W poszukiwaniu prawdziwego piękna trzeba, niestety, przekroczyć granice miasta. Obecne władze Krakowa każdy skrawek zieleni traktują z niezrozumiałą dla mnie wrogością i przyklaskują każdej tonie betonu wylewanej przez pazernych developerów. Nie dociera do nich, że kumulują zjawisko smogu i pozbawiają mieszkańców terenów rekreacyjnych, tak potrzebnych zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i dla psychicznej równowagi. O naszej walce z wiatrakami pisałam już wcześniej. Coraz częściej krakowianie salwują się zatem ucieczką z dusznej klatki metropolii. Miniony weekend spędziłam z moimi przyjaciółmi w malowniczej Dolinie Prądnika.
U naszej gospodyni w Skale - Ani - zebrała się ekipa przesympatycznych ludków: Agnieszka, Lidka, Monika, Marcin, Piotrek, Wojtek, Paweł, Konrad oraz ja. Nastrój panował radośnie grillowy. Mięsożercy zajadali się kiełbaskami, a ja pałaszowałam warzywne szaszłyki. Stół uginał się pod smakołykami i napitkami, więc bawiliśmy się do czwartej nad ranem. Niebywałą atrakcją była przygotowana przez Anię i Marcina mapa nieba. Z pasją wypatrywaliśmy gwiazdozbiorów, polując przy okazji z zestawami naszymi życzeń na te gwiazdy spadające. Na moim prywatnym domowym skrawku nieba widać bardzo niewiele zza zasłony miejskiej łuny, więc dosłownie nie mogłam oderwać oczu od tych miliardów iskierek nad moją głową. Kiedy wszyscy pozostali imprezowicze zasnęli, ukryłyśmy się z Anią w jej robótkowej pracowni, usiadłyśmy nad figurkami z masy solnej i dopiero wschód słońca wypłoszył nas do spania.
Następnego dnia wybraliśmy się z Anią i Marcinem na spacer po urokliwych polnych i leśnych ścieżkach między Skałą a Ojcowem. O zamku ojcowskim będę jeszcze pisać, historia tej warowni zasługuje na osobną notkę. Na razie podzielę się kadrami, w których próbowałam uchwycić cudowność natury.
Kalendarium
* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice
piątek, 9 sierpnia 2013
czwartek, 8 sierpnia 2013
Kartka weselna
Zostałam zaproszona na ślub i wesele moich przyjaciół. Długo szukałam pomysłu na mały drobiazg, który mógłby dodać naszym prezentom osobistego charakteru. Na fali karteczkowej mody postanowiłam przygotować scrapkową pamiątkę, chociaż nie mam doświadczenia w rękodziele papierniczym i dopiero odkrywam tą technikę.
Jako laik w dziedzinie scrapbookingu, musiałam poszukać podpowiedzi. I tak natrafiłam na blog Rapakivi, a tamtejsze wyzwanie potraktowałam jako instrukcję obsługi w mojej karteczkowej produkcji. Ściśle zatem trzymałam się wytycznych głównodowodzącej Kasi.
Po pierwsze, w pracy musiały się znaleźć elementy wykonane w technice embossingu. Z powodu braku odpowiednich narzędzi, podeszłam do tematu metodą etykiety zastępczej i życiowej filozofii pomysłowego Dobromira. Wydrukowałam sobie zatem zdjęcie nowożeńców i za pomocą szydełka wytłoczyłam ich twarze na sreberku z opakowania po margarynie. Podobieństwo okazało się zaskakujące. Na głowie Martyny faluje burza blond loków, a Andrzej rzeczywiście przypomina Chrystusa - jest brodaty i długowłosy. Oby tylko nie ogolił się na ślubną imprezę...
Po drugie, należało użyć elementów w kolorze brązowym. Pod ręką nic takiego nie posiadałam, zaopiekowałam się więc opakowaniem po FERRERO RONDNOIR i za pomocą sprytnego kwiatuszkowego dziurkacza powycinałam sobie odpowiedni zestaw w różnych odcieniach brązu. Dla przełamania poważnej kolorystyki, bo przecież wesele kojarzy się z radością, z pomarańczowej bibuły dorobiłam wachlarzyki na krawędziach ramki.
Po trzecie, wymagane było użycie sznurka we wskazanym miejscu na dole pracy. Powstała więc mała kokardka z metalizowanego sznurka, jakiego używam do moich makramowych wyrobów biżuteryjnych. Wybrałam brązowy, aby komponował się z całością.
I po czwarte, dla uczestniczek wyzwania przygotowano zaprezentowaną poniżej mapkę. Na ile udało mi się sprostać wymaganiom, dowiem się dopiero po ocenie mojej pracy przez organizatorów zabawy. A czy karteczka spodoba się tym, dla których została wykonana, przekonam się w najbliższą sobotę. Liczę na słynne poczucie humoru Martyny i Andrzeja, a we wnętrzu kartki ukryję dla nich zaklęcie szczęśliwego wspólnego życia.
Pracę niniejszą zgłaszam na sierpniowe wyzwanie na blogu Rapakivi, w nadziei, że krytyka mojej amatorszczyzny nie okaże się zbyt bolesna dla mojego ego.
Jako laik w dziedzinie scrapbookingu, musiałam poszukać podpowiedzi. I tak natrafiłam na blog Rapakivi, a tamtejsze wyzwanie potraktowałam jako instrukcję obsługi w mojej karteczkowej produkcji. Ściśle zatem trzymałam się wytycznych głównodowodzącej Kasi.
Po pierwsze, w pracy musiały się znaleźć elementy wykonane w technice embossingu. Z powodu braku odpowiednich narzędzi, podeszłam do tematu metodą etykiety zastępczej i życiowej filozofii pomysłowego Dobromira. Wydrukowałam sobie zatem zdjęcie nowożeńców i za pomocą szydełka wytłoczyłam ich twarze na sreberku z opakowania po margarynie. Podobieństwo okazało się zaskakujące. Na głowie Martyny faluje burza blond loków, a Andrzej rzeczywiście przypomina Chrystusa - jest brodaty i długowłosy. Oby tylko nie ogolił się na ślubną imprezę...
Po drugie, należało użyć elementów w kolorze brązowym. Pod ręką nic takiego nie posiadałam, zaopiekowałam się więc opakowaniem po FERRERO RONDNOIR i za pomocą sprytnego kwiatuszkowego dziurkacza powycinałam sobie odpowiedni zestaw w różnych odcieniach brązu. Dla przełamania poważnej kolorystyki, bo przecież wesele kojarzy się z radością, z pomarańczowej bibuły dorobiłam wachlarzyki na krawędziach ramki.
Po trzecie, wymagane było użycie sznurka we wskazanym miejscu na dole pracy. Powstała więc mała kokardka z metalizowanego sznurka, jakiego używam do moich makramowych wyrobów biżuteryjnych. Wybrałam brązowy, aby komponował się z całością.
I po czwarte, dla uczestniczek wyzwania przygotowano zaprezentowaną poniżej mapkę. Na ile udało mi się sprostać wymaganiom, dowiem się dopiero po ocenie mojej pracy przez organizatorów zabawy. A czy karteczka spodoba się tym, dla których została wykonana, przekonam się w najbliższą sobotę. Liczę na słynne poczucie humoru Martyny i Andrzeja, a we wnętrzu kartki ukryję dla nich zaklęcie szczęśliwego wspólnego życia.
Pracę niniejszą zgłaszam na sierpniowe wyzwanie na blogu Rapakivi, w nadziei, że krytyka mojej amatorszczyzny nie okaże się zbyt bolesna dla mojego ego.
Etykiety:
Moje prace,
Scrapbooking,
Wyzwanie
wtorek, 6 sierpnia 2013
Wernisaż wystawy Bolesława Chromrego
W dniu 2 sierpnia 2013 r. w Bunkrze Sztuki, w ramach Zbiornika Kultury 2013, otwarta została wystawa prac Bolesława Chromrego dedykowana Marianowi Kruczkowi, a zatytułowana "Egzotyczny przepych smętnego bogactwa". Zresztą nawet podtytuł tej prezentacji brzmiał: "Bolesław Chromry's tribute to Marian Kruczek", a rzeźby tego ostatniego zdecydowanie należały do ekspozycyjnych perełek.
Chwili wzruszenia dostarczyła przemowa małżonki nieżyjącego już artysty. Bogna Perz-Kruczek opowiadała o swoim mężu z ogromem miłości i czułości. Jak sama wspomniała, bardzo brakuje jej wydarzeń pozwalających uchronić jego twórczość przed mrokiem zapomnienia.
Moją uwagę przykuły rzeźby Mariana Kruczka. Balansują one na krawędzi absurdu i drwiny, gdyż tworzywo stanowią tutaj przedmioty pierwotnie pozbawione wymiaru artystycznego, a więc odpady przemysłowe. Kawałki niepotrzebnego złomu w dłoniach artysty nabrały swoistej baśniowości i poetyki. Moim faworytem został stwór uzbrojony w widły. Żelazne metafory i surrealistyczny humor idealnie ze sobą współgrają.
Nie dociera do mnie natomiast przekaz współczesnego malarstwa bezpośrednio naściennego. Coś, co na przypadkowym budynku uznane zostanie za akt wandalizmu, w galerii zyskuje nagle etykietę dzieła sztuki. Nie spodobała mi się ta część wystawy. Niektóre rysunki odebrałam jako niesmaczne, a nawet wulgarne, więc z premedytacją pomijam je w mojej małej fotograficznej relacji.
W przestrzeni galerii przy placu Szczepańskim oglądać można było także prace innych artystów. Jednak również w ich przypadku miałam bardzo podobne odczucia. Prezentowane rzeźby odebrałam jako interesujące, natomiast wymalowane na ścianach grafiki nie zrobiły na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Udostępniona na piętrze instalacja audiowizualna przeszła wobec mojego artystycznego zmysłu bez echa. Oczywiście zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii na temat bieżącej aranżacji wnętrz Bunkra Sztuki. Miłośnicy plakatu i komiksu na pewno odnajdą się w tamtejszych rysunkach oraz napisach. Wystawa potrwa do 18 sierpnia.
Z Bogną Perz-Kruczek
Chwili wzruszenia dostarczyła przemowa małżonki nieżyjącego już artysty. Bogna Perz-Kruczek opowiadała o swoim mężu z ogromem miłości i czułości. Jak sama wspomniała, bardzo brakuje jej wydarzeń pozwalających uchronić jego twórczość przed mrokiem zapomnienia.
Bolesław Chromry (czwarty z lewej)
Moją uwagę przykuły rzeźby Mariana Kruczka. Balansują one na krawędzi absurdu i drwiny, gdyż tworzywo stanowią tutaj przedmioty pierwotnie pozbawione wymiaru artystycznego, a więc odpady przemysłowe. Kawałki niepotrzebnego złomu w dłoniach artysty nabrały swoistej baśniowości i poetyki. Moim faworytem został stwór uzbrojony w widły. Żelazne metafory i surrealistyczny humor idealnie ze sobą współgrają.
Nie dociera do mnie natomiast przekaz współczesnego malarstwa bezpośrednio naściennego. Coś, co na przypadkowym budynku uznane zostanie za akt wandalizmu, w galerii zyskuje nagle etykietę dzieła sztuki. Nie spodobała mi się ta część wystawy. Niektóre rysunki odebrałam jako niesmaczne, a nawet wulgarne, więc z premedytacją pomijam je w mojej małej fotograficznej relacji.
W przestrzeni galerii przy placu Szczepańskim oglądać można było także prace innych artystów. Jednak również w ich przypadku miałam bardzo podobne odczucia. Prezentowane rzeźby odebrałam jako interesujące, natomiast wymalowane na ścianach grafiki nie zrobiły na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Udostępniona na piętrze instalacja audiowizualna przeszła wobec mojego artystycznego zmysłu bez echa. Oczywiście zachęcam do wyrobienia sobie własnej opinii na temat bieżącej aranżacji wnętrz Bunkra Sztuki. Miłośnicy plakatu i komiksu na pewno odnajdą się w tamtejszych rysunkach oraz napisach. Wystawa potrwa do 18 sierpnia.
piątek, 2 sierpnia 2013
Kocie sprawy
Tytuł tego posta zaczerpnęłam z piosenki mojej najukochańszej kapeli "Buzu Squat". Niestety, zespół nazbyt szybko zniknął w niebycie i bardzo odczuwam niedosyt jego twórczości. Pozostała mi jedynie płyta, najważniejsza w mojej muzycznej kolekcji. Można też "Kocich spraw" posłuchać w serwisie youtoube.
Koty uwielbiam. Po moim domu biega sobie około 10 rozkosznych kilogramów sierści, oczywiście w podziale na dwie sztuki: Napoleon oraz Finlandia. W poprzednim wcieleniu zapewne sama byłam kotem, gdyż rozumiemy się znakomicie. No, może tylko kocie prezenty niezbyt trafione są. Jako wegetarianka nie lubuję się w mysich denatkach. Liczą się jednak dobre intencje i dowody miłości przyjmuję.
Napoleon trafił do nas jako maleństwo z chorobą sierocą. Panicznie bał się dźwięku silnika i panów w roboczych ubraniach. Nie sposób wyliczyć, ile uśmiechów na naszych twarzach wymalowała ta mała rozrabiaka. Z każdego przedmiotu potrafi zrobić zabawkę, a jako leżanki wybiera najbardziej abstrakcyjne miejsca. Jedynie kocie legowiska nigdy nie zyskały jego aprobaty, bo przecież spać powinno się na łóżku.
Finlandia zamieszkała u nas już jako kocię dorosłe. Ona też nie miała łatwej młodości. Przyzwyczajona do bycia słodkim pościelowym przytulaczkiem, nagle trafiła do nieogrzewanego garażu, a wszelkie próby wejścia na pokoje kończyły się kopniakiem. Do tej pory na łóżko wskakuje z pewną taką nieśmiałością i trzyma się blisko krawędzi. Uwielbiała spać w koszyku, dopóki nie wdarł się do niego Wypłosz, przechowywany u nas w ramach wakacyjnej przysługi. Do wirtuozerii doszła natomiast w budowaniu sobie domków z kartonów, a w ogrodzie codziennie rzeźbi swoją ulubioną deseczkę.
Lubię też koty obce. Z Jasperem spędziłam ostatniego Sylwestra i bawiliśmy się wyśmienicie. Smuteczki jednak mnie ogarniają, kiedy widzę kociaki opuszczone, zaniedbane, okaleczone, niekochane. Chciałabym móc je wszystkie przygarnąć, ale mam tylko dwie łapki do głaskania. Szkoda, że w tym okrutnym świecie brakuje troski, poszanowania i ciepłych uczuć dla braci mniejszych.
I na koniec nie mogłam powstrzymać się od dokonania rozboju na moim koledze. Poniżej dwie genialne fotografie, których autorem jest Marcin Huet. Zły pies podbił moje serce, a ta parka kociaków ukrytych w trawie do złudzenia przypomina moich domowników.
Do kocich wynurzeń nakłoniła mnie Maskotka, organizując koci konkurs na swoim blogu http://maskotkaipieska.blogspot.de, w którym do udziału zapraszam.
Koty uwielbiam. Po moim domu biega sobie około 10 rozkosznych kilogramów sierści, oczywiście w podziale na dwie sztuki: Napoleon oraz Finlandia. W poprzednim wcieleniu zapewne sama byłam kotem, gdyż rozumiemy się znakomicie. No, może tylko kocie prezenty niezbyt trafione są. Jako wegetarianka nie lubuję się w mysich denatkach. Liczą się jednak dobre intencje i dowody miłości przyjmuję.
Napoleon trafił do nas jako maleństwo z chorobą sierocą. Panicznie bał się dźwięku silnika i panów w roboczych ubraniach. Nie sposób wyliczyć, ile uśmiechów na naszych twarzach wymalowała ta mała rozrabiaka. Z każdego przedmiotu potrafi zrobić zabawkę, a jako leżanki wybiera najbardziej abstrakcyjne miejsca. Jedynie kocie legowiska nigdy nie zyskały jego aprobaty, bo przecież spać powinno się na łóżku.
Finlandia zamieszkała u nas już jako kocię dorosłe. Ona też nie miała łatwej młodości. Przyzwyczajona do bycia słodkim pościelowym przytulaczkiem, nagle trafiła do nieogrzewanego garażu, a wszelkie próby wejścia na pokoje kończyły się kopniakiem. Do tej pory na łóżko wskakuje z pewną taką nieśmiałością i trzyma się blisko krawędzi. Uwielbiała spać w koszyku, dopóki nie wdarł się do niego Wypłosz, przechowywany u nas w ramach wakacyjnej przysługi. Do wirtuozerii doszła natomiast w budowaniu sobie domków z kartonów, a w ogrodzie codziennie rzeźbi swoją ulubioną deseczkę.
Lubię też koty obce. Z Jasperem spędziłam ostatniego Sylwestra i bawiliśmy się wyśmienicie. Smuteczki jednak mnie ogarniają, kiedy widzę kociaki opuszczone, zaniedbane, okaleczone, niekochane. Chciałabym móc je wszystkie przygarnąć, ale mam tylko dwie łapki do głaskania. Szkoda, że w tym okrutnym świecie brakuje troski, poszanowania i ciepłych uczuć dla braci mniejszych.
I na koniec nie mogłam powstrzymać się od dokonania rozboju na moim koledze. Poniżej dwie genialne fotografie, których autorem jest Marcin Huet. Zły pies podbił moje serce, a ta parka kociaków ukrytych w trawie do złudzenia przypomina moich domowników.
Do kocich wynurzeń nakłoniła mnie Maskotka, organizując koci konkurs na swoim blogu http://maskotkaipieska.blogspot.de, w którym do udziału zapraszam.
Etykiety:
Osobiste
czwartek, 1 sierpnia 2013
Teatr życia
Rozsypane sekundy
Trzepocą w agonii
Skrzydłami zapomnienia
Kiedy zamiatam je pod dywan
Podarta bura ścierka
Wypełnia codzienność
Ironicznym śmiechem srok
Kiedy gram w karty z kalendarza
Zdeptany kwiat miłości
Usycha na hałdzie
Cmentarnego śmietnika
Kiedy żegnam swoje ideały
Usycha na hałdzie
Cmentarnego śmietnika
Kiedy żegnam swoje ideały
Staję przed lustrem
W plastikowej ramie
Koryta słonych rzek
Zasypuję kremowym pudrem
Na nieprzespanych nocach
Maluję białą kreskę
Sztuczne uśmiechy
Przymierzam czerwoną szminką
Maskę spełnienia
Posypuję iskrzącym brokatem
Idę grać swoją rolę
Spadającej gwiazdy
Etykiety:
Słowotwory
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































































