Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

czwartek, 10 listopada 2016

Spacer po Lublinie

Niektóre miasta mają imiona i konkretne twarze. Kiedy mówię "Lublin", widzę Patrycję i Grzesia. Na północ mam zawsze pod górkę, więc spotykamy się, kiedy oni przyjeżdżają do Krakowa. Nadarzyła się okazja, że w końcu ja mogłam ich odwiedzić. Spędziliśmy razem cudowny wieczór, a piękna pogoda w następnym dniu zachęciła do zwiedzania.





Najdroższego alkoholu w Lublinie nie skosztowałam, ale przynajmniej wiem, gdzie można go spożyć. Na sennym Rynku spotkałam równie senne służby porządkowe, ukryte na ławeczce za swoim rydwanem. Znacznie bardziej ożywiona była Cyganka, która ambitnie goniła mnie po wszystkich zaułkach próbując sprzedać mi moją predestynację. Ale mnie interesowała tylko teraźniejszość. Zresztą, sama wiem, co mnie czeka w przyszłości. Na następny raz wezmę wygodniejsze buty, gdyż na wysokich obcasach ciężko ucieka się po kocich łbach.


Z zachwytem przespacerowałam się po fasadach kamienic Starego Miasta. Zaskakują różnorodnością zarówno pod względem zastosowanych technik zdobniczych oraz materiałów, jak i samej formy. Na gzymsach ryczą kute w kamieniu lwy. Każde sgraffito wykonane jest w innym stylu. Przedstawiają głównie scenki rodzajowe. Ściany udekorowane są fryzami oraz malowidłami z motywami roślinnymi i zwierzęcymi. Medaliony upamiętniają słynnych lublinian. Najbardziej przypadł mi do gustu lazurowy przykład manieryzmu - Kamienica Konopniców, odbudowana po pożarze w 1575 r. Wyróżnia się płaskorzeźbami z wapienia, portretującymi między innymi dawnych właścicieli budynku i ukrywającymi głowy smoków wśród roślinnych dekoracji.







O najstarszej lubelskiej świątyni, kościele farnym Świętego Michała przypomina model wykonany z brązu i labirynt wyeksponowanych fundamentów.


Zwieńczeniem spaceru było wzgórze zamkowe. Spojrzałam jeszcze z perspektywy lwa na skąpane w słońcu kamieniczki i przenieśliśmy się do... Czech. Pożegnalny obiad - w moim przypadku, oczywiście, smażony ser - zjedliśmy w Ceskiej Pivnicy. Mam teraz ulubioną restaurację w Lublinie.



Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej u moich przyjaciół. A moje serce skradła ich prześliczna kotka, Mia. 



środa, 9 listopada 2016

Metafory niewerbalne w ikonografii indyjskiej

Ze wszystkich referatów przedstawionych w ramach piątego Sympozjum Religioznawczego najbardziej zaciekawiło mnie wystąpienie Joanny Jurewicz pod tytułem "Conceptual Blending nad Mystic Experience". Po pierwsze, problematyka dotyczyła ikonografii, a jak wiadomo, sztuka znajduje się na szczycie piramidy moich zainteresowań. Po drugie, ostatnio wczytuję się w literaturę dotyczącą metafor pojęciowych i, chociaż przede mną jeszcze długa droga do zrozumienia ich niewerbalnych ekspresji, zaintrygował mnie ukryty kontekst przedstawień indyjskich bóstw.

Pierwszym zaskoczeniem było zwrócenie uwagi na analogię malarstwa Picassa do hinduskiego panteonu. Wschodni bogowie ukazywani są nie tylko jako formy półczłowieka i półzwierzęcia, ale również posiadają zwielokrotnione części ciała. Jako przykład może tutaj posłużyć Ganeśa - nadprzyrodzona istota, której przypisuje się niezwykłą mądrość i spryt oraz patronat nad uczonymi i nauką. Przedstawiany jest zwykle jako czteroręki mężczyzna o głowie słonia z jednym kłem. Z kolei Mahakali, jako wyższy aspekt Mahadevi, Wielkiej Bogini pilnującej kosmicznego porządku prezentowana jest błękitnoskóra postać z trzema oczyma, dziesięcioma głowami, dziesięcioma ramionami i dziesięcioma nogami. Podobieństw do obrazów Picassa można się dopatrywać również w próbach jednoczesnego przedstawiania boskich istot w różnych perspektywach - z profilu i en face.

Kolejnym ciekawym zagadnieniem było omówienie metafor zawartych w najbardziej charakterystycznym wizerunku Śiwy. Nataradźa, czyli Śiwa jako mistrz i władca tańca, zawiera w sobie pięć kosmicznych działań boga. Akt tworzenia reprezentowany jest przez brzmienie bębna, podniesiona ręka zapewnia ochronę, ogień symbolizuje zniszczenie świata, a podniesiona stopa - zbawienie. W referacie co prawda całkowicie pominięto znaczenie piątego elementu, a więc mocno osadzonej drugiej stopy oznaczającej schronienie dla duszy uwikłanej w trudach ludzkiego życia, ale nie sprowokowało mnie to do udziału w dyskusji. Zajęcia z hinduizmu będę mieć dopiero w przyszłym roku i wtedy osiągnę odpowiedni poziom do publicznego zadawania pytań.

Myśl hinduska eksplorowała możliwości wykorzystania pojęcia ciała do wyrażenia abstrakcyjnych i złożonych pojęć. Finalnie pojęcie ciała i jego resztek stało się domeną źródłową umożliwiającą zrozumienie istniejących w społeczeństwie podziałów oraz zbudowanie systemu normatywnego nakazującego ich przestrzeganie. Cechy poszczególnych części ciała ludzkiego sprowadzono do najbardziej podstawowych. Głowa to poznanie, mówienie i jedzenie. Ramiona to ochrona. Lędźwie to pomnażanie. Stopy to podtrzymywanie ciała. Pojęciowa metafora pozwala dostrzec głębię myślenia leżącego za konkretnymi obrazami, odwołującymi się do codziennego doświadczenia. Kulturowe uwarunkowanie doboru domen źródłowych wymaga odbicia się od dosłowności, aby uchwycić to, co jest przez nie wyrażane, ale, w swojej subtelności i złożoności, nie jest bezpośrednio dostępne.


czwartek, 3 listopada 2016

Rzeźbienie w dyni

Jedynym przedmiotem w mojej kuchni, który nosi ślady użytkowania, jest czajnik. Mój udział w warsztatach prowadzonym przez szefa kuchni mógłby się wydawać absurdalny, gdyby nie miały wymiaru artystycznego. Carving to sztuka rzeźbienia w owocach i warzywach wywodząca się z Dalekiego Wschodu. Do współudziału w zbrodni wbijania noża w dynię namówiłam Basię i Roberta.

Źródło: Veganic

Kumulacja rozmaitych lokali w dawnej fabryce papierosów przy ul. Dolnych Młynów 10 była strzałem w dziesiątkę. Prawdziwi krakowianie znacznie lepiej odnajdują się w takiej postindustrialnej przestrzeni niż w sztucznie zaimplementowanych formatach centrów handlowych. Powstało swoiste miasto w mieście zrzeszające wiele cennych inicjatyw. Niepokój budzi jedynie tymczasowość takiej formuły, gdyż wszyscy mamy świadomość, że deweloperzy ciągle ostrzą swoje pazury na świetnie zlokalizowaną działkę.

Do rzeźbienia w dyniach zaprosili nas kulinarni czarodzieje z restauracji Veganic. Przeniesienie szablonu za pomocą noża na wielką kulę wcale nie było proste, ale wszyscy sprostali temu zadaniu. Niektórych poniosła fantazja i nadali swoim dyniom nową osobowość. Nasza trójka próbowała wiernie odwzorować rysunek, ale każdy z naszych minionków jest inny. Bob w wersji Roberta posiada na brzuszku kółeczko. Mojemu wyrzeźbiłam literkę "G" na kieszonce ogrodniczek. Basia wycięła w tym miejscu serduszko. 



Szczególnie efektownie nasze dynie zaprezentowały się w ogrodzie. Użycie lampki rowerowej zamiast świeczki sprawiło, że największy, uzbrojony w topór, czerwony minionek został niekwestionowanym przywódcą stada. Nastrojowa dyniowa banda perfekcyjnie wpasowała się w halloweenową dekorację sali warsztatowej.


Jak potoczyły się dalsze losy naszych dyniowych minionków? Mojego podarowałam synkowi Izy. Basia swojego zjadła, poddając go wcześniej torturom w garnku z wrzątkiem i zamieniając w zupę dyniową. Roberta zapomniałam zapytać o przeznaczenie rzeźby. Zabawa była fantastyczna i organizatorom należą się ogromne podziękowania. Poczęstowali nas dyniowymi smakołykami, więc moje zadowolone podniebienie z pewnością niejeden raz przyprowadzi mnie do tej restauracji.

Beata Cora i Gniewosz Kin oraz minionek idealny autorstwa Gniewosza 

   

środa, 2 listopada 2016

Studenckie Bieszczady

Do wyjazdu w góry namawiać mnie nie trzeba, więc chyba jako pierwsza podniosłam łapkę na wieść o planach integracji w pięknych okolicznościach bieszczadzkiej przyrody. Program był bardzo ambitny - trzy dni w wielu kilometrach marszu po lasach i połoninach. Życie jednak wprowadza zaskakujące zmiany do scenariusza. Pierwszy dzień zamienił się w długi przygodowy film drogi z elementami horrorystycznymi...

Fot. Maciej Trąbka 


Przepiękną fotorelację Maćka z naszych przygód obejrzeć możecie w całości ----> TUTAJ, a opis całej wyprawy i własne zdjęcia wrzucam poniżej.

Z domu wyszłam o 4:30. Zrezygnowałam ze snu, żeby się nie spóźnić na miejsce zbiórki. Dotarłam przed czasem. Tutaj należą mi się owacje na stojąco, bo punktualność z pewnością nie jest moją mocną stroną. Podzieliliśmy się na dwie drużyny, a ja trafiłam do tej męskiej uzbrojonej w samochód. Drużyna żeńska wystartowała wcześniej regularnym busikiem.

Początki wyglądały niewinnie. Franciszek jechał przez miasto i zbierał kolejno członków załogi: Maćka, Marka, mnie, Michała, Sebastiana, Jędrka. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na MOP-ie Stanisławice i tu powiało grozą. Samochód zdechł. Straciliśmy pierwszego członka wyprawy. Franek musiał czekać na lawetę. Moja wyobraźnia, świeżo nakręcona nocną projekcją filmu "Shrine", beznadziejnego horroru klasy gie, przygotowała się na dalsze straty w ludziach.

W osłabionym składzie przeszliśmy na drugą stronę autostrady do MOP-u Kłaj. Oblodzone porannym przymrozkiem szyby obudziły w chłopakach pokłady artystyczne, które wyrazili w sztuce naszkielnej. W wielbłądziej formie nie wzbudziliśmy u nikogo sympatii jako potencjalni autostopowicze, więc zamówiliśmy taksówkę, aby wrócić do Krakowa. Przejażdżka wyceniona została na 150 zł, czyli pierwotny koszt dojazdu samochodem do Ustrzyk i z powrotem.

Na jakimś skrzyżowaniu, którego nawet nie potrafię zlokalizować w przestrzeni Krakowa, próbowaliśmy złapać Barbarę. Nie, nie polowaliśmy na żadną pannę, tylko na rejsowy busik o takiej nazwie, który według internetów powinien tamtędy przejeżdżać. Powinien... Zapakowaliśmy się do tramwaju w kierunku dworca kolejowego. Fatum przypomniało o sobie i straciliśmy Marka. Przeraziła go perspektywa utrzymania pionu aż do Przemyśla, bo miejsc siedzących w pociągu już nie było.

Rzeczywistość okazała się mniej dramatyczna i krótko odgrywaliśmy rolę zawalidróg w przejściu wagonu. Przez chwilę nawet cieszyliśmy się zdobytym w całości przedziałem, a szczęśliwcy wyrwali kilkadziesiąt minut snu. W tym czasie drużyna żeńska umierała z tęsknoty czekając na nas w Bieszczadach. Na miejsce dotarła bowiem tylko jedna sztuka, Weronika, więc nic dziwnego, że bardzo brakowało jej znajomych twarzy.

W Przemyślu zamieniliśmy się w sardynki i z trudem upchnęliśmy się w puszce PKS-u. Nieco luźniej było dopiero w następnym, na trasie Ustrzyki Dolne - Ustrzyki Górne. Udało nam się nikogo nie zgubić, chociaż symbolicznie Jędrek stracił czapkę. Zmierzchało. Przed nami ciągnęło się jeszcze spore asfaltowe podejście, ale nie łapaliśmy stopa, aby nacieszyć się spacerem w ostatnich godzinach pierwszego dnia w Bieszczadach. Zwłoki Weroniki ożywiły się, kiedy o 19:30 wtoczyliśmy się do Bacówki pod Małą Rawką. 

W schronisku powitało nas 5 kotów. Najdostojniejszy z nich, Imbir, nie zapomniał nawet o pożegnaniu, kiedy wychodziliśmy o świcie, i odprowadził nas pod sam las. Mgły, niczym anielskie skrzydła, unosiły się nad dolinami. Nie spodziewaliśmy się, że na szczytach również będą nam wiernie towarzyszyć. Z Wielkiej i Małej Rawki kompletnie nic nie było widać w dalszej perspektywie niż kilka metrów. A do mnie znów dochodziły echa tego kiepskiego horroru, w którym obelisk ukrywał się w oparach, a uczestnikom wyprawy groziło niebezpieczeństwo. Przed następnym wyjazdem obejrzę zwariowaną komedię.





Pogoda wyostrzyła się dopiero, gdy zeszliśmy do Ustrzyk Górnych. Na Połoninie Caryńskiej słońce rywalizowało z wiatrem, żeby ustąpić w końcu miejsca opadom śniegu. Ruszyliśmy w stronę Koliby. Najbardziej podatny na grawitację Sebastian dosłownie zjechał po zboczu do granicy lasu. 



Bieszczadzka fauna również zapadła w naszej pamięci. Na Maćka, a właściwie na jego plecak, napadł lis. Wygryzł dziurę, poprzegryzał puszki, zjadł pół jabłka. W schronisku przy szybie tańczył motylek, któremu pomyliły się pory roku. Przy śniadaniu towarzyszył nam kociak, ale kiedy poszłam do gospodarzy dowiedzieć się, jak ma na imię, okazało się, że wpuściłam jakiegoś obcego. Pożegnalny spacer doprowadził nas do Bereżek. 




Po sezonie komunikacja publiczna w Bieszczadach pozostawia wiele do życzenia. Podzieliliśmy się na trzy dwuosobowe drużyny. Wylosowałam Sebastiana, a Sebastian najkrótszą słomkę. Jako pierwsi pomachaliśmy do przejeżdżających samochodów. Chłopcy z Krynicy podrzucili nas do Ustrzyk Dolnych. Tam trafiliśmy na autobus-widmo. Nie było go na żadnym rozkładzie ani w internetach, ale dowiózł nas bezpośrednio do Krakowa. Wygraliśmy. Pozostali nazwali nas frajerami i zwierzętami. W całości pokonali te kilkaset kilometrów autostopem. W ramach zwieńczenia bieszczadzkiej przygody spotkaliśmy się przy piwie w niemal pełnym składzie. Dotarły wszystkie nasze zguby z pierwszego dnia i tylko Michał uciekł odpocząć do domu. Świętowaliśmy naszą integrację aż do zamknięcia baru. Nie mogę doczekać się następnej.


wtorek, 1 listopada 2016

Jak smakuje współpraca z Hindusami

Zadomowiłam się na Uniwersytecie Jagiellońskim i zaczęłam wypuszczać się na inne piętra. W ramach zajęć dodatkowych zgłębiam zagadnienia różnic kulturowych oraz problemy związane ze stereotypizacją w Katedrze Porównawczych Studiów Cywilizacji.


W praktyce o wiele łatwiej jest zrozumieć mentalność przedstawicieli innych kultur. Podczas warsztatów "Curry up, czyli jak smakuje współpraca z Hindusami" zostaliśmy podzieleni na trzy grupy: czerwonych, brązowych i niebieskich. Każda drużyna dostała wytyczne, w jaki sposób jej przedstawiciele powinni mówić i jak się zachowywać. Bez świadomości celów, jakie przyświecają innym, musieliśmy zrealizować wspólny projekt.


My, czerwoni, byliśmy agresywni, pewni siebie, przebojowi, uparci. Nie znaliśmy instrukcji, jakie otrzymały inne grupy. Pierwsza konfrontacja zakończyła się fiaskiem. Dopiero wypracowanie kompromisu doprowadziło do sukcesu. Przy okazji dowiedzieliśmy się, jakie czynniki ukształtowały kulturę indyjską: cykliczny czas, społeczeństwo hierarchiczne, kastowość, sukces materialny, podejmowanie ryzyka, lojalność wobec rodziny i grupy zawodowej, relacje jako podstawa biznesu, negocjowanie prawdy, kompleks wobec kolonizatora, duma z kraju, pokojowe nastawienie, docenianie doskonałości, tolerancja różnorodności, kreatywność, elastyczność, emocjonalność i pokazywanie uczuć oraz aranżowane małżeństwa.

Wiele filmów porusza problem zderzenia kultury zachodniej ze wschodnią. Akcja "Outsourced" w reżyserii Johna Jeffcoata kręci się wokół tematyki przenoszenia obsługi telemarketingowej firm do "tańszych" krajów. Pracownicy takiego call center muszą przystosować się do stref czasowych, nauczyć zwyczajów i powiedzonek swoich klientów, a nawet topografii ich miejsc zamieszkania, aby udawać, że centrum obsługi znajduje się w Ameryce. Dopiero zrozumienie mentalności Hindusów, wyłącznie dzięki pomocy empatycznej Ashy, pozwala Toddowi przeszkolić ekipę i skrócić czas rozmowy z klientem do wymaganych standardów.

Mniej wiarygodnie przedstawia się konfrontacja kultur w obrazie Lasse Hanströma zatytułowanym "Podróż na sto stóp". Bohaterów ubrano w kostiumy stereotypów. Francuzka, Madame Mallory, jest elegancka, chłodna, pozbawiona emocji, zdystansowana i niedostępna. Rubaszni Hindusi otaczają się kiczem z pozłacanego plastiku. Prawdziwy wydaje się jedynie kunszt kuchni, z której słyną te kraje. Do porozumienia dochodzi dopiero w wyniku poczucia winy Mallory, której wcześniejsze zachowanie o mało nie doprowadziło do tragedii. Moim zdaniem, potraktowanie jedzenia jako ponadkulturowego łącznika między ludźmi, wydaje się jednak mocno naciągane.


poniedziałek, 31 października 2016

Zagadkowa zabawa - pytanie 10

Listopad nastraja mnie melancholijnie, więc tematyka zagadki na ten miesiąc oscylować będzie wokół poezji. Dla odmiany przygotowałam łatwe pytania.








Niewtajemniczonym przypominam o regulaminie. Na odpowiedzi czekam pod tym postem do 1 grudnia 2016 r. do godziny 23:59.








Pytanie nr 1:
Gdzie znajdują się schody z wierszem namalowanym na podstopnicach?

Pytanie nr 2:
Kto jest autorem tego wiersza?


niedziela, 30 października 2016

Znaleźć dom

Mam bardzo mieszane odczucia w tematyce uchodźców. Z jednej strony, uważam, że należy pomagać każdemu człowiekowi. Z drugiej jednak, pomoc taka może okazać się szkodliwa, generując zjawisko tzw. bezradności wyuczonej, a poza tym często intencje osoby proszącej o wsparcie okazują się fałszywe. We współczesnej fali imigracji pojawiają się tabuny koni trojańskich. Uchodźstwo jest jedynie przykrywką dla terrorystów, którzy sieją spustoszenie w bezinteresownie goszczących ich domach. Duży odsetek stanowią również ludzie uciekający do Europy z pobudek finansowych, ale nie w poszukiwaniu pracy, lecz z góry nastawionych na wygodne życie na zasiłkach.

W przypadku ucieczki przed rzeczywistym zagrożeniem, pomoc jest naszym obowiązkiem. Szczególną opieką należy otoczyć rodziny. Zawierucha wojenna najsilniej odciska się na psychice dzieci. Program pomocowy powinien koncentrować się nie tylko na zaspokojeniu podstawowych potrzeb, takich jak mieszkanie, nauka języka czy znalezienie pracy, ale musi również uwzględniać wsparcie psychologiczne. Utrata domu, często połączona ze stratą najbliższych, kaleczy tożsamość.

"Znaleźć dom", dokumentalny film Andreasa Koefoeda, rejestruje proces adaptacji dzieci uchodźców w duńskiej szkole. Niestety, przedstawiony został jedynie wyrwany z kontekstu fragment ich historii. Kulisy ucieczki pozostają niedopowiedzeniem. Szkoła, stworzona wyłącznie na potrzeby cudzoziemców, nie pozwala na tworzenie relacji z duńskimi rówieśnikami. Pominięto nawet problemy dnia codziennego w obcym kraju, gdyż poza szkołą bohaterowie filmowani są wyłącznie we własnych domach. Brakuje tutaj nawet zakończenia, spłyconego do enigmatycznych napisów końcowych z informacjami, które rodziny uzyskały zgodę na pobyt stały, a które zostały deportowane.

Jedynym pozytywnym dla mnie akcentem tego obrazu była pełna optymizmu postawa ojca jednego z chłopców. Mimo przeżytych tortur, utraty domu, konieczności tułaczki w poszukiwaniu bezpiecznego dla swojej rodziny miejsca oraz problemów z zalegalizowaniem pobytu w Danii, do nikogo nie miał pretensji, a z każdej jego wypowiedzi biła wdzięczność za okazaną pomoc i ogromna nadzieja na przyszłość. Właśnie takim ludziom należy bezwarunkowo pomagać.


niedziela, 23 października 2016

Roguś

Rogusia urodziłam jeden dzień po terminie. Zabrakło mi trzech godzin, żeby dokończyć maskotkę przed wyjściem na zorganizowaną przez Martynę imprezę w amerykańskim stylu: Baby Shower. Nadmiar obowiązków odciąga mnie teraz od robótek. Poza tym, w sztuce krawieckiej jestem samoukiem. Szyję ręcznie, więc, delikatnie mówiąc, idzie mi dość ślamazarnie.


Zabawka przede wszystkim powinna być bezpieczna. Wybrałam tkaninę atestowaną dla dzieci oraz wypełnienie antyalergicznie, a całość podwójnie przeszyłam ściegiem za igłą, który wydaje mi się najmocniejszy. Buzię oraz imię narysowałam nietoksycznym markerem. Długie rogouszy, rączki i nóżki tego dziwnego stworka królikopodobnego mają za zadanie ćwiczyć umiejętności chwytania. Robert urodzi się dopiero za miesiąc. Mam nadzieję, że nie zrobi psikusa swoim rodzicom i, w przeciwieństwie do mojej twórczości, pojawi się punktualnie. Ale przecież nie mogłam wręczyć takiego sflaczałego przytulaka.



sobota, 22 października 2016

Język obrazu

Nie istnieje żaden odpowiednik systemu reguł naturalnego języka pisanego, który pozwoliłby właściwie interpretować znaki słowne. Obrazy nie są ograniczone czasem, więc pojawia się problem z ich umiejscowieniem. Fotografię można zdefiniować jako obraz bez kodu. Obiekt przedstawiany jest jako dzieło dokonane.

Przewaga obrazów nad słowami objawia się przede wszystkim w ich funkcji ikon. Pozwalają na bezpośrednie, czytelne, silnie działające na wyobraźnię i powszechnie zrozumiałe przedstawienie pewnych idei. Zarówno nieruchome, jak i ruchome, w obrębie konwencji i tradycji danego gatunku sztuki stają się one bogatymi nośnikami sensu. W pewnych kontekstach zyskują ogromny potencjał jako narzędzia komunikacji. Przykładem takiego wykorzystania obrazu może być reklama.

Problematyczna okazuje się nie tyle interpretacja, ale znacznie bardziej samo przedstawienie rzeczywistości. Często przekaz nie jest odzwierciedleniem realnych treści, ale zniekształca je stereotypizując, idealizując lub piętnując. Nie oglądam telewizji, jednak mam świadomość skandalicznej wręcz manipulacji realizowanej w obecnej polityce mediów publicznych. Stronniczość treści informacyjnych stawia w niekorzystnym świetle różnego rodzaju grupy społeczne i faworyzuje inne. Bardzo podobne tendencje obserwuje się w treściach fikcyjnych. 

Źródłem zniekształcenia rzeczywistości w obrazach może być również niewiedza, a nawet niechlujność autorów. Często w filmach historycznych pojawiają się w tle słupy wysokiego napięcia, a spod mankietu koszuli dawnego bohatera błyszczy elektroniczny zegarek. Również we współcześnie osadzonych produkcjach roi się od błędów oraz przekłamań. W Warszawie postrzeganej przez pryzmat filmu "Kick" w reżyserii Sajida Nadiadwala w niektórych scenach obowiązuje ruch lewostronny i wszystkie samochody mają zagraniczne rejestracje. Nawet przez okno pociągu zarejestrować można tutaj całkowity brak synchronizacji mijanych kolejno miejsc z rzeczywistym przejazdem na tej trasie.

Największym jednak problemem okazuje się świadome manipulowanie obrazem, zarówno w kwestii obróbki przy pomocy programów graficznych, jak i poprzez wyrywanie z kontekstu wypowiedzi i nadawanie zdarzeniom odmiennego znaczenia. W ten sposób najłatwiej zasiać ziarno nienawiści lub wybielić potwora.


* Artykuł opracowany na podstawie książki: D. McQuail, Teoria komunikowania masowego, Warszawa 2008


piątek, 14 października 2016

Czy ten uśmiech może kłamać?

Według wybitnych uczonych nie nadaję się na statystyczną Polkę. Za dużo się uśmiecham. Nawet w przypadkowym epizodzie politycznym, gdy namawiano mnie do czynnego udziału w wyborach, oparłam się presji unifikacji fotograficznej i odmówiłam ubrania mnie w garniturek oraz nałożenia maski powagi. Powściągliwość w pokazywaniu uśmiechu odbierana jest jako stateczność, odpowiedzialność, dojrzałość i fachowość. Demonstracja dobrego samopoczucia może być poczytana jako próba urażenia ludzi, którzy nie osiągnęli w życiu sukcesu, sfrustrowanych i niezadowolonych. A przecież śmiech jest zaraźliwy i trudności życiowe najłatwiej pokonać poczuciem humoru. Każdy uśmiech niesie ze sobą pozytywny, ponadkulturowy przekaz.


Stereotypy przyklejają się do każdej społeczności. Czasem jednak mam wrażenie, że różnice kulturowe silniej rysują się na osi pokoleniowej w tym samym środowisku niż w stosunku do innych narodów. Podczas moich pierwszych studiów nie do pomyślenia były pewne zachowania. Student, który odbiera telefon w czasie wykładu, wstaje i bez zażenowania wychodzi z sali, zostałby po prostu wyrzucony. Dziwi mnie brak reakcji prowadzących zajęcia i zupełnie nie rozumiem idei "wychowania bezstresowego". Celem edukacji jest nie tylko sama nauka, ale również wpojenie zasad dobrego zachowania i szacunku dla innych.

Powszechna globalizacja doprowadza do sytuacji, że czasem trudno domyślić się, że jesteśmy w innym kraju europejskim. Otaczają nas identyczne neony światowych korporacji, na półkach leżą takie same towary, ludzie noszą ubrania z bliźniaczymi metkami. Coraz trudniej odnaleźć egzotykę. Telewizja, prasa i Internet bezkrytycznie kopiują modele stylu życia i wklejają je w zupełnie inne zakątki świata. Jedynie ortodoksyjne kultury zachowują specyficzne elementy tradycji. A jednak, moim zdaniem, różnice te coraz bardziej się zacierają. Dżinsy ukryte pod ludową sukmaną zdradzają, że folklor jest jedynie atrakcją dla turystów.

Zgodnie z teorią kulturowej szkoły osobowości, jednostki żyjące w tym samym środowisku kulturowym i podlegające podobnemu procesowi socjalizacji rozwijają taką samą osobowość. Poszukiwaniem uniwersalnych cech zajmuje się Teoria Wielkiej Piątki. Oczywiście, nie mogłam się powstrzymać przed wypełnieniem testu. Trudno, bez porównania z wynikami innych osób, stwierdzić, czy jestem wyjątkowa, czy też mam typowy dla mojej kultury profil osobowości. Zapraszam zatem do wypełnienia ankiety i podzielenia się ze mną wrażeniami. Kwestionariusz online dostępny jest bezpłatnie i anonimowo na tej stronie.



* Refleksje po lekturze książki: A. Kwiatkowska, H. Grzymała-Moszczyńska, Psychologia międzykulturowa, w: Psychologia Akademicka pod red. J. Strelaua i  D. Dolińskiego, Sopot 2008