Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

poniedziałek, 8 lipca 2019

Ważka płaskobrzucha

Desant powietrzny na terytorium mojej prywatnej przestrzeni w 80% generuje ból i destrukcję. Najgorsza i najliczniejsza jest oczywiście armia komarów. Do niedawna każde natarcie poprzedzone było torturami w postaci brzęczenia o najbardziej denerwującej częstotliwości. W tym roku bestie się wycwaniły. Skradają się bezszelestnie i atakują znienacka. Bliskie spotkanie ze zmutowanymi potomkami wampirów zdradzają dopiero płomienie na skórze i bąble wielkości główek kapusty. Jestem alergikiem, więc reaguję nasilonymi odczynami po każdym ukąszeniu. Zupa z komarów mogłaby mnie zabić.

Drugie pod względem liczebności wrogie siły to mole. Nie próbują mnie wprawdzie zjeść, ale przerobienie mojego ulubionego płaszcza na sitko uznałam za przegięcie. Wypowiedziałam wojnę na śmierć i życie. Na razie przegrywam. Ciągle przylatują nowe oddziały. Prawdopodobnie włamują się przez przewody wentylacyjne. Omijają pułapki, nie boją się kulek, w pokrowcach antymolowych urządzają sobie kongresy. 

Najbardziej jednak boję się szerszeni. Już dwóch bandziorów bezczelnie wśliznęło się przez uchylone okno do naszej sypialni. Panny koty za każdym razem chciały same usunąć zagrożenie, ale pozwalam im bawić się wyłącznie z muchami. Otworzyłam okno i argumentując nieskoordynowanymi wymachami z użyciem rolek z gazet nakazałam zbirom opuścić nasz dom. Odlecieli. Pozostał niepokój. Gdzieś muszą mieć gniazdo...

Oczywiście, miewam również latających gości, których wizyty niezwykle mnie cieszą. Pszczoły i motyle pracowicie spijają nektar z kwiatów lawendy, kocimiętki i budlei. Niespodziewanie do ogrodu wpadła ważka płaskobrzucha (Libellula depressa). Mieszkam w wyjątkowo suchej okolicy. Nawet oczka wodnego w pobliżu nie można znaleźć. Jedyną rzeczkę, Młynówkę Królewską, zasypano w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Stawy hodowlane zniknęły znacznie wcześniej, ustępując miejsca zabudowie. Deweloperka współcześnie dokończyła zniszczenia. Czego ważka szukała na betonowej pustyni?



środa, 3 lipca 2019

Farbowany kot

Odrobina barwnika sprawiła, że jeszcze trudniej na pierwszy rzut oka zdefiniować materiał wyjściowy. W drugiej fazie eksperymentu postawiłam na przypadkowy kolor odległy od naturalnego namaszczenia. Żaden kot nie ucierpiał, ale moja prawa noga już tak. W zaaferowaniu twórczym nie zauważyłam, że pojemnik z farbą się przewrócił i jedna stopa wygląda teraz jak przeszczepiona od kosmity. Uważam jednak, że kolczyki warte były poświęcenia. Do zabawy w kolory pewnie jeszcze wrócę po wyczesaniu odpowiedniej ilości futra. Zamierzam również przetestować właściwości dekoracyjne świnek morskich, ale to dopiero po spotkaniu z Zosią.



wtorek, 2 lipca 2019

Biżuteria z kota

Zanim posypie się grad krytycznych komentarzy, spieszę z wyjaśnieniem, że żadne zwierzę w procesie produkcji nie ucierpiało. Wprost przeciwnie, intensywne głaskanie, którego celem było pozyskanie surowca, wywoływało kocią aprobatę, wyrażającą się głośnym mruczeniem. Ostatnia fala upałów sprawiła, że wszystkie powierzchnie płaskie w domu pokrywają dywany z kociej sierści. Podobieństwo do wełny czesankowej kusiło do przeprowadzenia eksperymentu. 


Produkt finalny recyklingowego filcowania na mokro niewiele różni się od wyrobów z prawdziwej wełny czesankowej. Bez podpisu zapewne trudno byłoby się domyślić, chociaż alergicy po pierwszej serii kichania odkryliby podstęp. Kocia sierść jest nieco sztywniejsza od czesanki, ale kulki toczy się równie łatwo. Estrella, trikolorka, jest bardziej puszysta i zdecydowanie mocniej linieje. Anillo, czarno-biała, wykazuje mniejszą wydajność. Zastanawiam się, jaki efekt można uzyskać z sierści kotów długowłosych, ale nie posiadam żadnego w zasięgu wzroku. Mam za to jeszcze jeden pomysł, którego realizacją z pewnością pochwalę się w następnym poście. Nasuwa się tylko pytanie, czy jakiś śmiałek odważyłby się nosić taką biżuterię?


środa, 26 czerwca 2019

Sardana

Terminem katalonizm, utożsamionym z nacjonalizmem, po raz pierwszy posłużył się w 1886 r. Valentín Almirall, polityk, dziennikarz, eseista i prawnik, twórca organizacji Centre Català oraz „Diari Català”, pierwszego czasopisma wydawanego w języku katalońskim. Naród, zgodnie z koncepcją Herdera, buduje swoją tożsamość poprzez ścisłą relację języka i kultury. Duch narodu zachowany jest przez lud, zatem folklor stanowi jego emanację. Na esencję ducha narodu składają się pieśni, tańce, mity, baśnie i zwyczaje kultywowane przez grupy etniczne. Sztuka narodowa sięga do kultury tradycyjnej jako do źródła. W społecznościach zurbanizowanych taniec ludowy można uznać za kultywowaną formę historyczną, celowo włączoną do innego kontekstu kulturowego. Pokazy folkloru należą do świadomie celebrowanej treści dziedzictwa narodowego.

Katalończycy postrzegają sardanę jako symbol kreowania i podtrzymywania swojej tożsamości etnicznej. Równocześnie jest to oficjalny narodowy taniec Katalonii. Stanowi jeden z dwóch najważniejszych fenomenów socjologicznych i kulturowych, posiadających silne społeczne znaczenie dla większości mieszkańców regionu. Castells, drugi obyczaj, polegający na budowaniu ludzkich zamków, również posiada rodowód taneczny. Wywodzi się ze średniowiecznych tańców, popularnych od XV w., których punkt kulminacyjny stanowiło tworzenie konstrukcji, składających się z ludzi.

Sardana ewoluowała z sardana curta (sardany krótkiej), lokalnej tradycji wywodzącej się z północnych terenów Katalonii. W XIX w. został zmodyfikowany do istniejącej współcześnie formy przez Pepa Venturę i Miquela Pariasa. Na początku XX w. nacjonaliści poszukiwali symboli, z którymi Katalończycy mogliby się identyfikować. Sardana doskonale wpisywała się w tożsamościową narrację katalonizmu. Dodatkowo wzmocniono znaczenie tańca, mityzując historię jego powstania i akcentując jego rolę jako elementu etnicznego dziedzictwa. Podbudowana ideologicznie sardana stała się naturalnym dopełnieniem ulic i placów katalońskich miejscowości. Młode zespoły rywalizują w licznych konkursach na jej wykonanie. Od 1959 r. w maju obchodzony jest corocznie oficjalny „Dzień Sardany”.

Skład zespołu muzycznego akompaniującemu tancerzom jest ściśle określony. Równie skrupulatnie opracowane zasady dotyczą sekwencji kroków. Tancerze tworzą krąg i trzymają się za ręce. Zwykle rozpoczyna mała grupa, do której stopniowo dołączają nowi uczestnicy, tworząc jeden duży krąg lub kilka kręgów koncentrycznych. Poszczególne kręgi mogą się różnić tempem i poziomem znajomości układu choreograficznego. Do publicznego wykonania sardany chętnie dołączają turyści.

Koło bogów jest metaforą wszelkich twórczych działań zawierających element ruchu obrotowego i tańca. Rytualny ruch należy do aktów społecznych i magicznych. Tradycyjne ugrupowanie kołowe zawsze odgrywało kluczową rolę w tańcach towarzyszących dawnym obrzędom religijnym. Symbolika kręgu jest ponadczasowa. Koło integruje we wspólnym celu. Wszyscy tancerze mają w nim równorzędne zadania i jednakowy status. Poczucie wspólnoty nie zanika podczas rozwijania się koła w luźny prosty szereg lub łańcuch trzymających się za ręce osób. Powstaje jednak pewna hierarchia.

Krąg posiada duchowe, mistyczne znaczenie. Wszyscy uczestnicy znajdują się w jednakowej odległości od środka. Krążenie wokół czegoś lub kogoś może oznaczać przywłaszczenie go sobie, branie w niewolę, poddanie się jego oddziaływaniu lub pozyskanie mocy płynącej z centralnego punktu kręgu. We wczesnych kulturach oddających cześć słońcu obserwuje się ruch koła w prawo. Tubylcy na Celebes tańczą w lewo, żeby złożyć hołd zmarłym. Przeciwny kierunek często uchodzi za niebezpieczny. Forma drogi tanecznej może zmieniać się, stosując na przemian oba kierunki. W przypadku znacznej ilości uczestników i ryzyka zbyt dużego promienia pojedynczego koła tworzy się podwójny krąg. Podział na krąg zewnętrzny i wewnętrzny wiąże się również z koniecznością oddzielenia płci. W symbolice przeciwnego ruchu obu kół wyrażać się może bieg księżyca. Potrójny krąg w znaczeniu sakralnym obrazuje bieg słońca, księżyca i gwiazd. Ilustracją mogą być tutaj tańce derwiszów, które interpretuje się jako nawiązanie do krążenia i ruchu ciał niebieskich.

W granicach rasowo zamkniętych społeczeństw powstają określone typy tańców, odpowiadających temperamentowi i upodobaniom większości członków wspólnoty. Po pewnym czasie, poprzez utrwalenie się w obyczaju i tradycji, taniec staje się wspólnym dobrem narodowym. Przykłady tańców cyrkularnych odnaleźć można na całym świecie. O ile tańce derwiszów odwołują się do kosmologii, o tyle dwa kolejne przykłady, osuochaj i jokhor, budują ideologię mniejszości etnicznej i podkreślają zachowaną odrębność kulturową.

Osuochaj jest narodowym tańcem Jakutów, narodu tureckiego zamieszkującego rosyjską Syberię. Genezy należy doszukiwać się w dawnych kultach płodności. Tancerze trzymają się za ręce i przemieszczają w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Pieśniarz intonuje kolejne wersy, a wszyscy uczestnicy je powtarzają. Wzajemne trzymanie dłoni służy przekazywaniu i wzmacnianiu energii. Krąg zapewnia kontakt z całym wszechświatem i symbolizuje harmonię z naturą.

Buriaci to naród mongolski, żyjący w północnej Azji, głównie na terytorium Rosji w pobliżu jeziora Bajkał. Do ich dziedzictwa kulturowego należy jokhor, który tańczy się zgodnie z ruchem słońca. W klasycznej formie towarzyszy mu pieśń a cappella, intonowana przez zapiewajłę i powtarzana chóralnie przez wszystkich tancerzy. Podczas refrenu następuje przyspieszenie, a kroki są zastępowane skokami, co nawiązuje do ruchu konia. Tancerze poruszają się ramię w ramię, trzymając się za ręce. Z archaicznych rytuałów wywodzi się uświęcająca, magiczna siła odwołująca się do szamanizmu. W tym znaczeniu taniec w kręgu symbolizuje odrodzenie się zbiorowości.

Religijne korzenie przywołanych tańców azjatyckich zeszły na plan dalszy wobec współczesnej funkcji, jakie pełni każde spotkanie w tanecznym kręgu. Odgrywanie etniczności stanowi jeden z przejawów pamięci zbiorowej, integruje, zacieśnia więzi społeczne i wzmacnia poczucie tożsamości. W odmiennych kontekstach sytuacyjnych, kulturowych i politycznych, w jakich zaistniały poszczególne przypadki, można zauważyć zaskakujące podobieństwa sekwencji zachowań w obrębie tańców cyrkularnych. Fizyczna bliskość uczestników oraz powtarzalny, identyczny ruch ciała wywołują psychologiczne i społeczne zjawisko, które Turner opisał w kategorii pojęciowej communitas. Grupa osiąga stan tymczasowy, w którym jedność efemerycznej wspólnoty staje ponad społecznym zróżnicowaniem i niweluje nierówności w obrębie własnej struktury wewnętrznej.

Przyjmując, że narracja nacjonalistyczna zakłada ubóstwienie narodu, w sardanie można dostrzec podobieństwo do sufickiej sakralizacji przestrzeni i religijnego aspektu wzmacniania poczucia więzi z bóstwem przez akt taneczny. Następuje zespolenie z ideałem, dla którego wykonywany jest taniec, ale także zjednoczenie samych uczestników. W tańcu zbiorowym uwydatniają się takie wartości jak: harmonia, braterstwo czy demokracja.

Ludowe tańce azjatyckie wywodzą się z dawnych wierzeń, jednak współcześnie pełnią podobne funkcje społeczne jak sardana dla mieszkańców Katalonii: wzmacniają poczucie wspólnoty, manifestują siłę tradycji i podkreślają tożsamość etniczną. Sardana i castells wprowadzają dodatkowo perspektywę „komentarza cielesnego” na temat sytuacji społeczno-politycznej. Taniec jako tekst jest modelowany przez kulturę. Marzenia Katalończyków o niepodległości naniosły specyficzny rys na formach tanecznych. W Polsce na kanon narodowy składa się pięć tańców – polonez, mazur, krakowiak, oberek i kujawiak – jednak żaden z nich nigdy nie osiągnął symbolicznej rangi na miarę katalońskiej sardany.


* Fragment mojej analizy porównawczej katalońskiej sardany i wybranych azjatyckich tańców cyrkularnych.


czwartek, 6 czerwca 2019

Cosmopoly

Moja głowa przypomina szpital położniczy. Przez całą dobę nowe pomysły wrzaskiem oznajmiają swoje narodzenie, domagają się bezwzględnej uwagi, karmienia, pielęgnacji, poświęcenia dla nich każdej chwili. Życie z wyobraźnią w rozmiarze XXXL nie jest łatwe. Wystarczy mglisty obraz lub wyszeptane słowo, aby inspiracja zaczęła drążyć tunel wśród szarych komórek, żywiąc się wiedzą i doświadczeniem ukrytymi w fałdach mózgu, popijając abstrakcją, groteską i ekstrawagancją... Myśl nieuczesana rozwija się gdzieś poza moją świadomością. Odkrywam ją, kiedy już w głowie się nie mieści. Rozrywa czaszkę i pożera każdą napotkaną sekundę. Mikroskopijne ziarenko przeistacza się w potwora. Tak właśnie powstała Cosmopoly, gra planszowa o charakterze rozrywkowym i edukacyjnym. Monstrum skradło tydzień mojego życia, ale chyba było warto. Podczas oficjalnej premiery w dniu 5 czerwca projekt zaskoczył wszystkich.




Cosmopoly zaprasza w podróż dookoła świata. Do wyboru są trzy osie narracji: wycieczka dla turystów, wyprawa dla podróżników albo konfrontacja na trasie turysty i podróżnika. O ruchu po białych polach decyduje rzut kostką. Sytuacja zmienia się, kiedy gracz trafi na pole oznaczone flagą danego kraju. Czekają tam zagadki, problemy i szanse. W każdym kraju pojawiają się rozmaite zagrożenia, zróżnicowane dla turysty i podróżnika: naturalne – powiązane z siłami przyrody: klęski żywiołowe (powodzie, huragany, śnieżyce), trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami; polityczne – związane z walką o władzę: wojny, konflikty lokalne wewnętrzne, konflikty graniczne, zamachy stanu, przewroty polityczne, akty terrorystyczne; religijne – konflikty o podłożu religijnym, zwłaszcza na obszarach z mniejszościami religijnymi; ekonomiczne – strajki generalne, strajki służb publicznych, komunikacji; społeczne – manifestacje; kryminalne – zabójstwa, rozboje, kradzieże; chorobowe – przenoszone przez owady, obecne w wodzie, na warzywach i owocach, innej żywności; uszkodzenia ciała – ukąszenia, pogryzienia. Gracz losuje kartę z pytaniem z wiedzy ogólnej na temat danego państwa. Jeśli nie zna odpowiedzi, traci kolejkę. Jeśli odpowie poprawnie, losuje kartę szansy, która (często humorystycznie) podpowiada różne rozwiązania i wskazuje dalszy ruch – do przodu lub do tytułu. Wygrywa oczywiście ten, kto pierwszy pokona całą trasę.

Gra istnieje wyłącznie w jednym egzemplarzu. Obejmuje 30 państw, różne kontynenty, odmienne przygody. Pudełko oznaczone literką "T" kryje w sobie karty problemów, karty pytań oraz karty szans dla turysty. Analogicznymi kartami w wersji dla podróżnika wypełnione jest pudełko z literką "P". Gracz porusza się zgodnie z ruchem wskazówek zegara po planszy z polami naniesionymi na polityczną mapę świata. Za wyjątkiem kostki, każdy element jest rękodziełem. To właśnie te wycinanki i wyklejanki okazały się największym czasopożeraczem.

Autorem projektu logo jest Marcin Czeczótko.


poniedziałek, 27 maja 2019

Przestępczość zorganizowana

Pierwsza brzęcząca nuta zabrzmiała przy suficie. Artystka nie zdążyła dokończyć swojej pieśni. Coś na kształt puszystej kuli przecięło powietrze. Z drugiego końca pokoju wystrzelił następny kulisty nabój. W czasie ostatniego weekendu populacja much w Polsce zmniejszyła się o ponad pięćdziesięciu przedstawicieli gatunku. Sprawcy brutalnych morderstw pozostają nieznani. Brakuje poszlak, bo zabójcy pożarli corpus delictiOsobnicy podejrzani w tej sprawie zapewniają, że są wegetarianami i na potwierdzenie swoich zeznań skubią trawkę w ogrodzie.  




sobota, 25 maja 2019

Fort artyleryjski 45 Marszowiec

Fort artyleryjski 45 Marszowiec, nazywany także Zielonkami, jest częścią trzeciego pierścienia obrony Twierdzy Kraków. O tym, że określenie "Zielonki" jest wtórne w nazewnictwie fortecznym, świadczą oryginalne pieczęcie zachowane na elementach wyposażenia. Projekt zrealizowano w latach 1884-1886 i, podobnie jak inne obiekty wojskowe z tamtego okresu, już w momencie ukończenia prac budowlanych był... przestarzały. Militarna myśl techniczna pędziła bowiem w zaskakującym tempie i architektura obronna nie nadążała za innowacjami na rynku broni palnej i nowymi możliwościami wozów bojowych.


Fot. Robert Polański

Dzięki uprzejmości obecnego właściciela fortu, Zakładów Usługowych "Południe" sp. z o.o., wspólnie z Małopolskim Stowarzyszeniem Miłośników Historii "Rawelin" zorganizowaliśmy trzy tury zwiedzania. Po obiekcie oprowadzali Dariusz Krzyształowski (widoczny na jednym ze zdjęć poniżej), Paweł Piszczek oraz Krzysztof Śliwa. Fort nigdy nie wziął udziału w walkach, ale w 1920 roku został uszkodzony przez wybuch amunicji składowanej we wnętrzach. W czasach Polski Ludowej pomieszczenia wykorzystywane były jako magazyn żywności. Adaptacja na hotel miała przywrócić budowli dawny blask. Remont został jednak wykonany powierzchownie i niechlujnie, a jego konsekwencje uwidoczniają się w postaci zawilgocenia ścian. Drugim grzechem ówczesnego dzierżawcy było otworzenie strzelnicy. Okaleczone cegły do dnia dzisiejszego przypominają o niefrasobliwości organizatora tego przedsięwzięcia. Smutną refleksję nad zniszczonymi murami rekompensuje soczystość wszechobecnej zieleni fortecznej, a także niesamowite tunele schronu głównego, otwierające wrota artystycznej wyobraźni.








czwartek, 23 maja 2019

Antyszczepionkowcy

Dyskusja wokół naszych wykładów o kulturach dalekowschodnich przeniosła się w kuluary. Szczególnym zainteresowaniem cieszył się Czhojong, który, według tradycyjnych koreańskich wierzeń, chroni przed wszelkimi epidemiami. Wystarczy powiesić jego wizerunek w swoim domu, aby demon zarazy trzymał się daleko. Temat obowiązkowego pakietu szczepień dzieci wzbudza w Polsce wiele kontrowersji. Ostatnio na najpopularniejszym portalu społecznościowym pojawiła się ankieta dość stronniczo zestawiająca szczepionkę na odrę z autyzmem. Akurat taką zależność oparto na zmanipulowanych badaniach, których autor został za oszustwo wykreślony z rejestru lekarzy. Ziarno teorii spiskowej zostało, niestety, zasiane. Spektrum autyzmu może jednak wystąpić zarówno u szczepionych, jak i u nieszczepionych dzieci. Oczywiście, możliwe są inne powikłania poszczepienne. Osobiście znam dwa poważne przypadki z lat siedemdziesiątych, jeden związany był z partią wadliwych szczepionek, drugi wynikał z obniżonej odporności pacjenta. Prawdziwe niebezpieczeństwo kryje się w chorobach zakaźnych. Wśród zagrożeń wywołanych wirusem odry najbardziej groźne są powikłania neurologiczne, często rozwijające się latami w formie utajonej. Zresztą, każde schorzenie zostawia swój ślad w organizmie. Uważam, że lepiej zapobiegać niż leczyć, więc przed każdą podróżą do egzotycznych zakątków świata dobrowolnie zgadzam się na serię bolesnych zastrzyków.


W ankiecie zabrakło innych opcji wyboru, więc dodaliśmy własną propozycję. Wyniki badań najwybitniejszych naukowców z Korei Północnej jednoznacznie wskazują, że osoby, które w swoich domostwach posiadają wizerunek Czhojonga, są odporne nie tylko na zarażenie odrą lub pojawienie się objawów autyzmu, ale również nie imają się ich przyziemne choroby, takie jak przeziębienie czy grypa. Mogą w ogólnej wesołości i pełnym zdrowiu budować potęgę swojego państwa. I to nie jest żadna propaganda, tylko bardzo poważna oferta handlowa. Ważna do wyczerpania zapasu.


wtorek, 21 maja 2019

Strachy z Dalekiego Wschodu

Po raz kolejny we współpracy z Krakowskim Młodzieżowym Towarzystwem Przyjaciół Nauk i Sztuk oraz Kołem Naukowym Porównawczych Studiów Cywilizacji zorganizowaliśmy kulturoznawczy podwieczorek. Tym razem zabraliśmy wszystkich chętnych w podróż na Daleki Wschód. O Chinach opowiadała Weronika Szawara, Tomasz Jakutowicz odkrywał tajemnice Japonii, a ja straszyłam fantastycznymi stworami z Korei. Rozważania Stanisława Lema na temat prawdopodobieństwa istnienia smoków przypomniał Cezary Wiśniewski, a nasza publiczność wykazała się imponującą wiedzą w zakresie smokologii.




Kultura koreańska to połączenie kilku systemów religijnych - szamanizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, a od XX wieku chrześcijaństwa. Szamanizm wprowadził szeroki wachlarz nadprzyrodzonych istot. Ich obecność pomagała wyjaśnić zarówno trudy, jak i przyjemności życia. Zgodnie z tymi wierzeniami, duchy zamieszkują każdy obiekt na Ziemi. Koreański folklor odzwierciedla związek pomiędzy światem ludzkim a krainą duchów. I właśnie o mieszkańcach tej drugiej równoległej płaszczyzny rzeczywistości opowiadałam podczas mojej prelekcji "Dokkaebi, duch ze starej miotły".  Zapraszam do lektury fragmentu moich opowieści.

Dokkaebi nie można nazwać diabłami, demonami lub potworami. Potwory zazwyczaj z premedytacją chcą wyrządzić krzywdę, podczas gdy te istoty są raczej zabawne, łagodne i przyjazne wobec ludzi. Co prawda, w polskiej wersji mitologii koreańskiej autorstwa Haliny Ogarek-Czoj pojawia się określenia "koreańskie diabły", ale w tekstach źródłowych trudno znaleźć potwierdzenie dla takiej interpretacji. Dokkaebi to stworzenia o nadprzyrodzonych mocach i umiejętnościach. Posiadają zarówno negatywne, jak i pozytywne cechy. Ogólnie czerpią przyjemność z tego, że ludzie są szczęśliwi i nie chcą wyrządzać nikomu krzywdy. Wierzono, że posiadają moc kontrolowania wszystkich stworzeń morskich. W społecznościach rybackich były czczone w nadziei na udany i wielki połów. Czasem przynoszą jednak niepomyślność. Uwielbiają płatać figle i drwić z ludzi. Bywają bardzo dokuczliwe. Swoimi psotami potrafią nawet zmusić mieszkańców do opuszczenia swoich domów.

Dokkaebi, w przeciwieństwie do gwisin, nie są reinkarnacjami zmarłego ducha, ale przemianami przedmiotów nieożywionych. Powstają zazwyczaj z dawno nieużywanych artykułów gospodarstwa domowego, takich jak: stare miotły, kosze, naczynia lub z przedmiotów splamionych w przeszłości ludzką krwią. Mogą zmieniać postać i wcielać się w różne rzeczy, np. w polana przeznaczone do wrzucenia w ognisko. Należą do typowo nocnych istot, ale można je spotkać w dzień, szczególnie kiedy jest mgliście i deszczowo. Lubią przestrzenie, w których panuje ciemność i wilgoć. Najchętniej przebywają w miejscach odosobnionych, takich jak wyschnięte studnie, opuszczone świątynie, groty w górach, dzikie wąwozy czy wykroty pod starymi drzewami. Mogą mieszkać także w domostwach ludzkich. Dokkaebi przybierają różne kształty i rozmiary. Przeważnie mają rogi, wyłupiaste oczy, duże usta, długie, ostre zęby, owłosione ciało i długie pazury. Mogą poruszać się na jednej nodze lub w ogóle nie mają nóg. Posiadają dwa magiczne atrybuty: kapelusz (gamtu dokkaebi), który pozwala posiadaczowi stać się niewidzialnym, a także magiczną pałkę (dokkaebi bangmangi), która działa jak magiczna różdżka i pozwala przyzywać różne przedmioty. Dokkaebi mogą przywołać wszystko z treści swojego serca, ale tylko istniejące obiekty. Nie mogą wyczarować niczego z powietrza, a jedynie teleportować przedmioty. Posłuchajcie jednej z legend:


Stary człowiek mieszkał samotnie na górze. Dokkaebi odwiedził jego chatę. Uprzejmy staruszek poczęstował go napojem alkoholowym i zostali przyjaciółmi. Duch często odwiedzali starca i długo rozmawiali. Pewnego dnia mężczyzna poszedł na spacer do lasu w pobliżu rzeki. Odkrył, że jego odbicie wygląda jak dokkaebi. Z przerażeniem uświadomił sobie, że stopniowo sam staje się tym stworzeniem. Postanowił, że nie może do tego dopuścić. Zaprosił stwora i  zapytał: „Czego najbardziej się boisz?”, a dokkaebi wyszeptał: „Boję się krwi. A ty czego się boisz?” Starzec odpowiedział: „Boję się pieniędzy. Dlatego sam mieszkam w górach”, po czym zabił krowę i rozlał jej krew po całym domu. Dokkaebi, zszokowany i rozgniewany, uciekł, odgrażając się: „Wrócę z twoim największym strachem!” Następnego dnia dokkaebi przyniósł worki pieniędzy i rzucił je staruszkowi. Zaskoczony brakiem reakcji nigdy już nie wrócił, a starzec stał się najbogatszym człowiekiem w okolicy.


W niektórych wioskach dokkaebi były obarczane odpowiedzialnością za przynoszenie chorób, takich jak ospa. Na ratunek Koreańczykom mógł przybyć Czhojong, jeden z siedmiu synów smoka Morza Wschodniego. Większość smoków w mitologiach europejskich jest związana z elementami ognia i zniszczenia. Smoki koreańskie są przede wszystkim dobroczynnymi istotami utożsamianymi z wodą i rolnictwem. To właśnie smok chroni rodziny w Korei przed zarazą.



Władca państwa Silla, Hongang, zbudował świątynię dla smoka Morza Wschodniego. Smok z wdzięczności posłał na dwór królewski swojego syna, Czhojonga. Młodzieniec został urzędnikiem i ożenił się z piękną dziewczyną. Demon zarazy postanowił uwieść młodą żonę. Podstępnie przybrał postać młodego małżonka. Smoczy syn przyłapał ich in flagranti. Zamiast wpaść w gniew, ułożył wiersz. Zawstydzony demon padł na kolana i zaczął się tłumaczyć ze swojego postępku. Obiecał Czhojongowi, że jeśli gdzieś zobaczy jego wizerunek, to będzie to miejsce omijał. Tak został zapoczątkowany zwyczaj odpędzania złych mocy.


Dokkaebi to tylko jeden z rodzajów niezwykłych istot w kulturze ludowej Korei. Wspomniane wcześniej gwisin pochodzą od ludzi i istnieją na granicy pomiędzy życiem a śmiercią. Ludzie są fizycznie martwi, ale ich duchy pozostają nadal w ludzkim świecie z powodu urazów i nierozwiązanych spraw zwanych won-han. Można je znaleźć w wielu miejscach, najczęściej pojawiają się w opuszczonych budynkach, domach, cmentarzach, lasach i szkołach. Muszą wykonać swoje zadanie przed udaniem się do podziemi. Postać przedstawiana jest zwykle jako przezroczysta, beznoga i unosząca się w powietrzu. Nosi biały hanbok, tradycyjną suknię, zakładaną na pogrzeby. Ma długie, opadające czarne włosy i czasami jest pozbawiona twarzy. W zależności od ich osobowości i nastawienia siła oraz poziom złośliwości gwisin mogą się różnić. Bardzo spokojny człowiek, który zawsze był miły, nie może krzywdzić innych ani im przeszkadzać.




wtorek, 14 maja 2019

Agroturystyka u Krystyny

Wybór miejsca noclegowego padł na gospodarstwo agroturystyczne w Kolnicy. Rzeczywistość przerosła oczekiwania. Właściciele, pani Krystyna i pan Jerzy, dokładali wszelkich starań, aby umilić nam pobyt. Zabrakło czasu, żeby skorzystać ze wszystkich atrakcji, jakie przygotowali dla nas gospodarze. Ani razu nie zagrałyśmy w bilarda, a zmęczenie po naszych całodniowych wyprawach badawczych nie pozwoliło nam w pełni uczestniczyć w codziennych rytuałach ogniskowo-grillowych. Okoliczności przyrody były fascynujące. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć z bliska bażanta złocistego. Paw zachwycał nas swoimi tańcami godowymi, ale pawice udawały obojętność. Niezwykła przyjaźń łączyła kucyka i owcę. Para bocianów zastanawiała się, czy wziąć w posiadanie przygotowane stanowisko pod gniazdo. Być może jeden z tych ptaków to Miecio, którego kiedyś uratowała pani Krystyna?






Najbliższe relacje nawiązałyśmy z dwójką najbardziej oswojonych domowników. Lucy wykorzystywała każdą okazję, żeby wprowadzić się do naszego pokoju. Fruzię musiałam przekupić mlekiem bez laktozy. Co ciekawe, zjadła także rodzynki, które Mitsu wydłubała z sernika. Nie wiedziałam, że koty lubią bakalie.



poniedziałek, 13 maja 2019

Kościół w kształcie tulipana

Nie należę, delikatnie ujmując, do entuzjastów postmodernistycznej architektury. Szczególnie razi mnie ten styl w świątyniach. Współczesne dziwadła odbierają poczucie sacrum. Pozytywnie zaskoczyła mnie Kolnica, niewielka wieś w pobliżu Augustowa. Skonstruowany na wzór kwiatu tulipana kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana Marii Kolbe został wzniesiony w latach 1981 – 1987, według projektu Andrzeja Chwaliboga. Kształt przypomina rozwijający się kielich. Biała bryła otwiera się ku błękitnemu niebu i subtelnie wpisuje się w krajobraz. W moim prywatnym rankingu to najbardziej udany projekt sakralny w powojennej Polsce.



niedziela, 12 maja 2019

Centrum Europy

Pomysł na dodatkowy przystanek na trasie podsunął mi Adam, którego żona pochodzi z Podlasia. W 1775 roku kartograf i astrolog królewski Szymon Antoni Sobiekrajski określił miejsce, gdzie krzyżują się linie łączące najdalsze punkty Europy. Zgodnie z jego obliczeniami środek naszego kontynentu znajduje się w miejscowości Suchowola koło Białegostoku. Ustawiono tam pamiątkowy obelisk, który przypomina nieco koślawy pępek.


O ludzkiej potrzebie mitologizacji przestrzeni świadczy fakt, że co najmniej 12 miast przypisuje sobie lokalizację w samym centrum Starego Świata. Trudno jednoznacznie wyznaczyć geograficzny środek Europy. Jego położenie można wskazać stosując różne kryteria. Sam przebieg granicy Europa-Azja wzbudza kontrowersje. Niejasne są również kwestie przynależności do kontynentu Islandii, Azorów, Madery, Svalbardu i arktycznych wysp Rosji (Nowa Ziemia, Ziemia Franciszka Józefa). W czasach mojego dzieciństwa Polska leżała na krawędzi cywilizacji. Dalej rozciągało się złowieszcze terytorium Dzikiego Wschodu, zwanego Związkiem Radzieckim. Nasze serca kierowały się w przeciwną stronę, na Zachód. Odzyskanie niepodległości przez dawne republiki diametralnie zmieniło tę perspektywę.



piątek, 10 maja 2019

Święty Spirydon z Tremituntu

Obiecałam Paulinie, że przywiozę jej "malutką ikonę". Moja znajomość świętych czczonych w prawosławiu jest raczej uboga, więc przy wyborze kierowałam się głównie... estetyką. Święty Spirydon należy do kanonu Kościoła katolickiego, ale, w przeciwieństwie do Cerkwi greckiej, jest mało znany. Z jego żywotem zapoznałam się dopiero po powrocie do domu. Urodził się wokoło 270 roku w ubogiej rodzinie na Cyprze, był prostym i niewykształconym pasterzem. Po śmierci żony przyjął święcenia kapłańskie, a w 315 roku został wybrany biskupem Tremithus. Nowa sytuacja nie zmieniła nic w jego zachowaniu. Sokrates podkreślał, że "przy nadzwyczajnej swej skromności, piastując godność biskupa, Spirydon pasał nadal owce". 

Jedną z najważniejszych kart w historii Kościoła był Wielki sobór w Nicei, zwołany w 325 roku przez cesarza Konstantyna wobec zagrożeń płynących z heretyckiej nauki Ariusza (ariańska myśl filozoficzna powróciła później w czasie reformacji). Święty Spirydon wziął do ręki cegłę, uczynił nad nią znak krzyża i zawołał: "w imię Ojca"! W mgnieniu oka pojawił się ogień. Biskup dodał: "i Syna"! Natychmiast pociekła woda. Po słowach "i Świętego Ducha" w jego ręku została tylko garstka piasku. Spirydon chciał w ten sposób udowodnić, że tak jak trzy elementy, ziemia, woda i ogień, złączone tworzą całość, tak Ojciec, Syn i Duch Święty to Trzy Hipostazy, Trzy Osoby, ale Jeden Bóg, jedna Boska natura, jedna istota. „Oto trzy żywioły, a cegła jedna – powiedział – tak w Przenajświętszej Trójcy są Trzy Osoby, a Jedno Bóstwo”. 




Spirydon zmarł ok. 348 roku, ale do dzisiaj nie zostawia bez wsparcia proszących o jego pomoc. Według wielu świadectw, zanoszona do niego modlitwa o rozwiązanie podstawowych życiowych problemów, takich jak: znalezienie pracy, zdanie egzaminów czy rozwiązanie problemów z mieszkaniem, zawsze przynosi jego cudowną pomoc. Mieszkańcy wyspy Korfu twierdzą, że kiedy zmieniane są szaty na relikwiach świętego, jego buty okazują się zdeptane, co stanowi oczywisty znak tego, że święty nadal chodzi po ziemi i pomaga potrzebującym. Może sprawdzę podczas najbliższej sesji, czy do Krakowa też zagląda? 



Troparion ku czci świętego Spirydona:

Pierwszego Soboru okazałeś się obrońcą i cudotwórcą, mający Boga w sercu Spirydonie, ojcze nasz. Przeto zmarłą w grobie przywołałeś i żmiję w złoto zamieniłeś, i kiedy śpiewałeś święte modlitwy, aniołów współsłużących Tobie miałeś, o świętobliwy. Chwała Temu, Który daje Tobie moc, chwała Koronującemu Ciebie, chwała Temu, Który poprzez Ciebie uzdrawia wszystkich.

środa, 8 maja 2019

Grabarka

Przez ostatnie tygodnie przerzucałam plecak pomiędzy miastami, miasteczkami i wioskami. Rozrzut miałam spory, bo w sumie pokonałam ponad 5000 km. Podczas każdej podróży cele przyświecały mi naukowe, ale nie wykluczały one zachwytu nad pięknem świata. Razem z Mitsu i Niną ruszyłyśmy w stronę północno-wschodniego krańca Polski. Pierwszym przystankiem na naszej trasie była Święta Góra Grabarka.

Fot. Mitsu Dębowska

Grabarka zasłynęła w 1710 roku z cudownych uzdrowień w obliczu epidemii cholery. Pielgrzymi wciąż przybywają zaczerpnąć wody ze źródełka i zostawiają krzyże wotywne. Świętym miejscem opiekują się mniszki z prawosławnego klasztoru św. Marty i Marii. Każdy krzyż to osobista historia jakiegoś człowieka, smutek lub radość, tęsknota lub nadzieja, prośba lub podziękowanie. Z dala od codziennego zgiełku, wśród szumu drzew i śpiewu ptaków, warto zatrzymać się w refleksji nad cudem własnego życia, pochylić się nad czyimś cierpieniem albo uśmiechnąć wobec czyjegoś szczęścia. Zapraszam na fotospacer.