakazów (rāhui i tapu) na konkretne zbiory, żywność, miejsca, używanie światła czy na dźwięki. W trakcie czasu budowy nowej marae królewskiej kobiety, dzieci i starcy przenosili się w głąb lądu dla własnego bezpieczeństwa, aby ich głosy nie były słyszane. Pies naruszający szczekaniem tapu ciszy musiał zostać zabity. Intruz naruszający przestrzeń w czasie ceremonii, był składany w ofierze. Osoby odprawiające rytuał poddawały się odpowiedniemu oczyszczaniu, tapu żywieniowym i wstrzemięźliwości seksualnej. Wszystko, co zostało ofiarowane, było w marae, bądź miało z nią kontakt, musiało w niej pozostać, jako zbyt niebezpieczne i święte, aby pozostawać poza nią. W konstrukcji znajdowały się specjalne doły zwane tiriapera czy turuma. Wrzucano do nich odpady świątynne. W rodzinnych marae chowano rzeczy, zawierające iho, esencje człowieka, aby uchronić je pod boską pieczą przed zniszczeniem lub czarownikami. To wszystko wskazuje na niezwykle istotą rolę marae jako podstawy porządku politycznego, ekonomicznego, religijnego i społecznego (w tym hierarchii społecznej) na Polinezji. Ziemia, ludzie i duchy były połączone właśnie poprzez marae, swoiste miejsce komunikacji naznaczone sacrum i do tejże ziemi przynależne.

Na dworcu świątynnym w wschodniej Polinezji obsadzano unu, drewniane płaskorzeźby w kształcie wysokiej deski. Przedstawiały zwierzęta, postacie ludzkie albo formy abstrakcyjne. Najczęściej barwiono je czerwoną ochrą, zdobiono piórami i kawałkami tapa. Mogły upamiętniać zmarłego wodza lub uczcić ofiarę z człowieka. Pełniły rolę wieszaków na dary dla bogów. Przesiadywały na nich ptaki – emanacje boskie. Symbolizowały filary nieba, które podtrzymują nieboskłon zapewniając dostęp światła do ziemi, widoczne jako dziesięć jasnych gwiazd. Stanowiły kanał komunikacji z bogami, były pośrednikami, rodzajem łącznika pomiędzy światem doczesnym (Ao) i światem bogów i przodków (). W porze obfitości wynoszono je z fare (ia) manaha (dom na rzeczy święte) do marae. W porze głodu wracały do miejsca ich przechowywania. Ilustrowało to nadejście i odejście przodków wraz ze zmianą pór roku.W zachodniej Polinezji nie występowały drewniane figury.

Na przełomie grudnia i stycznia odprawiano ceremonię parara’a matahiti (dojrzewanie roku), czyli ofiarowanie bogom pierwszych zbiorów za pośrednictwem wodzów i kapłanów. Obchody były związane z powitaniem pirog z ofiarami, zebraniem wielkiej ilości żywności, ucztą oraz grami rytualnymi. Podczas ceremonii pojawiali się członkowie bractwa ‘Arioi. Ich występy symbolizowały powrót zmarłych, bogów, płodności i plonów na ziemię. Związani byli z kultem boga Oro, którego przybycie i odejście reprezentowali. Pełnili ważną rolę w zakresie odprawiania rytuałów i tańców powrotu wegetacji i odrodzenia życia. ‘Arioi razem z zachodem Plejad Matari’i kończyli swój cykl rytualny i razem ze zmarłymi i bogami odchodzili w przestrzeń na krawędzi . W praktyce powracali na Ra’iātea lub wycofywali się nad jezioro Vaihiria na Tahiti. Wschodzące Plejady zwiastowały połączenie Ao i , a więc powracające życie na wyspy. Wszystko odbywało się w logice cyklicznej morskiej podróży ‘Arioi, duchów i ciał niebieskich, gwiazdy według wierzeń polinezyjskich poruszają się bowiem po oceanach niebieskich.

Fenomenem politycznym było działające do połowy XIX wieku Stowarzyszenie ‘Arioi. Jego wpływy sięgały na Mangarevę, Raratongę, Markizy i Wyspę Wielkanocną. Związek przypominał wędrowną trupę teatralną przenoszącą się z wyspy na wyspę, urządzającą pantomimy, wykonującą pieśni chóralne i hymny sławiące bogów i najwyższych kapłanów. Występom towarzyszyło bicie w bębny i dęcie w muszle. Tematem widowisk dramatycznych były wydarzenia historyczne i mitologiczne. Kilkudniowym uroczystościom towarzyszyły tańce i widowiska wojenne. Do bractwa mógł przystąpić każdy chętny. Ceremoniał przyjęcia był bardzo rozbudowany. Nowicjuszom nadawano nowe imię. Członkowie awansowali w hierarchii siedmiu stopni wtajemniczenia, różnicującej inicjowanych ozdobami i tatuażami. Wędrowny charakter zrzeszenia wiązał się z rabunkowymi metodami pozyskiwania żywności, co rodziło niezadowolenie łupionych przy tej okazji chłopów i właścicieli pól z niszczonymi zasiewami. Związki z rodami arystokratycznymi i wodzowskimi oraz otaczająca grupę aura świętości i nietykalności sprawiały, że nie niemożliwe były bunty przeciw nim. ‘Arioi pełnili rolę czynnika uspokajającego i byli wzywani w wypadku zamieszek. Związek został częściowo wytępiony przez Polinezyjczyków, a pozostałe jego struktury rozpadły się pod presją chrześcijańskich misjonarzy.


* Artykuł opracowany na podstawie książki: A. Posern-Zieliński, Polinezja Świat nieznany, Warszawa 1972


środa, 17 lutego 2016

Historia zasiedlenia Australii i Oceanii

W okresie plejstoceńskiego zlodowacenia poziom oceanów był o kilkaset metrów niższy. Azja łączyła się z Australią tworząc prakontynent (Sahuland). Migracja z północy (Sundaland) odbywała się stopniowo. Po podniesieniu się poziomu wód kolejne fale osiedleńcze docierały łodziami do coraz dalszych wysp. Grupy ludności wędrowały wzdłuż wybrzeży wypierając wcześniejszych mieszkańców w głąb lądu lub asymilując się z nimi. 

Zalanie pomostu lądowego oraz naturalna bariera dla żeglugi w postaci rafy koralowej doprowadziły do izolacji Australii. Najstarsze ślady pobytu człowieka datowane są na ok. 40000-60000 lat p.n.e. Nad jeziorem Mungo odnaleziono trzy pochówki poddane częściowej kremacji i pokropione czerwoną ochrą. Australijczycy prowadzili koczownicze życie myśliwych i zbieraczy, trudnili się też rybołówstwem. Zakładali tymczasowe obozy w pobliżu zbiorników wodnych, a po wyczerpaniu się zapasów żywności ruszali w dalszą drogę. Wspólnym mianownikiem religii różnych plemion jest koncepcja nigdy nie kończącego się Czasu Snu, w którym zaistniał świat. 

Na obszarze Oceanii można wyodrębnić trzy kręgi kulturowe. W zachodniej części Pacyfiku znajduje się Melanezja, w skład której wchodzi Nowa Gwinea i szereg drobnych wysepek pochodzenia kontynentalnego: Archipelag Bismarcka, Wyspy Salomona, Santa Cruz, Nowe Hybrydy (Vanuatu), Nowa Kaledonia i Fidżi. Nazwa pochodzi od greckich słów melas (czarny) i nesos (wyspa), ponieważ rdzenni mieszkańcy wyróżniają się ciemnym kolorem skóry. Jako przybliżoną datę zasiedlenia Melanezji wskazuje się 1300 lat p.n.e., natomiast sama Nowa Gwinea była zamieszkana ok. 2000 lat p.n.e. Każda grupa plemienna posiada własne mity, obrzędy, stroje oraz sztukę. Do wspólnych cech należą: głęboki związek ze zmarłymi przodkami, walka o władzę i prestiż oraz rozbudowane rytuały płodności i pogrzebowe. Dominuje kult przodków i animistyczna wiara w duchy. Za pośrednictwem duchów kobiety zachodzą w ciążę, ludzie chorują i umierają, a najbardziej doświadczeni myśliwi mogą zgubić drogę w dżungli. 

Do leżącej na północ od równika Mikronezji (gr. mikros – mały) zaliczane są drobne koralowe wysepki i archipelagi: Mariany, Karoliny, Wyspy Marschalla, Wyspy Gilberta, Nauru i Banaba. Ludzie pojawili się tam ok. 1800 lat p.n.e. Mieszkańcy słyną z umiejętności budowania łodzi oraz z żeglarskiego doświadczenia. Prowadzą ożywione kontakty handlowe. W religia kult przodków rodzinnych łączy się z wiarą w obecność bóstw uniwersalnych dla całej społeczności. W uproszczonej formie występują mity kreacyjne, według których mityczny przodek-ryba dał początek całemu rodzajowi ludzkiemu.

Wschodnia część Oceanii określana jest mianem Polinezji (gr. polis – wiele). Obejmuje: Hawaje, Line, Feniks, Tokelau, Tuvalu, Samoa, Tonga, Wyspy Cooka, Niue, Tubuai, Wyspy Towarzystwa, Tuamotu, Wyspy Gambiera, Markizy, Pitcairn, Wyspę Wielkanocną oraz Nową Zelandię. Polinezja została zaludniona pomiędzy 1200 rokiem p.n.e., a 300 rokiem n.e. Żeglarze nieustannie przemierzali nieznane wody w poszukiwaniu nowych miejsc do zamieszkania. Przybliżone daty zasiedlenia krańcowych wysp polinezyjskiego trójkąta wynoszą odpowiednio: Hawaje – ok. 500 r. n.e., Wyspa Wielkanocna ok. 400 r. n.e., zaś Nowa Zelandia – ok. 800 r. n.e. Stosunkowo ubogie zaplecze techniczne i artystyczne kontrastuje z wysoko rozwiniętą organizacją społeczną i bogactwem życia religijnego. Wspólnym bohaterem jest półbóg Maui, który zmusił słońce do wolniejszego wędrowania po niebie, wyłowił wyspy z oceanu i podarował ludziom ogień. Silnie rozwinęła się tradycja mitów kreacyjnych i pieśni genealogicznych, do których wciąż dodawano kolejnych przodków i listę ich wielkich dokonań. Wykształciła się odrębna klasa kapłanów, którzy strzegli tajemnej wiedzy, odprawiali ceremonie oraz doradzali wodzom i królom. Ustanowiono miejsca pełniące funkcję świątyń, a znaczenie tych ośrodków religijnych wykraczało daleko poza granice pojedynczych wysp.

Osobiście przychylam się do teorii Thora Heyerdahla, że wyspy polinezyjskie jedynie częściowo zostały zasiedlone przez ludy azjatyckie. Za amerykańską genezą przemawia wiele przesłanek. Przede wszystkim, układ prądów morskich sprzyja i ułatwia żeglugę. Nasiona tutejszych roślin uprawnych, pochodzących z Ameryki Południowej, nie mogłyby przetrwać w słonej wodzie, a sadzonki nie mogą być przeniesione przez ptaki. Polinezyjskie mity o przodkach pochodzących ze wschodu znajdują odzwierciedlenie w mitach inkaskich: po przegranej bitwie władca Kon-Tiki i jego poddani odpłynęli na tratwach i już nigdy nie powrócili do Peru. Najbardziej rozpowszechniona u markizańskich wojowników broń – maczugi i proce – jest równocześnie charakterystyczna dla Inków. Czczony na Polinezji Bóg nosi imię Tiki. Ponadto, w wierzeniach ludów Oceanii można zauważyć, że przesuwając się na wschód ubywa duchów, a przybywa bogów, co również wskazuje na amerykańskie wpływy. Wyspę Wielkanocną zamieszkiwały plemiona „krótkouchych” i „długouchych”, a Indianie chętnie zdobili swoje uszy tunelami. Także posągi moai wykute w tufie wulkanicznym bliższe są sztuce Ameryki Prekolumbijskiej niż Azji. Koronnym dowodem jest eksperyment, jaki Heyerdahl przeprowadził w 1947 roku. Zbudował replikę indiańskiej tratwy z drzewa balsy, aby przepłynąć Pacyfik. Po 101 dniach żeglugi dotarł do polinezyjskiego archipelagu Raroia.


* Artykuł opracowany na podstawie książek:
                                                                  - Ilustrowana Historia Świata, pod redakcją naukową H. Samsonowicza, Warszawa 1993
                                                                  - T. Heyerdahl, Fatu Hiva, Warszawa 1978


sobota, 13 lutego 2016

Cytrykot

Cytrykot rodził się powoli i w wielkich bólach. Skurcze pojawiały się cyklicznie przez cały tydzień w różnych tramwajach na piętnastominutowym odcinku pomiędzy domem a uczelnią. Oczywiście, pod warunkiem, że udało mi się upolować miejsce siedzące. Moje dziecię stwierdziło, że "całkiem ładny jest ten rozjechany kot." Lepszych zdjęć nie będzie, bo niczym czarna chmura wisi nade mną wizja oblania ostatniego egzaminu, więc utkwiłam w Czasie Snu.



Cytrynowego koloru nie spotkacie w moich szafach. Mgliście pamiętam jaskrawe sznurówki z czasów, kiedy byłam mała i głupia. Samą cytrynę najbardziej lubię w postaci mieszanki krakowskiej. Niczym Kopciuszek zawsze mozolnie wydłubuję cytrynowe i malinowe czekoladki. Uszytą z filcu podkładkę pod kubek zgłaszam do kolorystycznej zabawy u Danutki.


Przypominam, że czekam na Wasze odpowiedzi na moją zagadkę.


czwartek, 11 lutego 2016

Kultura i Subkultura. Część 3

Kultura i Subkultura przeprowadziły bardzo poważną rozmowę... (Poprzednie części komiksu: -----> tutaj i -----> tutaj).



sobota, 6 lutego 2016

Kocia zupa

Uwaga! Tekst zdradza elementy fabuły. Zalecam przeczytanie dopiero po obejrzeniu krótkometrażowego filmu autorstwa Nekojiru pod tytułem "Kocia zupa".

Źródło: http://www.filmweb.pl

Odnoszę wrażenie, że do analizy religioznawczej wybrałam trudny utwór. Surrealizm i brak jasnego przesłania w dużym stopniu utrudnia odczytanie symboliki. Świadczy o tym choćby wielość interpretacji przewijających się przez filmoznawcze portale. Jedno jest pewne. „Kocia zupa” opowiada o śmierci, w dodatku o śmierci najtrudniejszej do zrozumienia i zaakceptowania, ponieważ umiera dziecko.

Rozważania na temat właściwego odczytu tego filmu na zawsze pozostaną w fazie hipotetycznej. Jego autorka, Chiyomi Hashiguchi, posługująca się pseudonimem Nekojiru, popełniła samobójstwo. Zdarzenie to rzuca pewne światło na przewijające się w każdej scenie aspekty śmierci i próby zilustrowania wędrówki duszy w zaświatach. Trudno jednak łączyć tę dramatyczną decyzję z fascynacją życiem pozagrobowym, gdyż mogła wynikać z problemów osobistych albo być pochodną zażywania narkotyków.

Bohaterami historii są dwa kotki: brat Nyatta i jego starsza siostra Nyakko. Dziewczynka choruje i umiera. Chłopiec nie może się z tym pogodzić i próbuje sprowadzić jej duszę z powrotem. Wydaje mi się, że na przejście do świata duchów pozwoliła mu śmierć kliniczna. Kotek przypadkowo wpadł do wody i od tego momentu zaczął dostrzegać rzeczy niewidzialne dla innych. W mojej analizie skoncentruję się na subiektywnie wybranych elementach o charakterze religijnym. Na film patrzeć będę przez pryzmat shintoizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, chrześcijaństwa oraz wierzeń ludowych.

Najwięcej trudności przysporzyło mi zidentyfikowanie Jizō. W animacji pozbawiony został charakterystycznych atrybutów i w pierwszej konfrontacji może być odebrany jako alegoria śmierci. Nie możemy jednak zapominać, że wytwory popkultury nie przestrzegają mitologicznego przekazu. Poza tym, w wierzeniach Japończyków ogromną rolę odgrywają duchy, a wiele zjawisk tłumaczonych jest działaniem niewidzialnych sił.

Buddyjski Ksitigarbha w Japonii przyjął się jako Jizō (地蔵) lub Ojizō-sama. W kontekście tego filmu ukazana została jego rola strażnika dusz Mizuko. Opiekuje się dziećmi po śmierci, a w szczególności tymi, które nie przyszły na świat w wyniku aborcji lub poronienia, urodziły się martwe albo umarły we wczesnym dzieciństwie. Czczony jest w rytuale Mizuko Kuyo (水子供養), w którym składane są ofiary dla „wodnych dzieci”. Dusze dzieci nie mogą przekroczyć mitycznej rzeki Sanzu w drodze do reinkarnacji. Nie osiągnęły wieku, w którym potrafiłyby rozróżnić dobro od zła, więc nie ponoszą odpowiedzialności za swoje czyny. Nie miały okazji zgromadzić wystarczającej ilości dobrych uczynków. Nie wywiązały się także z obowiązków wobec swojej rodziny. Jizō pomaga im budować z kamieni stupy, czyli buddyjskie budowle sakralne symbolizujące oświecenie, w intencji rodziców i rodzeństwa. Tylko w ten sposób dzieci będą mogły w końcu przekroczyć rzekę i narodzić się ponownie w innym wcieleniu.

W ikonografii Jizō przeważnie przedstawiany jako skromnie odziany mnich o łagodnej twarzy, z ogoloną głową i wydłużonymi uszami. W lewej ręce trzyma hōju (宝珠), klejnot spełniający życzenia, natomiast w prawej shakujō (錫杖), długą laskę brzęczącą dzięki metalowym pierścieniom. Uprzedza w ten sposób o swoim nadejściu owady i drobne zwierzęta, chroniąc je przed rozdeptaniem.

Każde pojawienie się Jizō w obrazie Nekojiru sygnalizowane jest dźwiękiem dzwoneczków zawieszonych przed domem głównych bohaterów. Postać ma ogoloną głowę i wydłużone uszy. Na szyi nosi wisior z symbolem duszy. Shakujō jest niewidoczne, ale jego brzęczenie bardzo wyraźnie wtóruje krokom Jizō.

Według filozofii japońskiej wpływ na życie człowieka mają dwie aktywne siły: yang i yin. Yang, symbolizowana przez światło i słońce, jest siłą pozytywną, przypisywaną mężczyznom. Yin, jako cecha  ciemności, księżyca i kobiety, jest siłą negatywną. Wyznaczają one "jasną" i "ciemną" stronę życia ludzkiego i tworzą "jasną" i "ciemną" stronę duszy ludzkiej. Po śmierci człowieka "ciemny" aspekt duszy ludzkiej musi zstąpić do piekła celem osądzenia i ukarania za złe czyny popełnione w czasie życia człowieka. Ten dualny charakter pozwala wyjaśnić scenę, w której Nyatta toczy walkę o siostrę i odrywa część jej duszy. Droga pogrążona jest w ciemności pomimo oświetlających ją latarni. Wspomnienia Nyakko, które Jizō próbuje zagłuszyć, wypełnione są światłością. Yang i yin zostają rozdzielone. Życie odłącza się od śmierci.

Ciekawą metaforą jest przedstawienie świątyni w formie cyrku. Pojawiają się charakterystyczne dla shintoizmu elementy. Do sanktuarium wiedzie brama Torii (鳥居). Symbolizuje ona przejście od fizycznego świata ziemskiego, „świata skończonego”, do „świata nieskończonego” będącego światem bogów (kami). Filmowa wizja nie jest dosłownym odwzorowaniem klasycznych bram sakralnych, niemniej, z punktu widzenia pełnionej przez nią funkcji, można zakwalifikować ją do tej kategorii.

Rozpoczyna się główna część spektaklu. Zgromadzeni klaszczą przed modlitwą. Na arenę wkracza bóg. Składa krwawą ofiarę na ołtarzu, rozcinając swoją asystentkę piłą tarczową. Następnie wprawia poćwiartowane ciało w ruch i w wirującym powietrzu zespala je na nowo, przywracając kobietę do życia. Bóg, zadowolony ze złożonej ofiary, zaczyna spełniać zachcianki swojego ludu, wydmuchując z ust obłoczki, które zamieniają się we wskazane przez widzów przedmioty. Jawi się jako bóg-stwórca, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Chrześcijańskim akcentem tej historii są białe, uskrzydlone anioły towarzyszące podczas pokazu. Pełnią rolę fanfarzystów dających sygnał do rozpoczęcia niezwykłej uroczystości oraz przemawiają w imieniu boga.

Mniej lub bardziej czytelne aluzje do śmierci przewijają się niemal w każdym fragmencie filmu. Zakodowane są w różnych postaciach i zjawiskach. Przez animizm rozumiemy wiarę w moce tkwiące w przedmiotach lub elementach przyrody, takich jak chmury, drzewa, skały czy zwierzęta. Psychopomp to istota, której zadaniem jest odprowadzenie lub przeniesienie duszy zmarłego człowieka do świata pozagrobowego. Reprezentowany jest tutaj przez mrówki oraz żuka. Ptak oznacza duszę wzlatującą po śmierci do nieba. Również motyl symbolizuje duszę i pojawia się w dwóch różnych ujęciach. W ogrodzie wygląda naturalistycznie, kiedy siada na głowie Nyakko. Później przedstawiany jest jak mechaniczna zabawka, wydająca metaliczne dźwięki podczas trzepotania skrzydłami i, pomimo panującej wokół ciemności, błyskająca odbitym światłem. Wymowne jest również drzewo, którego owocami są nienarodzone dusze ukryte w łzawych kroplach.

Maleńka łódka dryfująca po zalanej planecie skojarzyła mi się z shōrōbune (精霊船), „łodzią ducha” unoszącą się na wodzie w czasie Obon (お盆), dorocznego święta zmarłych w Japonii. Uroczystość wiąże się ze składaniem ofiary głodnym duchom gaki (餓鬼) i tak też można odczytać wycięcie fragmentu ciała towarzyszącej kotkom świnki i zjedzenie jej.

Ze śmiercią łączy się również przewijający się przez cały film motyw kwiatowy. Likorys symbolizuje nadejście jesieni, reinkarnację oraz życie pozagrobowe. Japońskie określenie, higanbana, powstało z połączenia dwóch słów Higan i hana. Higan (彼岸) to nazwa buddyjskiego święta obchodzonego w Japonii dwa razy w roku w trakcie równonocy wiosennej i jesiennej, ściśle powiązanego ze świętem zmarłych. Hana (花) oznacza kwiat. Likorys funkcjonuje również pod nazwą manjushage. Według legendy Manju i Saka zostali wyznaczeni do pilnowania tej rośliny. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Za karę musieli pilnować liści i kwiatu oddzielnie. Przysięgli sobie, że spotkają się po śmierci.

W „Kociej zupie” Nyatta zrywa jeden z kwiatów i podaje go siostrze. Nyakko, do tej pory przedstawiana z opadniętymi, zamglonymi oczami, pozbawiona emocji i energii, bezwolna, półprzytomna i nieobecna, nagle zaczyna się uśmiechać i czule głaszcze brata po głowie, a jej oczy odzyskują blask. Likorysy są kwiatami silnie trującymi. Wątek ożywienia za ich pomocą jest dla mnie niezrozumiały, skoro cała zaświatowa wędrówka opierała się na unikaniu śmierci. Być może zostało to potraktowane jako swoisty rytuał odwrócenia: śmierć w krainie zmarłych pozwala wrócić do krainy żywych. Bohaterowie jednak wcześniej wielokrotnie znajdowali się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a same likorysy towarzyszyły im przez całą drogę, począwszy od punktu wyjścia, czyli domu rodzinnego.

Filmowy bóg charakteryzuje się egoizmem, próżnością i całkowitym brakiem zainteresowania światem, nad którym sprawuje władzę. Nie przypomina żadnego konkretnego bóstwa. Stanowi raczej mieszaninę cech zaczerpniętych z różnych postaci i z różnych religii. Jego prosta, biała szata z kapturem przypomina habit mnicha lub strój maga. Długa siwa broda powinna być odczytywana jako symbol mądrości. Zachowanie boga jednak na to nie wskazuje. W cyrku imitującym świątynię rzeczywiście wydaje się być wszechmocnym władcą. W niebie jednak bardziej sprawia wrażenie zniedołężniałego starca. Jest małostkowy i skupiony wyłącznie na potrzebach pierwszorzędowych. Chce zaspokoić swój głód. Ziemię traktuje jak gigantyczną miskę zupy z krwi. Osusza planetę po potopie, ale tylko w celu przygotowania sobie posiłku, nie zastanawiając się nawet, że są tam żywe istoty. Nagle kotki z bezkresnego oceanu przenoszą się na pustynię. Pozbawiona wody Ziemia wygląda jak orzech. Bóg przecina ją na pół. Dla bohaterów krajobraz zmienia się w zamrożoną krew, do złudzenia przypominającą drzeworyt Katsushiki Hokusaia „Wielka fala w Kanagawie”. Bóg upuszcza swoją miskę krwawej zupy, która wpada w tryby zegara czasu. Nieudolne próby podniesienia jej początkowo przesuwają czas do przodu, przyspieszając proces starzenia, a następnie ten czas cofają. Zmarli odzyskują życie, szafoty podnoszą się w górę, bomby wracają do samolotów, starcy młodnieją, ewolucja biegnie w przeciwnym kierunku. Bóg znowu sięga po łupinę. Tym razem mu się udaje ją podnieść i czas wraca do swojego normalnego rytmu. Cały ten ciąg zdarzeń wskazuje na przypadkowość zjawisk i brak woli bóstwa do jakiejkolwiek ingerencji w życie ludzi. Potrzebni mu są wyłącznie jako widownia w świątyni. Jego okrucieństwo nie jest zamierzone. Wynika raczej z zadufania w sobie i koncentracji na własnych sprawach. Wszechobecna krew sprowadza się do roli posiłku. O śmierci Nekojiru opowiada metaforycznie, natomiast samą krew ukazuje dosłownie, często ją przejaskrawiając lub wręcz oddzielając od śmierci.

W fabułę została wpleciona opowieść o  Yama Ubie (山姥), czyli Górskiej Wiedźmie, w filmie przedstawionej jednak jako odrażający mężczyzna. Zaliczana jest do yōkai, stworzeń będących czymś pomiędzy demonem a duchem, związanych z transformacją. Motywem przewodnim większości podań jest pożeranie. Yama Uba poluje na wędrowców, którzy zgubili się w pobliżu jej kryjówki. Udaje, iż chce udzielić im pomocy. Kotki zostają zwabione zapachem jedzenia. Finalnie trafiają do kotła, ale udaje im się wydostać, a ich miejsce zajmuje ich potencjalny oprawca. Niewątpliwie scena ta nawiązuje do tytułu filmu. Dla Japończyków Yama Uba jest postacią o wyraźnie dwoistej naturze, pełnej i dobra, i zła. Nie sposób stwierdzić, czy autorka skoncentrowała się na jednej stronie tego dualistycznego motywu, czy też stopiła postać Yama Uby z postacią Yama-no-kami, górskiego bóstwa życia, śmierci i odrodzenia.

Same kotki nie mają tutaj symbolicznego znaczenia. Potraktowane zostały jako ludzie, bohaterzy historii o zwykłej japońskiej rodzinie. Jedynie w spotkaniu ze staruszką, zszywającą wielobarwne koty z odciętych fragmentów ciała, doszukiwałabym się pewnego przekazu. Trójkolorowa odmiana japońskiej rasy kotów bobtail jest rzadka. Według tradycji figurka maneki-neko jest wcieleniem bogini miłosierdzia Kannon (観音) i zapewnia szczęście oraz bogactwo. Staruszka ratuje okaleczonego Nyatta doszywając mu rękę. Wydaje mi się, że odgrywa tutaj rolę jednego z bóstw opiekuńczych, podobnie jak wodny słoń na pustyni. Być może nawet reprezentuje samą Kannon jako patronkę pechowców, chorych, niepełnosprawnych, ubogich i tych, którzy wpadli w kłopoty. Długa szata nie pozwala z całą pewnością stwierdzić, czy kobieta siedzi w charakterystycznej dla bogini pozycji lotosu.

W filmie pojawia się również motyw miecza. W religii shintō przypisuje się temu przedmiotowi tajemną moc. Do jego zadań należy ochrona przed złymi duchami. Miecz jest ucieleśnieniem życia, a nie śmierci. Uosabia duchowe szczęście całego świata.

Moim zdaniem, Nyatta przywrócił swoją siostrę do życia, a ich wędrówka rzeczywiście się odbyła. Nawet w toalecie w ostatnich minutach filmu zauważyć można obraz będący swoistą pamiątką z podróży po zaświatach, a mianowicie drzeworyt przedstawiający zamrożoną falę krwi. Kolejne znikanie postaci, najpierw ojca, później matki, a w finale siostry, wyjaśniłabym jako podkreślenie ulotności ludzkiego życia i chronologicznie zaakcentowaną śmierć w bliżej nieokreślonej przyszłości.