Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

środa, 20 marca 2013

Wrocław - Królestwo Krasnali

Na moją nagłą decyzję o wyjeździe do Wrocławia, niczym warkocz, splotły się trzy przesłanki. Pierwszą z nich był telefon w sprawie odbioru nagrody i informacja, że teoretycznie wszystko można załatwić za pośrednictwem kuriera, niemniej organizatorom miło byłoby, gdybym zechciała pofatygować się osobiście. Drugą - propozycja przyjaciela, który akurat w tym czasie wybierał się w tamtejsze rejony, że mógłby mnie ze sobą zabrać, więc podróż w jedną stronę zapowiadała się wyjątkowo kusząco. Trzecią, i chyba najbardziej motywującą, okazała się prowokacja ze strony mojej blogowej koleżanki, aby czymś siebie samą zaskoczyć. A zatem zafundowałam sobie niespodziankę. Błyskawicznie zreorganizowałam swoje bieżące plany oraz zobowiązania i bladym świtem następnego dnia czuwałam pod furtką machając łapką na stopa, kiedy tylko zauważyłam zbliżający się samochód Wojtka i Kasi. Im dalej od Krakowa, tym piękniejsza stawała się pogoda, a zamiast śniegu, oczy cieszyły się widokiem zieleni budzącej się do życia.

Mój kierowca szczęśliwie dostarczył mnie pod same drzwi docelowe. Odebrałam nagrodę, dopełniłam formalności biurokratycznych i wybrałam się na spacer po wrocławskiej Starówce. Słońce nieśmiało zerkało zza chmur i gdyby nie wyjątkowo natrętne towarzystwo siarczystego mrozu z pewnością godzinami włóczyłabym się wśród wąskich fasad kamieniczek. Z żalem musiałam jednak ograniczyć moją żądzę poznawczą do krótkich i wybiórczych przystanków na drodze do dworca PKP.

O kilku napotkanych zabytkach z zakresu poważnej historii sztuki, które szczególnie mój wzrok przykuły, opowiem przy innej okazji. Największą bowiem frajdę sprawiło mi polowanie na rzeźbione skrzaty. Jak powszechnie wiadomo, Wrocław krasnalami stoi. Podczas naszej zabawy w berka z wrednym i nachalnym mrozem udało mi się wypatrzeć jedynie czterech przedstawicieli tego gatunku niskiego wzrostem, ale w mojej głowie już zakiełkowała szalona myśl. Pewnego dnia powrócę do Wrocławia uzbrojona w Mapę Poszukiwaczy Krasnali i odnajdę wszystkie zakamarki, w których się ukrywają.

Papa Krasnal, ul. Świdnicka                                                   Recyklinek, ul. Świdnicka                                                       Gazeciarz, pl. Kościuszki

Podróżnik na walizce, koło Dworca PKP


sobota, 16 marca 2013

Być Kobietą - wyzwanie ósme

Myślą przewodnią, ostatniego już niestety, spotkania w ramach tafcikowych wyzwań było zrobienie samej sobie niespodzianki. I tak się szczęśliwie złożyło, że ostatnie dni dosłownie eksplodowały serią zaskakujących dla mnie zdarzeń. Wierzę, że dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy i staram się żyć tak, aby nikt z mojego powodu nigdy nie uronił ani jednej łzy. Serce moje, o kilka rozmiarów za duże, jak namagnesowane, przyciąga gesty serdeczności, upozytywnia zjawiska, na które przecież nie mam wpływu, samoistnie tworzy ciąg wydarzeń, których dodatni wydźwięk daleko wybiega poza moje najśmielsze oczekiwania. Z typową kocią gracją nie tylko zawsze spadam na cztery łapy, ale też nieustannie mam powody do mruczenia z zadowolenia obrotem każdej sytuacji. Nie oznacza to bynajmniej zbyt niskiego poziomu moich marzeń. Wręcz przeciwnie, moja wyobraźnia jest niczym nieograniczona, a żądza czerpania z życia garściami wciąż nienasycona. Oczami dziecka patrzę na świat i życie nieustannie mnie zachwyca, bo jest po prostu cudem i stworzone zostało przez o wiele większy umysł od mojego.

Obchody moich urodzin, choć powinny ograniczyć się do 10 marca, trwały 4 dni. Moi cudowni przyjaciele dosłownie zasypywali mnie życzeniami, uśmiechami, słowami, czynami, przyjemnościami, prezentami. Czułam się jak królowa wszechświata, uskrzydlona, wyniesiona na ołtarze, najważniejsza, wyjątkowa, aż po opuszki palców wypełniona wewnętrznym blaskiem i beztroską radością. Nadmiar emocji należało konstruktywnie rozładować, więc w poniedziałek wsiadłam spontanicznie do samochodu i pojechałam na wycieczkę do Katowic. Oczywiście, nie była to podróż celu pozbawiona. Chciałam sprawić komuś frajdę, gdyż iskierki wesołości w oczach drugiej osoby lubię jeszcze bardziej niż czekoladę. I myślę, że się udało.

A w piątek zupełnie niespodziewanie dla samej siebie pojawiłam się we Wrocławiu. Teoretycznie mogłam załatwić sprawę korespondencyjnie. Ale pokusa spotkania ludzi, którzy dokonali rewolucyjnych zmian w poetyckiej hierarchii wartości i ku gigantycznemu mojemu zdumieniu moją radosną twórczość paraliteracką wynieśli na sam szczyt, okazała się zbyt silna, aby zadowolić się suchym, papierowym surogatem gratulacji i telefonicznym uściskiem dłoni. Wszystkie gwiazdy na niebie wskazywały jeden kierunek, więc nawet nie próbowałam płynąć pod prąd. Do całkowitej reorganizacji bieżących planów wystarczyły trzy maile i już następnego dnia mogłam swobodnie pomknąć na zachód. Wrażenia moje zdecydowanie należy skategoryzować jako bezcenne i niewysławialne. I choć zmęczenie podróżą odczuwam, nigdy nie chciałabym utracić tego mojego genu szaleństwa, co nagle nakazuje mi rozsypać chaotycznie wszystkie zabawki poukładane w mojej piaskownicy życia i poszybować w dal na podmuchu wiatru, choćby na krótką tylko chwilę.



czwartek, 14 marca 2013

Wernisaż wystawy Cecylii Malik

Już poczułam delikatne muśnięcie wiosny, kiedy nagle zimowy intruz powrócił i znów zmroził miasto swoim oddechem. A jednak wyszłam na przekór słynnej mojej wobec chłodu niechęci, gdyż udziału w tym przedsięwzięciu odmówić sobie nie mogłam. Cecylia Malik należy bowiem do wąskiego grona twórców, którzy w swojej działalności łączą dwie moje największe pasje: sztukę i ekologię.

W dniu 13 marca w Bunkrze Sztuki miało miejsce otwarcie wystawy prowokacyjnie zatytułowanej Rezerwat Miasto. Mnogość zgromadzonych form obejmuje rozmaite instalacje, eksponaty związane z realizacją poszczególnych tematów, grę świateł, prezentacje multimedialne. Część prezentowanych w przestrzeni galerii projektów stanowi indywidualne prace Cecylii. W większość jednak zaangażowała w procesie twórczym swoją rodzinę i przyjaciół, a nawet zupełnie obce, przypadkowe osoby, którym bliskie są działania prospołeczne i proekologiczne.


Rezerwat Miasto jest swoistą mapą Krakowa subiektywnie rozrysowaną przez artystkę. Osią wystawy jest sosna, wiatrołom sprowadzony z Puszczy Niepołomickiej. Każda sala opowiada inną historię. Spacer rozpoczyna się w scenerii nawiązującej do projektów realizowanych w latach 2009-2010. W korzeniach drzewa umieszczono jedną z szopek krakowskich, z tradycji wykonywania których słynie rodzina Malików. Została ona wyrzucona z balkonu w czasie performance'u "Ulica Smoleńsk" zorganizowanego jako wyraz protestu przeciwko procesowi gentryfikacji. Ta część wystawy poświęcona jest również zrealizowanemu przez Cecylię projektowi "365 Drzew", a także jego późniejszej kontynuacji przez dwie kolejne osoby, zafascynowane niebanalną ideą. Zobaczyć tam można też fragmenty akcji "Koncert u Pana Żula". W maleńkim pomieszczeniu, przypominającym schowek na szczotki, wypełnionym intensywnym błękitnym światłem, zebrano dokumentację fotograficzną oraz rekwizyty, a więc głównie skrzydła i transparenty, związane z walką o uratowanie zielonych terenów na Zakrzówku. W czasie kampanii Modraszek Kolektyw po Krakowie krążyły grupy niebieskoskrzydłych bojowników o ochronę rzadkiego gatunku motyla.

Kolejna, mroczna strefa galerii związana jest z projektami "VI Rzek" oraz "Obrazy z Lasu Łęgowego". Obejrzeć tam można dokumentalne filmy, rekwizyty, jak choćby ręcznie wykonaną łódkę, którą Cecylia pokonywała najdziksze odcinki krakowskich dopływów Wisły, i wreszcie malarstwo, doskonałą próbę uchwycenia piękna krajobrazów w Przegorzałach. Wyjątkowo ciekawy akcent nieantropocentryczny w tej ekspozycji stanowi do złudzenia przypominająca wiewiórkę "rzeźba" wykonana przez bobry. Miasto, sztuka i przyroda splatają się w jeden warkocz, co nawiązuje do najnowszego pomysłu artystki. Jego zarys można zobaczyć w ostatniej sali. Akcja ratunkowa dla kolejnej rzeki nazwana została "Warkocze Białki" z uwagi na jej charakterystyczny bieg. Cecylia zaprasza wszystkich do wspólnego splatania kolorowych wstążek, aby powstała swoista lina, odgradzająca symbolicznie dzikie piękno nadrzecznej przyrody od koparek i betoniarek, reprezentujących niepotrzebne i nieprzemyślane odgórne urzędnicze ustalenia w zakresie regulacji systemów wodnych, boleśnie ingerujące w naturę i przeczące zasadom zrównoważonego rozwoju. Wystawa w Bunkrze Sztuki potrwa do 14 kwietnia.





środa, 13 marca 2013

Moje urodziny

Na cztery dni zapadłam się w błogostanie, zanurzyłam się w ciepłych słowach moich przyjaciół, otuliłam się ich uśmiechami. Nie spodziewałam się takiej eksplozji pozytywnych emocji. Miało być zwyczajnie - kameralne przyjęcie w ramach gorączki sobotniej nocy. Tymczasem urodzinowe życzenia płynęły strumieniem z całego świata już od piątku. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jeszcze nigdy nie czułam się tak wyjątkowo, arystokratycznie wręcz, i trudno powrócić mi teraz do rzeczywistości zwykłych dni.

Pierwsze wzruszenie przyniósł listonosz. Prezentami obsypała mnie Agnieszka - raeszka. Spodziewałam się zakładki, a podarków było o wiele więcej. Pozostałe przesyłki, w tym podejrzanie wielka paczka, zawierały w sobie dary od moich robótkowych przyjaciółek wirtualnych. Za moimi plecami uknuły spisek na miarę afery międzynarodowej, a ja nawet cienia podejrzeń nie miałam, że szykują zamach na moją personę. Wszystkie prezenty miały mój ukochany, osobisty wymiar, gdyż wykonane zostały własnoręcznie przez wyjątkowo bliskie memu sercu osóbki: Agnieszkę, Ewę, dwie Jole, Kasię i Krysię. W dodatku moje ukochane fiolety zdecydowanie stanowiły barwę dominującą pośród zawartości paczki. Dziewczyny przygotowały też niesamowitą statuetkę dla mnie.

I jeszcze nie zdążyłam ochłonąć z wrażeń po rozpakowaniu pocztowej serii prezentów, kiedy dotarła pierwsza żywa niespodzianka. Zaniemówiłam na widok gościa przy furtce, gdyż ludziom zazwyczaj się nie chce pokonywać hurtowych ilości kilometrów tylko po to, żeby sprawić przyjemność drugiej osobie. I tym oto sposobem oficjalne świętowanie rozpoczęło się w piątek. Rozbrzęczał się telefon. Napływały dziesiątki maili. Facebookowa oś czasu tętniła życiem. Domofon ciągle przypominał o swoim istnieniu. Niestety, mimo prób wpychania okruszków między klawisze klawiatury, kokosowym tortem mogli poczęstować się tylko ci, którzy dotarli osobiście.


Niektórzy goście pozwolili wpleść się w pamiątkowe kadry i często będę na nie spoglądać, przypominając sobie te cudowne chwile. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze obchodzę trzynaste urodziny, ale te były po prostu idealne. Dziękuję wszystkim, którzy spędzili ze mną ten czas, choćby wirtualnie. Dziękuję też za szczere życzenia.




piątek, 8 marca 2013

Być Kobietą - wyzwanie siódme

Tym razem tafcik zaprosiła nas do wielkiej akcji wietrzenia szaf. Nie ukrywam, że moja osobista garderoba pozwoliłaby mi przetrwać największy kryzys. Jednak nie znajduję żadnej niepotrzebnej rzeczy. Wszystko posegregowane mam kolorystycznie i według przynależnej funkcji. Każda para butów mieszka we własnym pudełku. Osobną półkę mają szale, na innej leżą kapelusze. Wszystkie szuflady mają swoje ściśle tematyczne wnętrza. Z zamkniętymi oczami mogę podejść do szafy i wylosować akurat tą rzecz, która w danym momencie do szczęścia jest mi niezbędna. Chaos panuje jedynie w procesie twórczym w moim warsztacie rękodzielniczym albo w stercie książek i papierów, z których akurat próbuję ulepić dokumenty różnej treści.

Wybitni specjaliści z zakresu psychologii i socjologii określają moją przypadłość mianem zbieractwa kompulsywnego. A ja po prostu widzę kreatywne zastosowanie dla przedmiotów, których okres świetności nagle przebrzmiał i ślepo wierzę w ich reinkarnację. Uwielbiam przydasie wszelkiej maści. Zamiast wyrzucać - szukam alternatywnych rozwiązań. W końcu ekologiczne wykształcenie i pasja upcyklingera do czegoś zobowiązuje. Zdarza się, że rozdaję ubrania, które z różnych powodów przestały pasować do mojej bieżącej wizji wszechświata, częściej jednak nadaję im inny wymiar. I tak powstają rozmaitości dalekie od wyobrażeń producentów ich pierwotnych kształtów. Z błękitnej bawełnianej podkoszulki zrobiłam naszyjnik-zamotkę.



Wiele egzemplarzy mojej konfekcji z czasem całkowicie zmienia swoje przeznaczenie i sukcesywnie będę prezentować moje spontaniczne pomysły zabawy formą. Na razie pokażę jeszcze jeden przykład końcowego efektu konfrontacji niepotrzebnego już ciuszka z moją wyobraźnią. Skrawek starych dżinsów zamienił się w pożyteczne etui na telefon komórkowy.



czwartek, 7 marca 2013

Życzenia urodzinowe

Przyodzianych w uśmiech szczery
W dniu urodzin przyjmij, proszę,
Bukiet moich życzeń z serca
Wraz z pełnym słodyczy koszem.

Niechaj kwiat czerwonej róży
Daje moc szczęścia w miłości,
By się zawsze rozkoszować
Kąpielą w morzu czułości.

Niechaj biała lilia sprawia,
Aby napotkani ludzi
Byli dobrzy i uczciwi
I wspierali w życia trudzie.

Niechaj błękit chabrów leczy
Twoją duszę, Twoje ciało,
Aby źródło wszelkich chorób
Ciebie zawsze omijało.

Niech wrzosów fiolet podsyca
Żar domowego ogniska,
By zawsze przy Tobie trwała
Oddana rodzina bliska.

Niechaj żółty storczyk niesie
Powodzenie finansowe
I niech procentami kapie
Na Twoje konto bankowe.

Niechaj tulipan różowy
Plany w rzeczywistość zmienia,
Aby każde z Twoich marzeń
Doczekało się spełnienia.

środa, 6 marca 2013

Przemyśl

Mój żywot ściśle wpleciony jest w Kraków, ale kilka innych miast darzę szczególnym sentymentem. Z Przemyślem związałam się na płaszczyźnie zawodowej. I jak to zwykle w moim przypadku bywa, geneza tej historii odległa jest od typowych standardów. Pomysł narodził się podczas mojej wyprawy afrykańskiej w 2005 roku. Brykałam sobie 2770 m n.p.m. niczym dzika górska kozica po krawędziach krateru i łagodnych zboczach wygasłego wulkanu Longonot w Kenii. Zachłystywałam się przestrzenią. Chłonęłam zapach wolności. I nagle poczułam, że w Krakowie niebo jest za ciasne.

Zaczęłam zatem knuć własny spisek w poszukiwaniu przestrzeni. Kilka lat wcześniej moja macierzysta firma zaczęła gwałtownie pączkować rozsiewając się niczym wirus po rozmaitych zakątkach Polski. Jednym z nich był właśnie Przemyśl. Na casting mający na celu wyłonić ochotnika, który zechciałby się zająć tym fragmentem działalności gospodarczej, dobrowolnie nie zgłosił się nikt. Odgórnie zatem wytypowano ofiarę, która nie przypominała gejzeru szczęśliwości z tego powodu. Z mojej wyprawy wróciłam zatem z gotowym scenariuszem planu dwuletniego, że chętnie przejmę obowiązki na Kresach. I tak jeżdżę tam już ósmy rok.

Tym razem Przemyśl powitał mnie prysznicem ciepłych promieni słonecznych. I tak się miło złożyło, że akurat musiałam iść do Urzędu Miasta załatwić służbową sprawę. Miałam zatem wyborną okazję porozkoszować się wiosennym spacerem po Starówce, której charakterystyczną właściwością jest wszechobecna pochyłość i mnogość placów rozmaitych. Historycznie śródmieście było podzielone na regularne parcele-zagrody przydzielane pierwszym mieszkańcom.

Reformaci przybyli do Przemyśla w XVII wieku i osiedlili się tuż za nieistniejącymi obecnie murami miasta, w pobliżu Bramy Lwowskiej. Na miejscu spalonych drewnianych zabudowań poświęcono w 1645 roku murowany kościół i klasztor, wielokrotnie jednak na przemian były one niszczone w wyniku najazdów oraz działań wojennych i z rozmachem rozbudowywane w czasach pokoju. Charakterystyczną cechą  wizualną kompleksu klasztornego jest jego "zapadnięcie" w stosunku do arterii, z którymi sąsiaduje.

Rynek w Przemyślu                                                                            Klasztor oo. Reformatów

Franciszkanie przybyli do Przemyśla z misją zwiadowczą zainicjowaną przez papieża Grzegorza IX w 1237 roku. Istniejący do dzisiaj późnobarokowy kościół bazuje na XVIII-wiecznej konstrukcji świątyni, na której swoje piętno odcisnęły zarówno zawirowania wojenne oraz przypadkowość iskier z pożaru, jak i często niefortunne próby działalności konserwatorskiej i rekonstrukcyjnej.

W późnobarokowej Wieży Zegarowej mieści się Muzeum Dzwonów i Fajek. Budowla ta powstała w latach 1775-1777 w pierwotnej funkcji dzwonnicy greckokatolickiej cerkwi katedralnej. Po kasacie józefińskiej przeszła na własność miasta i służyła jako strażnica. Od roku 1983 należy do Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, a jako że region słynie z bogatych tradycji ludwisarstwa i fajkarstwa, obejrzeć tam można ekspozycję perełek stworzonych właśnie w ramach tych rzemiosł.

W Przemyślu podziwiać można również zabytki sztuki sakralnej innych religii. Cerkiew pod wezwaniem Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy pierwotnie była świątynią greckokatolicką, a od 2009 roku należy do Kościoła Prawosławnego. Na zespół cerkiewny składają się: wymurowane w 1880 roku cerkiew i dzwonnica oraz budynek Bractwa Św. Mikołaja, który powstał na przełomie XIX i XX wieku.

       Klasztor oo. Franciszkanów                                                 Muzeum Dzwonów i Fajek                                              Cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy

Lokalizacja miasta wielokrotnie na przestrzeni wieków ustawiała je na celowniku rozmaitych uzurpatorów. Pozostałością po tych wojennych zmaganiach są w różnym stopniu zachowane fortyfikacje Twierdzy Przemyśl oraz bunkry z okresu II Wojny Światowej. Przed Gmachem Głównym Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej leży natomiast pamiątkowy kawałek złomu, który w okresie swojej świetności stanowił kopułę pancerną wieży obserwacyjnej w forcie IX Brunner - Ujkowice.

I na koniec lokalna ciekawostka. W 2006 roku z inicjatywy przemyskich rzemieślników na Placu Niepodległości odsłonięto Pomnik Fajki. Jest on swoistą ławeczką z siedziskiem na cybuchu. Jej długość całkowita wynosi 3 m, a wysokość główki - 1,2 m.

     Kopuła pancerna ze zbiorów muzealnych                                                                               Pomnik Fajki                   


niedziela, 3 marca 2013

Być Kobietą - wyzwanie szóste

Czas płynie zaskakująco szybko i już po raz szósty spotykamy się w wąskim gronie dziewczyn zaangażowanych w wyzwania tafcika. Tym razem tematem przewodnim tygodnia był spacer w poszukiwaniu wiosny. Piesze wędrówki to mój najulubieńszy sposób przemieszczania się. Komunikacja publiczna, szczególnie ta krakowska, brudna, zatłoczona i przepocona, jest dla mnie wręcz odpychająca i stanowi wyjątkowo niemiłą ostateczność. Z samochodu korzystam jedynie na dłuższych dystansach lub podczas większych zakupów. Na motocykl wciąż nie mam prawka, więc mogę służyć swoją osobą tylko jako plecaczek. Roweru, po przykrych doświadczeniach kiedy to egzemplarz wielce dla mnie sentymentalny przykleił się do lepkich rąk jakiejś szumowiny, używam sporadycznie i jedynie rekreacyjnie.

I chociaż mam siedmiomilowe buty, nie umiem jednak chodzić tak po prostu, bez żadnego celu, dla samej istoty stawiania kolejnych kroków. Zawsze wymyślam sobie jakieś mniej lub bardziej poważne miejsce, do którego zmierzam. Ale bez względu na to, czy mam do załatwienia sprawę służbową, czy moje wyjście ma charakter zdecydowanie towarzyski, odległość między punktem A a punktem B jest czasem wyłącznie dla mnie. Często po drodze porządkuję własne myśli, układam wierszyki, opowiadania lub teksty piosenek, szukam pomysłów, obserwuję ludzi, przyglądam się budynkom, podglądam przyrodę. A jeśli coś szczególnie mnie zainteresuje, wyciągam zza pazuchy aparat fotograficzny.

Słońce nieśmiało zajrzało w końcu do Krakowa, ale nie zdążyło rozchylić pąków na drzewach i krzewach ani rozsunąć ziemi tak, aby zielone kiełki mogły zacząć swobodnie piąć się w górę. Codziennie bezskutecznie szukałam odcisków palców wiosny. Ale jedyne, co znalazłam, to dowód istnienia kreta modyfikowanego genetycznie, bo przecież zwykły krecik takiego wielkiego kopca by nie usypał.



sobota, 2 marca 2013

Fryzjerka (Die Friseuse)

Mimo mojego słynnego postrzegania rzeczywistości wyłącznie od jasnej strony, czasem nagle smutnieję. Wystarczy słowo, gest albo cień wspomnienia i zamykam się szczelnie w swej skorupie, narzucam pelerynę niewidkę i znikam, jak gdyby nigdy mnie nie było. Ale to chyba naturalne, że nawet największy optymista miewa krótkotrwałe przerwy w szczerzeniu zębów do całego świata.

Rzadko oglądam filmy. Mam listę swoich ulubionych, ale w ogólnej pogoni za przygodą trudno zatrzymać mi się na czas projekcji i skupić zmysły na wymyślonej fabule. Dzisiejszy nastrój jednak wyłączył na chwilę wielotorowość moich rozbieganych myśli i absolutnie przypadkowo wylosowałam niemiecką produkcję pod tytułem "Fryzjerka". Nie słyszałam niczego wcześniej o tym obrazie, więc obejrzałam całkowicie na dziko, na zasadzie randki w ciemno.

Jako adoptowane dziecię Fortuny, jak się okazało, trafiłam w dziesiątkę. Film należy do gatunku ameliowatych, czyli dokładnie takich, jakie lubię najbardziej. Główna bohaterka, Kathi, obdarzona została przez naturę ogromnym sercem i równie wielką masą ciała. Niepoprawna optymistka, marzycielka, wciąż malowała na swej twarzy promienny uśmiech i emanowała serdecznością, mimo bolesnych kopniaków, jakimi hojnie obdarowywała ją codzienność i otaczający ludzie. Mąż ją porzucił wiążąc się z jej najlepszą przyjaciółką. Samotnie wychowywała córkę, która zamiast okazać choćby odrobinę miłości, szacunku i wsparcia, ostentacyjnie pokazywała swojej rodzicielce, jak bardzo się jej wstydzi. Kathi nie mogła znaleźć pracy w swoim zawodzie, gdyż nikt nie zwracał uwagi na jej umiejętności, a jedynie ocenie podlegał jej wygląd zewnętrzny - czyli nadmierna tusza i odpustowy, przejaskrawiony styl ubierania się.

Mimo świadomości swojej społecznej marginalizacji, Kathi wierzyła, że do szczęścia potrzeba naprawdę niewiele. Według niej świetna fryzurka w każdej sytuacji zadziała jak generator uśmiechu i rozwiąże wszelkie problemy. Bohaterka konsekwentnie dążyła do realizacji swojego największego marzenia, jakim było otworzenie własnego salonu fryzjerskiego. A łatwo nie było, zwłaszcza, że miała niesamowity dar pakowania się w najbardziej absurdalne kłopoty. Kilka oryginalnych i naprawdę zabawnych gagów rzeczywiście zasługuje na głęboki ukłon w stronę scenarzysty.

I chociaż filmowa opowieść kończy się w odczuciu Kathi zdecydowanie dla niej pozytywnie, czegoś jednak mi osobiście zabrakło. Obniżenie poprzeczki, rezygnacja z własnych ambicji na rzecz wyrobu marzeniopodobnego pozostawia pewien niedosyt, przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu, dodatkowo wzmocnionym przez towarzyszący mi w danym momencie smutkowo-refleksyjny nastrój. Niemniej film jak najbardziej polecam, a przy następnej projekcji zapewne bardziej docenię brak cukierkowatego, hollywoodzkiego happy endu.

Informacje dla zainteresowanych: 
reżyseria - Doris Dörrie
scenariusz - Laila Stieler
w roli głównej - Gabriela Maria Scheime
produkcja - Niemcy, 2010


Źródło: http://www.filmweb.pl


piątek, 1 marca 2013

Urodziny Julki

W naszej Rodzinie jedynie trzy Kobietki hucznie obchodzą swoje urodziny: Julka, Milka i ja. Różnica między  dziewczynkami a mną polega na tym, że one co roku się starzeją, a dla mnie czas się zatrzymał i zawsze z premedytacją świętuję szczęśliwą trzynastkę. Patrząc na świat oczami dziecka, dostrzec można o wiele więcej. Chronologicznie zdmuchiwanie świeczek w kalendarzu rozpoczyna Julka - 27 lutego. Ale świat dorosłych zabiegany jest i wypełniony masą szaroburych treści, więc na przyjęcie urodzinowe zostałam zaproszona dopiero w weekendową chwilę wytchnienia. Tort w kształcie kłębka włóczki i usadowionego na nim kociaka wbrew pozorom nie był moją inspiracją spotkaniami robótkowymi, ale własnym pomysłem Julci. Nawet nie wiedziałam, że takie cukiernicze cuda istnieją. Warstwa dekoracyjna wyjątkowo szybko została zdjęta i goście zajęli się smakowitą zawartością kłębuszka. I zniknęło wszystko bez wieści w naszych przepastnych brzuszkach aż do ostatniej okruszyny.


Moje utalentowane koleżanki, poznane dzięki uprzejmości Internetu, również przygotowały niesamowite prezenty dla Solenizantki. Aż trudno mi było wytrzymać do wielkiego dnia, kiedy mogłam je w końcu dostojnej Jubilatce przekazać. Poważny test dla mojej umiejętności dochowania tajemnicy i trening utrzymywania na smyczy rozsadzających mnie pozytywnych emocji, którymi przecież zawsze dzielę się dookoła. Jedną z urodzinowych niespodzianek był Króliś (a raczej Królisia, bo przecież niewielu chłopców paraduje publicznie w sukieneczkach) wykonany przez Kasię z Wyspy Snów. I właśnie Kasi Julcia dedykuje uśmiech. Równie piękną niespodziankę stworzyła Anita z Manitowiska. Przepiękna lala o wdzięcznym imieniu Walentyna wywołała kolejny uśmiech na twarzyczce Julci, więc w stronę autorki prezentu Obdarowana go kieruje (uśmiech oczywiście, a nie prezent).


I na zakończenie pokaz wszystkich roześmianych ząbków kiełkujących sobie wiosennie w Julcinej buźce, a ode mnie życzenia dla każdego mojego Czytelnika i dla każdej mojej Czytelniczki, aby zawsze mieli równie udane urodziny, bez względu na liczbę świeczek na torcie.