Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

wtorek, 20 sierpnia 2013

Ukamienowanie

stoję 
na pogorzelisku
kiedyś rosła tutaj 
wiara w ludzi

ona 
ubiera żółtą koszulę zazdrości
na swoje niekształtne ciało
wybiera
najbrzydsze i najbrudniejsze słowa
z głębi rynsztoka
niczym balista
ciska 
nimi we mnie
z całą mocą
własnych frustracji i niespełnienia

on
ze służalczym uśmiechem uzależnienia
szuka
słów najbardziej fałszywych
oprawionych w tombak
jak marionetka
na niewidocznych nitkach aprobaty
w zgniłej zieleni jej oczu
trafia 
z zaskakującą celnością
w najczulsze punkty mojego istnienia

tłum
gromadzi się wokół nas
obserwuje
gęstnieje
zaczyna wrzeć
jak zahipnotyzowany
bezwolnie
kopiuje gesty
podnosi odłamki słów
i sypie w moją stronę
gradem niezrozumienia

umieram
na krwistoczerwonym dywanie
złej sławy
porażona dotykiem
toksycznego języka
przypadkowa
ofiara linczu
w imię
emocjonalnego niezrównoważenia

miłość
ukryta między wierszami
została sformatowana
jednym klawiszem manipulacji
nie można 
odzyskać danych

kto jest bez winy
niech pierwszy rzuci słowo


niedziela, 18 sierpnia 2013

Kreatywne zabawy słowem

Podczas moich nocnych wędrówek po blogosferze natrafiłam na bardzo kocie miejsce - zapiski Atoma i Antka. W przeciwieństwie do moich domowych sierściuchów, tamtejsze zwierzaczki wyglądają jak stali bywalcy salonów depilacji. Tak to już bywa w przypadku wyższej sfery, jednak nigdy nie zamieniłabym mojego ukochanego pospólstwa na najbardziej nawet szlachetne pochodzenie i genealogiczne certyfikaty.

Jeszcze tylko przez kilka dni można tam przyłączyć się do kreatywnej zabawy: potyczki słownej na temat niezaprzeczalnej magicznej wyższości kota w pudełku nad królikiem w kapeluszu. A zatem kociarze wszystkich krajów - łączcie się i przytaczajcie kolejne dowody tejże wyższości. Moja argumentacja już została przekazana. Najlepszy filozoficzny wywód zostanie oczywiście nagrodzony. Szczegóły na blogu konkursowym:



Przy okazji przypominam, że w moim konkursie do 31 sierpnia 2013 r. możecie dopisywać swoje pomysły nazw dla przedmiotów, które jeszcze nie istnieją, ale bardzo chcielibyście je mieć. Najciekawszy wytwór Waszej wyobraźni zostanie nagrodzony kompletem ręcznie wykonanej biżuterii, a zerkając ukradkiem na błyskotliwość dotychczasowych komentarzy, nie wykluczam większej ilości upominków. Oczywiście nie mogę żadnej presji wywierać na moje bezstronne jury, ale gorąco zachęcam do pobawienia się słowami. Zasady gry i przestrzeń na Wasze zapiski w poście konkursowym:



sobota, 17 sierpnia 2013

Romek robi meble

Na pięć wakacyjnych dni - od 12 do 16 sierpnia 2013 r. - piękny ogród przy Małopolskim Instytucie Kultury, ukryty w głębi podwórza przy ul. Karmelickiej 27, zamienił się w otwartą pracownię młodego twórcy Romasza Indyka. Współorganizacji tej plenerowej wystawy, zatytułowanej "Romek robi meble", podjął się Zbiornik Kultury, cykliczna inicjatywa coraz bardziej widoczna na artystycznej mapie Krakowa i obejmująca swym zasięgiem coraz większą przestrzeń miasta.  

Z Romaszem Indykiem

Uwielbiam ludzi z pasją. Romek, poproszony o złotą myśl, którą mogłabym rozesłać światłowodem po świecie, zaapelował, żeby robić to, co się lubi, realizować się we własnych zainteresowaniach, rozwijać swoje zamiłowania, podsycać żar. Sam siebie określa jako jednoosobową manufakturę. Niekłamaną przyjemność sprawia obserwowanie Romka podczas pracy. W jego oczach widać, jak tańczą iskierki radości, kiedy kolejny projekt nabiera kształtów. Balansuje pomiędzy intrygującym designem, a praktycznością oraz wygodą tworzonych przedmiotów. Do wyrobu swoich autorskich mebli używa rozmaitych, często przypadkowo znalezionych materiałów, jak choćby zwykłe gałęzie. Taboret, widoczny na poniższych fotografiach, wbrew pozorom nie trafi do fakira - po zakończeniu montażu, siedzisko zostanie zeszlifowane i wygładzone.

Romasz Indyk w trakcie pracy


Romkowe meble idealnie wkomponowały się w układ ogrodu. Ich naturalność i kolorystyka ukazują, że przyroda pozostaje niekończącym się źródłem inspiracji. Pogoda dopisała, co w przypadku imprez plenerowych okazuje się połową sukcesu. Na drugą połowę zapracował sam Romek. Mam nadzieję, że zauważyli to również organizatorzy i podobne wydarzenia na stałe wejdą do kalendarium pomysłów na wykorzystanie tego miejsca. 



środa, 14 sierpnia 2013

Efa Supertramp & Dangle Manatee

W poszukiwaniu pomysłu na poniedziałkowy wieczór natrafiłam na zapowiedź koncertu w knajpce mi wcześniej nie znanej, a mianowicie Domówka Cafe przy ul. Miodowej. Na scenie w rytmach folkowego punku pojawić się mieli: walijska solistka Efa Supertramp oraz dwuosobowy zespół z Anglii - Dangle Manatee. Szpiegostwo po internetowych zasobach przekonało mnie, że warto wybrać się na krakowski Kazimierz. Do posłuchania na żywo wraz ze mną dźwięków niszowej wyspiarskiej muzyki w dniu 12 sierpnia 2013 r. namówiłam mojego przyjaciela Rafała.


Nazwa kafejki okazała się w stu procentach trafiona. Rzeczywiście panuje tam przyjacielska, wręcz relaksująca atmosfera, a subtelne, przyćmione oświetlenie lokalu potęguje wrażenie spokoju i domowości. Muzyczne tło, idealnie stonowane, nie przeszkadza w rozmowach, o czym, niestety, często zapominają właściciele innych barów. Rozsiedliśmy się wygodnie na miękkich fotelach, przeglądając zawartość książkowego regału w oczekiwaniu na przybycie bohaterów wieczoru.

Na wstępie Efa Supertramp oczarowała mnie swoim szczerym uśmiechem. Nie ma w niej nic z celebrytki, ani cienia pychy czy gwiazdorstwa, wręcz przeciwnie - spontaniczność, serdeczność, ciekawość świata i radość z życia. Młodzieńczy bunt przekłada się na teksty piosenek: wyrażają niechęć do chciwości, polityki, władzy, wojny, a równocześnie afirmują miłość, równość, pokój. Ideologia punkowej anarchii splata się z wartościami hippisowskimi. Efa studiuje dziennikarstwo i mam nadzieję, że w przyszłości również te treści promować będzie w swoich artykułach.


Na scenie ta drobniutka dziewczynka zamienia się w energetyczny wulkan. Szarpie struny gitary, jakby chciała ją rozerwać na strzępy. Wykrzykuje swój gniew wobec zła tego świata z taką mocą, że aż widać jej migdałki. Śpiewa po angielsku oraz po walijsku i, chociaż tego drugiego języka nie znam, emocje wyrażone na twarzy i w gestach artystki zastępują najlepsze tłumaczenie. Przez cały czas trwania koncertu odnosiłam wrażenie, że jestem podpięta pod kroplówkę z płynną pozytywną energią. Poniższa fotorelacja nie oddaje żaru podczas występu live. Mojej próby amatorskiego nagrania posłuchać można w serwisie youtube, a więcej o walijskiej piosenkarce dowiedzieć się można na jej oficjalnej stronie.  




Równie spontaniczni i bezstresowi okazali się członkowie drugiej wymienionej na koncertowym afiszu kapeli - angielski duet Dangle Manatee. Nie bacząc na zdziwione spojrzenia przypadkowych przechodniów, Pippa i Hugh usiedli sobie na chodniku i zaczęli stroić swoje instrumenty. A potem przebojem wkroczyli na scenę, zaśpiewali z przytupem i zagrali na: skrzypcach, gitarze, harmonijce, tamburynie oraz na moich sentymentach. Obudzili we mnie wielką tęsknotę za brytyjskimi i irlandzkimi pubami, w których przed laty spijałam magiczne nuty celtyckiej kultury. W ich tekstach słychać, jak tworzy się poezja, między wersami biegają zwierzęta, a całość okraszona jest przesłaniem, jak trudno być miłym w świecie, w którym serdeczność, bezinteresowność i altruizm wyrzucane są do lamusowni. Więcej o zespole poczytać można na ich oficjalnej stronie, a ja dołączam kilka moich koncertowych kadrów.




wtorek, 13 sierpnia 2013

Zapiski na weselnej serwetce

W sobotę 10 sierpnia 2013 r. w Bazylice Św. Floriana w Krakowie na miłości Martyny i Andrzeja zalakowano pieczęć wieczności. O moich weekendowych planach ślubno-weselnych wspominałam już wcześniej, więc teraz macie okazję porównać moje embossingowe portrety pamięciowe z prawdziwymi twarzami głównych gwiazd tego wyjątkowego dla Młodej Pary wydarzenia.


Szczerze mówiąc, nie nadaję się na wesela. Nie lubię wódki, a na słowo taniec włącza mi się wsteczny bieg. Pewne obawy wiązałam również z lokalizacją przyjęcia, zupełnie nie czując sentymentu do atmosfery wiejskich wesel. Jednak restauracja Skorpion w Grodkowicach okazała się spełniać wszelkie standardy nowoczesności. Szczególnie spodobało mi się oddzielenie sali biesiadnej od sali tanecznej. Państwo Młodzi zrezygnowali z typowo weselnej kapeli na rzecz zespołu karaoke i sami, z pełnym sukcesem, zainicjowali śpiewne partie. Każdy odważny mógł wystąpić na scenie.



Bawiłam się świetnie, choć wśród gości przewijało się niewiele znajomych twarzy. Martyna i Andrzej zarażali wszystkich swoimi uśmiechami. Alternatywa w postaci czerwonego wina rozwiązywała języki i praktycznie całą noc przegadałam z Sylwią i Bogdanem, mimo iż spotkaliśmy się po raz pierwszy. Ślę zatem serdeczności i podziękowania dla Nowożeńców, z życzeniami, aby każdego dnia odkrywali swoją miłość na nowo.



niedziela, 11 sierpnia 2013

Zamek w Ojcowie

Jedną z perełek na Szlaku Orlich Gniazd stanowią ruiny zamku w Ojcowie. Według archeologicznych opracowań budowę rozpoczęto około 1354 roku z polecenia Kazimierza Wielkiego. Nazwa warowni, w historycznej formie brzmiąca Ociec u Skały, została nadana przez samego króla, dla uczczenia walki o tron krakowski jego ojca, Władysława Łokietka, właśnie w okolicznych jaskiniach znajdującego schronienie.



Do czasów współczesnych przetrwały, niestety, jedynie cienie dawnej świetności tej fortyfikacji, czyli ośmioboczna wieża, brama wjazdowa, pozostałości murów obronnych oraz kilka fragmentów murowanych filarów mostowych. Zamiast dbać o dziedzictwo kulturowe i rewaloryzować cenne zabytki, możni tego kraju wolą budować kolejne stadiony. Do kontemplacji prawdziwego piękna tej średniowiecznej budowli potrzebna okazuje się zatem nietuzinkowa wyobraźnia. 



Rycina rekonstruująca wygląd zamku w XV wieku wskazuje, że do bramy wjazdowej prowadził rozpięty nad głęboką fosą drewniany most, oporęczowany i wsparty na trzech parach murowanych filarów. Dwukondygnacyjny budynek bramy z przejazdem na dole i izbą na piętrze wieńczył łamany dach polski. Mur biegnący od bramy w kierunku wschodnim krył w swojej górnej partii ciąg komunikacyjny, natomiast na prawo od niego na prostokątnym cyplu skalnym wznosił się okazały dwukondygnacyjny gmach mieszkalny z łamanym dachem. Część mieszkalna parteru składała się z przedsionka sieni głównej, sześciu izb oraz dwóch alkierzy. Od strony północnej przylegała kaplica, której rzut stanowił wydłużony prostokąt, wybiegający częściowo poza wschodnią elewację budynku głównego. Podobny układ miało jego piętro, jednak od strony zachodniej zamiast dwóch izb usytuowano jedną dużą o charakterze reprezentacyjnym. 

Wzdłuż muru otaczającego obszerny dziedziniec stały zabudowania gospodarcze: psiarnia, szopa, dwie stajnie, a za nimi oparkaniony ogród, kuchnia oraz kurnik. Na środku dziedzińca znajdowała się wykuta w skale i ocembrowana studnia o pierwotnej głębokości 48 metrów. Nad całym założeniem dominowała dwupiętrowa wieża, w której często przetrzymywano więźniów. U podnóża zamku zlokalizowany był również folwark z rezydencją dla ekonoma, piekarnią, chlewami, wozownią, browarem, gorzelnią, karczmą, młynem i tartakiem. Pośród otaczających górę zamkową drzew dostrzec można figurę Matki Boskiej pochodzącą z 1863 r., ustawioną przez Jana Zawiszę, jednego z dawnych właścicieli Ojcowa. 




Z ruin zamku rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na malowniczą panoramę Doliny Prądnika. W okolicznych zaroślach napotkać można także ślady zębów dzikich drwali, ale nie udało mi się spotkać żadnego Bobra Budowniczego. Jedynie cudne fioletowe kwiatuszki uśmiechały się do mnie z leśnej ściółki.




piątek, 9 sierpnia 2013

Weekend za miastem

W poszukiwaniu prawdziwego piękna trzeba, niestety, przekroczyć granice miasta. Obecne władze Krakowa każdy skrawek zieleni traktują z niezrozumiałą dla mnie wrogością i przyklaskują każdej tonie betonu wylewanej przez pazernych developerów. Nie dociera do nich, że kumulują zjawisko smogu i pozbawiają mieszkańców terenów rekreacyjnych, tak potrzebnych zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i dla psychicznej równowagi. O naszej walce z wiatrakami pisałam już wcześniej. Coraz częściej krakowianie salwują się zatem ucieczką z dusznej klatki metropolii. Miniony weekend spędziłam z moimi przyjaciółmi w malowniczej Dolinie Prądnika.



U naszej gospodyni w Skale - Ani - zebrała się ekipa przesympatycznych ludków: Agnieszka, Lidka, Monika, Marcin, Piotrek, Wojtek, Paweł, Konrad oraz ja. Nastrój panował radośnie grillowy. Mięsożercy zajadali się kiełbaskami, a ja pałaszowałam warzywne szaszłyki. Stół uginał się pod smakołykami i napitkami, więc bawiliśmy się do czwartej nad ranem. Niebywałą atrakcją była przygotowana przez Anię i Marcina mapa nieba. Z pasją wypatrywaliśmy gwiazdozbiorów, polując przy okazji z zestawami naszymi życzeń na te gwiazdy spadające. Na moim prywatnym domowym skrawku nieba widać bardzo niewiele zza zasłony miejskiej łuny, więc dosłownie nie mogłam oderwać oczu od tych miliardów iskierek nad moją głową. Kiedy wszyscy pozostali imprezowicze zasnęli, ukryłyśmy się z Anią w jej robótkowej pracowni, usiadłyśmy nad figurkami z masy solnej i dopiero wschód słońca wypłoszył nas do spania.




Następnego dnia wybraliśmy się z Anią i Marcinem na spacer po urokliwych polnych i leśnych ścieżkach między Skałą a Ojcowem. O zamku ojcowskim będę jeszcze pisać, historia tej warowni zasługuje na osobną notkę. Na razie podzielę się kadrami, w których próbowałam uchwycić cudowność natury.