Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

piątek, 14 czerwca 2013

Doroczna wystawa prac studentów krakowskiej ASP

W czerwcu tradycyjnie Akademia Sztuk Pięknych umożliwia szerokiej publiczności obejrzenie dokonań swoich aktualnych studentów. W dniach 2-9 czerwca 2013 r. w kilku krakowskich przestrzeniach, nie tylko akademickich, zapoznać można się było z dziełami, które powstały w ciągu ostatniego roku. Osobiście, mocno ograniczona predyspozycjami czasowymi, zdążyłam odwiedzić jedynie gmach główny tej uczelni, mieszczący się przy placu Matejki 13, gdzie zebrano studencki dorobek z zakresu malarstwa, rzeźby, grafiki i scenografii.


W Galerii Promocyjnej ASP swoje prace zaprezentowali doktoranci II roku: Magdalena Fetkowicz-Kulesza, Olga Ząbroń, Aleksandra Batura, Izabela Stronias, Kamil Piazza, Jan Podgórski, Dariusz Milczarek oraz Krzesimir Wiater. Większość dzieł odebrałam jako niezwykle interesujące. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie obrazy owiane aurą tajemniczości, gdzie wśród gwiazd lub wśród traw dostrzec można ukryte wizerunki.

Absolutną porażką okazał się performance Kamila Wnuka. Po człowieku, który posiada aspiracje do wywierania wpływu na przyszłość sztuki, spodziewałabym się większej ambicji w twórczym przekazie. Protest wobec konserwatyzmu, wyrażony w formie rozbijania puszek z mięsem o podłogę, z kreatywnością nic wspólnego nie ma. Wręcz przeciwnie, gdyż unoszący się nad "dziełem" po kilku dniach wystawy smrodek, jedynie potęguje wrażenie niesmaku. Kamil rzeczywiście przekracza instytucjonalne ramy sztuki współczesnej, niestety, w kierunku rynsztokowym, przywołując wręcz skojarzenia zachowań typowych dla alkoholowej libacji. Piękno prawdziwej sztuki tkwi przecież w kreowaniu artystycznych wizji, a nie w niszczeniu przyziemnej, fizjologicznej sfery życia.




Pozostała część wystawy wypełniła cały budynek i przedstawiona została w formie otwartych drzwi do poszczególnych pracowni. Również na korytarzach i na klatce schodowej obejrzeć można było rysunki, instalacje, rzeźby i elementy scenografii. Moimi faworytami zostały dwa obrazy, na których zabawa perspektywą sprawia wrażenie przestrzenności, trójwymiarowości, a tkanina wydaje się tak prawdziwa, dosłownie namacalna. Zapraszam do przeglądu fotografii kilku przykładowych prac.










poniedziałek, 10 czerwca 2013

Wieczór autorski Mariusza Kusiona

Por Fiesta Club, mieszczący się przy ul. Warszawskiej 17, pretenduje do rangi miejsca precyzyjnie szytego na miarę swoich gości. Kojarzy się z muzyką, tańcem i gorącymi południowymi rytmami, ale wychodzi daleko poza ramy pierwotnych skojarzeń. Funkcjonuje tam galeria malarstwa, w ramach której kiedyś sama angażowałam się w organizację wystawy prac Krzysztofa Luli, a w klubowej kawiarni odbywają się rozmaite spotkania tematyczne. Jedną z takich inicjatyw jest, prowadzona przez Małgorzatę Michalską, Szuflandia, a więc cyklicznie aranżowana przestrzeń, w której posłuchać można utworów znanego literata, a przy okazji zaprezentować własne amatorskie zapiski.

W dniu 7 czerwca 2013 r. gościem specjalnym XVII edycji Szuflandii był Mariusz Kusion, publicysta, poeta, absolwent Wydziału Prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mariusz rzeczywiście wygląda na prawnika. Chwilami takiego z urzędu, bez nutki przebojowości, pokornie oczekującego na ogłoszenie wyroku w sprawie oceny swojej twórczości. A przecież ma powody do dumy, gdyż tworzy wiersze przepiękne. Podziwiam jego wirtuozerię w sklejaniu pozornie odległych słów, jak choćby: "gra przedwstępna", "plasterki hałasu", "kieszeń piwnicy"...

Mariusz reprezentuje typowo renesansowe, otwarte, wszechstronne podejście do świata sztuki. Jak zdradza sam poeta, w swoich wierszach często odwołuje się do innych artystycznych gatunków. Inspiracji poszukuje głównie na platformach muzyki, tańca, malarstwa, rysunku, fotografii oraz innych sztuk plastycznych, począwszy od pędzla Eugène Delacroix dochodząc do skocznych rytmów Michaela Jacksona. We wczesnym dzieciństwie sam próbował rysować, zarzucił to jednak na rzecz malowania słowem. Na jego wierszach silne piętno odciskają motywy wyłuskane z prac Giorgio Chirico, Vincenta Van Gogha, Salvadora Dalego, Gustave Moreau czy wspomnianego już Delacroix, których Mariusz ceni nie tylko za gęstą pomysłowość, ale również za uchwyconą w obrazach energię. Szczególną pozycję w jego sercu zajmuje René Magritte, hołubiony za tworzenie niepowtarzalnej poetyckiej atmosfery, uzyskanej przez precyzyjny rysunek i łączenie odległych od siebie skojarzeń, choć przedstawiona na płótnach rzeczywistość iluzorycznie jawi się jako bardzo stabilna, cicha i spokojna.


I na deser pozwolę sobie zacytować jeden z najnowszych wierszy Mariusza. Jego powstanie stanowi znakomity przykład wzajemnego przeplatania się życiowych decyzji z procesami twórczymi. Na plakacie informującym o wieczorze autorskim, zresztą zgodnie z sugestią poety, pojawił się motyw zaczerpnięty z obrazów René Magritte’a. I nagle Mariusz uświadomił sobie, że nie napisał dotąd żadnego tekstu poświęconego swojemu ulubionemu malarzowi. Postanowił zatem szybko naprawić to przeoczenie. W ten sposób życie weszło we ścisłą korelację ze sztuką.

Relatywizm cichego łyku prześcieradła (dla René Magritte’a)

cisza leczy z niepokojem
między plasterkami hałasu
spojrzenia oniemiały pod skórą lustra
układając niebo z klocków
prawdy obiektywnej
wykonalnymi alternatywami
precyzję dogmatu zawieszono
na czas siły wyższej


niedziela, 9 czerwca 2013

Antygona

To niesamowite, kiedy nagle drewniana proza sprzed wieków odzyskuje puls i zaczyna swój taniec w szalonym pędzie życia. "Antygona" Sofoklesa, jak każdy zresztą tekst wpisany do kanonu obowiązkowych lektur szkolnych, kojarzy się źle. Poddawana pseudoliterackim analizom na lekcjach języka polskiego trafia na półkę zapomnienia, kiedy tylko zaliczeniowa ocena zostanie wpisana do dziennika. Zdmuchnięcia kurzu z kart książki podjęli się młodzi ludzie związani z "Bakałarzem", studenckim klubem Uniwersytetu Pedagogicznego.

5 czerwca 2013 r. wybrałam się na przedstawienie z Ewą, Kaliną i Rafałem i wszyscy wyszliśmy tą sztuką oczarowani. Mistyczna sceneria w pokrytym czerwonymi draperiami wnętrzu, intymna, kameralna atmosfera, scena wręcz zlewająca się z widownią, odgłosy burzy tuż nad naszymi głowami i nastrojowa gra świateł stanowiły idealną oprawę dla aktorskich zmagań. Trudno uwierzyć, że oglądaliśmy amatorów, gdyż cała obsada spektaklu to studenci Uniwersytetu Pedagogicznego i jedynie Paweł Budziński jest już absolwentem tej uczelni.

Właśnie Pawłowi, mózgowi całej operacji, należą się szczególne słowa uznania. To on współreżyserował przedstawienie i jednocześnie wystąpił w roli Kreona, dosłownie zagarniając całą scenę dla siebie. Emocje na jego twarzy zmieniały się jak w kalejdoskopie - rozpacz, gniew, zawziętość, szaleństwo, smutek, strach, skrucha, pokora, ojcowska miłość... Przy tak ekspresyjnej grze trudno było pozostałym postaciom przebić się na pierwszy plan, ale i one zasługują na ogromne brawa. Urokliwie zaprezentowała się Anna Kasiarz jako Ismena, ukazując ogrom wrażliwości i siostrzanej troski. Wewnętrzne rozdarcie Antygony (w tej roli wymiennie występują Katarzyna Frącek i Maria Sehn) pomiędzy prawem boskim i przepisami ludzkiego prawa głęboko zapada w pamięć. Bakałarzowa interpretacja godna jest polecenia. Poniżej zamieszczam kilka migawek, jednak mój aparat nie sprawdza się w klimatycznym oświetleniu i nie nadąża za dynamiką akcji. 






piątek, 7 czerwca 2013

Wernisaż wystawy Ewy Bajek

Zastanawiałam się, gdzie podziewają się artystyczni krakowianie, gdyż na serii imprez, w których ostatnio uczestniczyłam, tłumów nie było. W poniedziałek 3 czerwca 2013 r. nabrałam przekonania, że wszyscy czekali przyczajeni na wernisaż wystawy Ewy Bajek. Rzesza wielbicieli talentu tej krakowskiej malarki szczelnie wypełniła kameralne wnętrza Galerii Floriańska 22 (kryjącej w swej nazwie własną lokalizację) i musiałam uzbroić się w arsenał cierpliwości, zanim goście zaczęli się wykruszać i pojawiła się odrobina wolnej przestrzeni do pamiątkowej sesji fotograficznej najnowszych prac Ewy, zebranych w ekspozycji zatytułowanej "Śniadanie na trawie".

Z Ewą Bajek                                                                                                    Ewa Bajek, Magdalena Skrzyszowska

Otwarcia wystawy dokonała właścicielka galerii, z zawodu historyk sztuki i fotograf, Magdalena Skrzyszowska. Podkreśliła odejście Ewy od dotychczasowych rajskich inspiracji w kierunku cyklu bardziej smutnego, noszącego piętno osobistych doświadczeń. A jednak nie dopatrzyłam się mroku na najnowszych płótnach. Owszem, zmieniła się nieco ich tematyka, ale zachowały one charakterystyczny styl, ekspresyjny, świetlisty, wysycony barwami. Martwa natura na obrazach sprawia wrażenie żywej, owoce kuszą swoją soczystością, zaciera się granica między rzeczywistością a nierealnością, mistyczne potwory przeplatają się z przedmiotami użytku codziennego. Wszechobecna symbolika wciąż silnie nawiązuje do raju, ulubionego wątku Ewy, i dostrzec można wiele biblijnych odniesień. Odczuwalne napięcie oraz zaprzeczanie wszelkim zasadom grawitacji jedynie nadają pracom dynamiki. Nie dopatrzyłam się nawet cienia sugerowanej melancholii ani grozy. Dla mnie ten wykreowany za pomocą pędzla baśniowy świat zdecydowanie bardziej zmierza w kierunku wolności, niezależności, ucieczki od konwenansów. Smakowicie zaserwowane śniadanie na trawie zwiastuje przecież początek radosnego dnia.




W tle każdego wernisażu mam okazję do spotkania się z przyjaciółmi i znajomymi. Tym razem zabrakłoby mi miejsca na karcie pamięci, gdybym chciała uwiecznić każdą znaną mi twarz. Ewa Bajek przyciąga swoim magnetyzmem, a nazbyt rzadko organizowane publiczne prezentacje jej prac spotęgowały pospolite ruszenie koneserów sztuki do kamienicy przy ul. Floriańskiej 22. Osoby, którym nie udało się przybyć na otwarcie, mają szansę zapoznać się z ekspozycją do 23 czerwca.



czwartek, 6 czerwca 2013

Spacer po Ogrodzie Botanicznym

Gdzie jest wiosna? Nie dość, że tak bardzo spóźnia się na spotkanie ze mną, to jeszcze ukrywa się pod burą peleryną utkaną z deszczu, zamiast w całej krasie pokazać się w kwiecistej sukni. Zapraszam na krótki spacer w poszukiwaniu kolorów po krakowskim Ogrodzie Botanicznym.







środa, 5 czerwca 2013

Festiwal Endorfin

Ostatnio szczęście stało do mnie tyłem odwrócone. Pokomplikowały się mocno moje życiowe sprawy, a jakby mi było mało stresów osobistych i zdrowotnych, ze zwykłej tępej i nieuzasadnionej zawiści nękać zaczęła mnie pewna osoba. Nawet nie przypuszczałam, że kobieta, którą status społeczny zobowiązywać powinien do zachowania przyzwoitości, potrafi być tak chamska i wulgarna. Szkalowanie mnie w Internecie i telefony z wyzwiskami świadczą jedynie o żałosnym braku kultury tej osoby, niemniej nie jestem przyzwyczajona do konfrontacji z rynsztokowym poziomem.

Brakowało mi pozytywnych bodźców, stąd - w niedzielę 2 czerwca - na mojej liście priorytetowych wydarzeń pojawiła się impreza zatytułowana Festiwal Dobrego Samopoczucia "Ogród Zdrowia", funkcjonująca również pod ciekawszą nazwą: Festiwal Endorfin. Pomysł zorganizowania takiego przedsięwzięcia powstał w Fundacji Zdrowy Kontakt. Szczególnie pozytywnie oceniam wybór lokalizacji, czyli tereny krakowskiego Ogrodu Botanicznego, znakomicie komponujące się z festiwalowymi ideami rekreacyjnymi.

Spodziewałam się większej frekwencji, gdyż niebo na ten jeden dzień zawiesiło akcję podlewania swoich włości. Trudno jednak debiutującemu zdarzeniu konkurować z nagłaśnianą medialnie Paradą Smoków i z towarzyszącymi jej atrakcjami. Jak powszechnie wiadomo, obecne władze Królewskiego Miasta Krakowa promują folklor i cepeliadę, a ambitniejsze, niszowe akcje odrzucają jako nie rokujące żadnych korzyści dla swojego wizerunku.

Z dala od zgiełku i plastikowej komercji, pośród soczystej zieleni, podejrzeć mogłam pokazy i warsztaty tańców dworskich prowadzone przez Szkołę Tańca Jane Austin. W Szpitalu Pluszowego Misia obserwowałam wyjątkowo precyzyjną operację ratującą zdrowie różowego króliczka, jaką przeprowadziła Łucja. Kolejny punkt programu serwował lekcje poruszania się w towarzystwie kijków, czyli warsztaty Nordic Walking. Ratownicy PCK szkolili, w jaki sposób przywrócić fantoma do życia. Grupa Capoeira Camangula w etnicznych rytmach zachęcała do wspólnych wygibasów na trawie. Uczestnicy gry terenowej walczyli o zdrowe nagrody. Te i inne aktywności festiwalowe miały oczywiście zachęcić do wsparcia statutowych działań Fundacji. 






poniedziałek, 3 czerwca 2013

Wernisaż wystawy Marcina Dymka

W piątkowy wieczór 31 maja 2013 r. wnętrza Otwartej Pracowni wypełniła krakowska śmietanka artystyczna, aby obejrzeć dzieła zebrane pod tajemniczo brzmiącym tytułem "Anabioza". W strukturach Stowarzyszenia pojawiła się niedawno nowa twarz - Monika Niwelińska - i to właśnie ona została kuratorką najnowszej wystawy autorstwa Marcina Dymka.

Z Marcinem Dymkiem                                                                           Ignacy Czwartos, Marcin Dymek, Monika Niwelińska

Według definicji, greckie słowo anabioza oznacza powrót do życia, przebudzenie się po okresie stagnacji, dyplom szkoły przetrwania ukończonej wbrew niekorzystnym warunkom. W prezentowanych pracach Marcin Dymek inspiruje się głównie sekretnym światem flory i fauny oraz, z uwagi na zbyt wielkie gatunkowe oddalenie, botanicznymi i zoologicznymi zagadkami dla człowieka nigdy do końca nieodgadnionymi. Doszukuje się analogii do ludzkiej sfery. Nad wystawą krąży duch chaosu i niepewności. Widać silną fascynację zielenią jako symbolem witalności i odrodzenia. Często w ciekawy sposób autor bawi się formą, jak choćby poprzez doklejanie do płótna kolorowych szklanych kulek, przez co obrazy nabierają nowego, trójwymiarowego charakteru. Jako tworzywo wyjściowe pojawiają się również elementy recyklingu - rama okienna, piankowy materac, wycieraczka, stara zabawka, itp. Rysunki sprawiają wrażenie zniszczonych, zmiętych, pożółkłych, niczym ulotne myśli uchwycone w chwili natchnienia na kawałku papieru z odzysku. Rzeźby przywołują skojarzenie, że wykonano je z makulatury lub z przypadkowo znalezionych przedmiotów. Zapraszam do obejrzenia moich fotografii kilku najciekawszych według nas prac.




Na wernisaż wybrałam się z moją przyjaciółką Krysią, która akurat odwiedziła mnie przy okazji przedłużonego weekendu, zwanego przeze mnie Świętym Czwartkiem. Połączyły nas światłowody, wiara w dobro i pasja tworzenia. Możliwość częstszych spotkań ogranicza, niestety, blisko ośmiogodzinna podróż pociągiem spowolniona szkodami górniczymi na śląskim odcinku trasy do Bolesławca. Mam nadzieję, że Krysia również opisze własne wrażenia ze swojej pierwszej krakowskiej wystawy. Natomiast ja zachęcam do odwiedzenia Otwartej Pracowni przy ul. Dietla 11 - ekspozycja dostępna będzie do 9 czerwca.