Kalendarium

* 17 lipiec 2016 r. - Festiwal Etnomania w Wygiełzowie
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

czwartek, 30 maja 2013

Powrót do przeszłości

Chciałabym umieć cofać czas. Uniknęłabym fatalnych błędów, które do tej pory procentują bolesnymi konsekwencjami. Ominęłabym tych wszystkich ludzi, których uśmiech okazał się fałszywy. Wykorzystałabym wszystkie szanse, które los nieśmiało próbował podsunąć mi na tacy. Moje życie mogłoby przypominać bajkowy scenariusz romantycznej komedii z gwarancją dobrego zakończenia. Niestety, w żadnym sklepie nie mogę dostać takich urządzeń, których niezwykłą przydatność wskazuje moja wyobraźnia: dezintegratora, multilokatora, teleportera lub czasowego dylatatora.

Niekiedy jednak nadarza się okazja dotknięcia czegoś, co bezpowrotnie przeminęło. Tym razem zostaliśmy obdarowani przez Małopolski Instytut Kultury biletami na przejażdżkę zabytkiem motoryzacji. Do naszej pasażerskiej dyspozycji oddany został Jelcz 272. Wycieczkę zorganizowano w ramach XV Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego, a ściślej mówiąc, była ona częścią tego festiwalu funkcjonującą pod nazwą Krakowski Szlak Techniki. W niedzielę, 26 maja 2013 r., zasiedliśmy na fotelach z brązowej dermy: Karolinka, Wojtek, Rafał i główny prowodyr imprezowy, czyli oczywiście ja.


Dziecięciem będąc (jeszcze na etapie absolutnie niewyklarowanego gustu kolorystycznego i estetycznego, gdyż czerwień i inne intensywne barwy zdecydowanie do mnie nie pasują), miałam podobno zwyczaj wołać za takimi autobusami: "Busiu ciekaj, esie Memićka, esie ja". Przed laty "ogórki" stanowiły trwały element krakowskiego krajobrazu. Nawet na zachowanej w moim szale zbieractwa kompulsywnego pocztówce z 1982 roku, przedstawiającej kościół Św. Floriana, na pierwszym planie widać właśnie taki pojazd (autorem tej fotografii była S. Jabłońska, a ja pozwoliłam sobie zapisać ją w wersji cyfrowej poniżej). 


Wrażenia z samej podróży miałam mocno zmieszane. Z jednej strony męczący huk silnika, zgrzyty skrzyni biegów, brak gwarancji, że uda się pokonać kolejny kilometr. Z drugiej zaś, sentymenty i tęsknota za dzieciństwem, barwne opowieści przewodnika o technicznym rozwoju miasta, niezwykła atmosfera kapsuły czasu. Na to samo wydarzenie męskim okiem spojrzeć można na blogu Rafała.



środa, 29 maja 2013

Pożegnanie z Czterema kotami

Najpierw spodobała mi się nazwa. Potem Cztery koty oczarowały mnie swoim brzmieniem na żywo. Nadszedł jednak czas pożegnania, szczęśliwie dla koneserów muzyki - tylko na okres studenckich wakacji. Ostatni koncert w tym sezonie odbędzie się dzisiaj - 29 maja 2013 r. w Klubie Herbacianym Nie lubię poniedziałków (ul. Szlak 14). Start o 20:00. Grafika zapożyczona została ze strony kapeli.




poniedziałek, 27 maja 2013

Dni Bronowic 2013

Sobotnie popołudnie 25 maja zarezerwowałam na rodzinny piknik integracyjny zorganizowany w ramach obchodów Dni Bronowic. Niestety, pogoda nie chciała się zintegrować i zniechęcała swoim zimnym spojrzeniem, zawierającym w sobie nieustanną groźbę deszczu. Szczerze mówiąc, gdybym nie umówiła się ze znajomymi, nie chciałoby mi się w ogóle wyjść z domu. Podobnie myśleli inni mieszkańcy dzielnicy, gdyż frekwencja na imprezie nie należała do imponujących. W czasie naszej na miejscu bytności jedynie kilkaset osób świętowało na stadionie Bronowianki. Peryferyjna lokalizacja obiektu również nie należy do czynników zachęcających .



Pozornie wydarzenie wyglądało bardzo skromnie. Brakowało wigoru, żywiołowości, pasji, medialnego szumu i wodzireja zapraszającego ludzi do wspólnej zabawy. Teren jest stosunkowo duży, więc poszczególne atrakcje uległy swoistemu rozproszeniu. Część gości skoncentrowała się na scenie, słuchając koncertów i oglądając występy artystyczne. Martynę i Andrzeja skoczne dźwięki orkiestry porwały do tańca.


obraz... obraz...
obraz... obraz...

Najciekawszą ofertę przygotowano dla dzieci. Jedni mogli wykazać się sprawnością fizyczną, inni - ujawnić zdolności artystyczne. Strażacy zorganizowali konkurs budowy wieży z plastikowych skrzynek, policjanci pozwalali bawić się przyciskami w radiowozach. Najmłodsi szaleli w lunaparku, a nastolatkowie, jak Monika z przyjaciółmi, spokojnie rozmawiali przy stolikach w części gastronomicznej. A jednak, czegoś mi zabrakło, gdyż pod pojęciem "integracja" rozumiem wspólnotę, a nie zbieranie się małych, odizolowanych grupek.

obraz... obraz...
obraz... obraz...
obraz... obraz...

niedziela, 26 maja 2013

Noc Muzeów

Idea nocnego muzeobrania od wielu lat cieszy się ogromnym powodzeniem na całym świecie. W Polsce zainicjowana została w Poznaniu w 2003 r., a do każdej kolejnej edycji dołączają kolejne miasta i cała rzesza nowych instytucji, nie tylko państwowych, ale też prywatnych. Największym walorem tego wydarzenia jest fakt, że na jedną noc ściera się z muzeów kurz zapomnienia zamieniając je w najmodniejsze miejsca na miejskich planach i przyciągając nawet osoby, które historię utożsamiają z nudą.

Krakowska Noc Muzeów o pełne 24 godziny wystąpiła przed szereg. Nie potrafię wskazać pomysłodawcy, ale w jego założeniu miało to umożliwić turystom skorzystanie z podobnych atrakcji w innych miastach. W rzeczywistości jednak doprowadziło do dezinformacji, gdyż wiele osób, bazując na przeświadczeniu o ogólnopolskim charakterze imprezy, ustawiło się w kolejce o jedną noc za daleko. Zaletą tego całego zamieszania był mniejszy w stosunku do ubiegłych lat tłum oblegający muzealne budynki.

Szczęśliwie wykazałam się czujnością czasoprzestrzenną i w piątek 17 maja br. w męskiej obstawie, złożonej z Maćka i Rafała, wyruszyłam na nocne łowy. Mieliśmy bardzo trudny wybór, które z blisko 50 instytucji muzealnych będziemy odwiedzać. Wszystkich nie zdążylibyśmy, a zdecydowanie jesteśmy zwolennikami jakości kosztem ilości. Udało nam się odwiedzić pięć obiektów. I, jak podsumował Rafał, był to jedynie rekonesans, gdzie warto w zwykły dzień zajrzeć na o wiele dłużej.



Jako pierwszy przystanek wybraliśmy Muzeum Zoologiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ul. Ingardena 6. Powstało w 1782 r. jako Gabinet Historii Naturalnej. Wystawa liczy ok. 7000 eksponatów i stanowi znakomity przekrój nie tylko gatunkowy, ale też uwzględnia podział terytorialny i ukazuje poszczególne fazy życia od jaj lub embrionów aż po szkielet martwego zwierzęcia. Z atrakcji przygotowano pokaz łapania owadów oraz umożliwiono dotykanie pająków i innego robactwa, z czego oczywiście nie skorzystałam. W Muzeum jest dosyć ciasno, ale trwa budowa Centrum Edukacji Przyrodniczej, do którego zbiory zostaną przeniesione.











Po sąsiedzku, przy ul. Oleandry 2A, znajduje się Muzeum Geologiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dla nas to tylko kamienie, pomiędzy którymi nie potrafimy dostrzec różnic, ale specjaliści sklasyfikowali tam 15000 skamieniałości, 16000 okazów mineralogicznych oraz 27 kolekcji szlifów. Ciekawostką był spektakl geologiczny "Dymy z głębin" przeprowadzony o każdej pełnej godzinie na dziedzińcu przed budynkiem.



Przed Gmachem Głównym Muzeum Narodowego kotłował się dziki tłum, więc udaliśmy się w spokojniejsze miejsce - do Muzeum Archeologicznego przy ul. Poselskiej 3. Powołane zostało jako Muzeum Starożytności w 1850 r. Wśród stałych ekspozycji znajdują się m.in. kolekcje egipskich wykopalisk w ramach wystawy "Bogowie starożytnego Egiptu", a także lokalne eksponaty zebrane w ramach wystawy "Pradzieje i wczesne średniowiecze Małopolski".




Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli mieści się przy pl. Wolnica 1. Tutaj najbardziej urzekli mnie pracownicy - promiennie uśmiechnięci mimo zmęczenia, z pasją opowiadający o każdym eksponacie, anielsko cierpliwi, szczególnie pan przy wejściu, tak spokojnie tłumaczący kolejnej osobie, co zrobić z wypełnioną kartą konkursową. Muzeum zorganizowało bowiem swoistą grę na swoim terenie - rozwiązywanie zagadek związanych ze zgromadzonymi zbiorami. Nagrodą jest bezpłatna wejściówka w dowolny dzień i z wielką przyjemnością z niej skorzystam, aby ponownie wybrać się na przechadzkę po historii kultury ludowej.





W filii Muzeum Etnograficznego - w Domu Esterki przy ul. Krakowskiej 46 - mogliśmy obejrzeć czasową wystawę "Czerwone kaliko" zorganizowaną w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie. Modę Asmatów z Papui podglądał Roye Villevoye i aż trudno uwierzyć, że drą oni swoje ubrania specjalnie, traktując podkoszulkę jako formę rzeźby. W drugiej sali posłuchać można było muzyki (a niektórym zwiedzającym nawet zdarzało się tańczyć do gorących etnicznych rytmów).



Muzea stanęły na wysokości zadania. Jestem pełna podziwu dla ich dyrektorów i pracowników, gdyż mimo śmiesznych pensji i żałosnego budżetu na prowadzenie działalności, zorganizowali fantastyczną imprezę. Nasz muzealny spacer oczami Rafała można obejrzeć na jego blogu.

Całkowicie natomiast skompromitował się nasz Magistrat. Ogłoszenie bezpłatnej komunikacji publicznej w ramach Nocy Muzeów okazało się wyłącznie papierowym marketingiem. Nie dość, że nie zapewniono dodatkowego taboru w ilości pozwalającej na przynajmniej przyzwoity komfort jazdy, to jeszcze całkowicie pominięto część dzielnic w siatce bezpośrednich połączeń. Dojazd z Kazimierza na Bronowice, zwykle mieszczący się w 20 minutach, zajął nam półtorej godziny, w dodatku w warunkach skandalicznych - ludzie dosłownie leżeli na sobie, drzwi się nie domykały, a na każdym przystanku zostawało po kilkadziesiąt osób, którym nie udało się już wcisnąć do zatłoczonego pojazdu.



sobota, 18 maja 2013

Cardmaking

W dzieciństwie uwielbiałam tworzyć laurki pod byle pretekstem. Z czasem moja skłonność do wycinanek i wyklejanek zanikła, choć na biżuteryjnych studiach i takie projekty się zdarzały. W rękodzielniczym świecie natomiast - wprost przeciwnie. Moda na scrapbooking i cardmaking kwitnie w najlepsze, a ilość gadżetów ułatwiających zabawę papierem przyprawia o zawrót głowy. Sama posiadam jedynie kilka ozdobnych dziurkaczy, ale prawdziwi pasjonaci uzbrojeni są w wykrojniki, karbownice, dłutka i płytki do wytłaczania, stemple, markery tnące i wiele innych nieznanych mi narzędzi.

Do wykonania pierwszej w pełni świadomej pracy scrapowej skusiła mnie Iliana, ogłaszając wyzwanie inspirowane serią książek o Harry'm Potterze. Forma i technika wykonania własnej interpretacji tematu oczywiście mogła być dowolna, mogłam więc iść na łatwiznę i zrobić coś, co potrafię, ale postawiłam na eksplorację terytoriów dla mnie zdecydowanie egzotycznych. W końcu nadarzyła się okazja wykorzystania jednego z profesjonalnych papierów, które dostałam w prezencie od Oli. Wybrałam ten zatytułowany "Tajemniczy ogród - 03", gdyż jego wzór skojarzył mi się z magicznymi zaklęciami spisanymi na pożółkłych ze starości kartkach. Scrapkowymi przydasiami obsypała mnie również Bogusia, więc na mojej pracy możecie podziwiać jej wycinanki. Skarpetkę uszyłam z krepiny. A jak zrobić efekt kropelek rosy - podpowiedziała mi Alinka.

Jak już wspomniałam, w wyzwaniu króluje pełna dowolność, a jedynym ograniczeniem jest zakaz umieszczenia na pracy wizerunku postaci. Najważniejsza jest bowiem jej zamierzona zagadkowość. Nie miałam cienia wątpliwości przy dokonywaniu wyboru: skarpetka jako symbol wolności. Znawcy Harry'ego Pottera bez trudu domyślą się, że chodzi o Zgredka. Automatycznie też nakreśliłam adresata mojej karteczki. Moje dziecię stoi właśnie na progu dorosłości i szaleje z niecierpliwości, aby tą umowną granicę przekroczyć. A kiedy owa dorosłość zrówna się z dojrzałością, za późno już będzie, aby się cofnąć w beztroskę cudownych lat. Na razie jednak nie pozostaje mi nic innego niż ustawić się z felicytacją w ogonku urodzinowych gości.

Moja praca kipi aż od symboliki. Biały wytłoczony kwiat na górze podkreśla niewinność przypisaną do dzieciństwa. Zapisane tajemniczą treścią pergaminy zawierają w sobie marzenia o samodzielności i plany na przyszłość. Stara, granatowa skarpetka jest przepustką do świata dorosłych, synonimu wolności dla nastolatków. Rozsypane kwiecie przypomina o swawolnych zabawach w ogrodzie. Być może powinny być bardziej kolorowe, ale trudno pannicy podarować pstrokatą kartkę. Magiczne drzwi z numerem 18 prowadzą do nowego świata. Czerwień zwiastuje porywy serca, pasję i miłość, które za nimi kryć się powinny. Ale przyszłość okazuje się niejasna, zamglona, niczym świt pokryta rosą ulotności. Kwiat lilii, na samym początku tej nowej drogi, prosi o zachowanie naturalnej prostoty, uczciwości, dobrego serca, wyniesionych z domu rodzinnego wartości. Dalej jest tylko pustka, nieprzewidywalność, własna historia, która dopiero oczekuje na swój opis, czysta kartka gotowa na pierwsze słowa nowego rozdziału.







Jak na debiut - chyba nie wyszło to tragicznie ;) Pracę zgłaszam na wyzwanie Inspirowane książką #1 Harry Potter.