Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

wtorek, 30 kwietnia 2013

Ludzie z pasją

Uwielbiam ludzi, którzy wychodzą poza schemat codzienności i nie ograniczają się wyłącznie do konsumpcji jałowej papki serwowanej na ekranie telewizora albo do narzekania nad swoim bezbarwnym losem. Każda pasja, choć niekoniecznie musi dla mnie zrozumiała, nadaje życiu koloryt. Zjawiskiem absolutnie bezcennym jest, moim zdaniem, umiejętność wciągania innych w świat swoich zainteresowań.

Wybraliśmy się do Parku Jordana, gdzie w strefie rekreacyjnej znaleźć można bulodromy. Petanka wywodzi się z Francji i zalicza się do kategorii gier zręcznościowych. I jeśli udało mi się cokolwiek zrozumieć, to chodzi o rzucanie dużymi kulami w stronę takiej małej kuleczki, a punkty zdobywa ten zawodnik, który dorzuci najbliżej. Oczywiście zasady są o wiele bardziej skomplikowane, jak choćby wytyczne dotyczące miejsca i sposobu rzutu, wybijanie buli przeciwnika, mierzenie odległości, itd. Pewnego dnia być może sama spróbuję zagrać, a wtedy zagłębię się w reguły. Na razie jednak kontuzja prawej ręki zatrzymała mnie na trybunie biernego obserwatora. a na żwirowym placu o wymarzone 13 punktów ostro zawalczyli Marcelina i Rafał.



Niespodziewanie miłe towarzystwo pojawiło się na sąsiednim bulodromie. Przynieśli ze sobą mnóstwo dziwnych rzeczy, więc moja ciekawość została podkręcona do maksimum. Początkowo ich zachowanie przypominało typową rozgrzewkę przed zawodami sportowymi - bieganie, ćwiczenia rozciągające, itd. Później jednak zaczęli ubierać na siebie zgoła ekscentryczną odzież. Okazało się, że Agnieszka, Krzysiek i Paweł pasjonują się odtwórstwem historycznym, a ich parkowe spotkania stanowią trening przed turniejami rycerskimi. Moje wrodzone tchórzostwo i paniczna reakcja na widok choćby kropli krwi zdecydowanie wykluczają osobisty udział w takiej bitwie, ale mam nadzieję, że nadarzy się kiedyś okazja obejrzenia ich w pełnym rynsztunku.



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Raut Charytatywny

W niedzielę 28 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu. Niesamowitą mieszankę muzyki, mody i sztuki w ramach Rautu Charytatywnego zaserwowała Fundacja na Rzecz Osób Niepełnosprawnych - Bona fide, a gościny w swoich zabytkowych wnętrzach przy ul. Lubicz 5 udzielił Hotel Europejski. I właśnie w takiej wyjątkowej oprawie mogłam spędzić uroczy wieczór z moimi znajomymi.



Oczywiście, cała wrażeniowa dla zaproszonych gości część była jedynie dodatkiem do szczytnej idei, dla jakiej zorganizowano tą imprezę, a mianowicie pozyskania środków dla podopiecznych Fundacji. Nastąpił więc szereg wystąpień wprowadzających w statutowe działania i bieżące potrzeby. Aby wprawić publiczność w pozytywny, licytacyjny nastrój, swoim głosem, na przemian jazzująco, balladowo i po góralsku, poczarowała Hanka Wójciak, której pierwsza płyta powinna ukazać się jesienią tego roku. Mogliśmy też obejrzeć dwa fantastyczne pokazy mody. Jako pierwsze pomiędzy stolikami przespacerowały się suknie autorstwa Marty Polaczyk. Prezentację uwodzicielskich projektów Laury Obrzut już podziwiałam kiedyś w Sukiennicach i z równym zachwytem patrzyłam teraz na jej najnowszą kolekcję zatytułowaną "Powiew wiosny".

Prezes Fundacji Małgorzata Wodzień
Hanka Wójciak przy akompaniamencie Mateusza Szczypki
Projekty Marty Polaczyk
Projekty Laury Obrzut

Po części rozrywkowej nastąpiła licytacja. Zakupić można było obrazy podarowane zarówno przez ich autorów, np. Edytę Sokół, jak i przez kolekcjonerów. Pod młotek trafiły przeróżne przedmioty. Największą furorę zrobiły litografie, staloryty i miedzioryty. Miałam ogromną chrapkę na srebrne spinki do mankietów z herbem Krakowa, oczywiście w przeznaczeniu prezentowym, ale bój o nie tak zażarty był, że wywiesiłam białą flagę. Mam nadzieję, że organizatorzy byli zadowoleni z aukcyjnego zaangażowania gości, gdyż z minuty na minutę atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. A ja nie mogłam odmówić sobie przyjemności zrobienia kilku pamiątkowych fotografii z gwiazdami wieczoru.


Z Edytą Sokół
Z Hanką Wójciak
Z Laurą Obrzut

sobota, 27 kwietnia 2013

Epitafium

W głowie gwarno jak na targu
Uciec chcę przed tym zamętem
Więc wyciągam ciernie myśli
Znów się bawię atramentem
I na papier kapię krople
Które wypełniły czarę
Pełnego emocji życia
Szalonego ponad miarę
Chcę zatrzymać się w tym pędzie
Odnaleźć ciszy dekadę
I doczekać się tej chwili
Kiedy kornik zje szufladę
Światło dzienne ujrzą słowa
Napisane dla zabawy
Wierszy tom pośmiertnie wydam
By spocząć pod wieńcem sławy



piątek, 26 kwietnia 2013

Cztery koty

Czwartkowy wieczór usadowił się na pięciolinii. Tym razem nogi poniosły mnie do Klubu Herbacianego Nie lubię poniedziałków. Odkryłam to miejsce całkiem niedawno przy okazji stand up'owych zmagań moich kolegów. Ta maleńka knajpka mieści się przy ul. Szlak 14, a jej wykafelkowane w peerelowskim stylu ściany w poszukiwaniu pierwotnej wizji przeznaczenia lokalu nasuwają skojarzenia ze sklepem mięsnym. Wbrew pozorom udało się tu stworzyć wyjątkowo przytulną atmosferę, a oprócz rozmaitych trunków klub serwuje smakowite kąski wszelakiej rozrywki dla duszy.

Wybrałam się zatem z moim przyjacielem Maćkiem na koncert zespołu Cztery koty. Nie ukrywam, że czynnikiem kuszącym była nazwa zespołu, a moja powszechnie znana słabość do tych futrzaków ograniczyła przedkoncertowe szpiegostwo wyłącznie do sprawdzenia gatunku muzycznego. Rock jak najbardziej podchodzi pod moje gusta.

Tak naprawdę kapelę Cztery koty tworzy duet muzycznych pasjonatów: Antonina Kardaś śpiewa, a Paweł Kaczmarczyk gra na gitarze (choć i jemu zdarza się dośpiewywać w niektórych kawałkach). A jednak wyjątkowo na scenie rzeczywiście grasowała kocia czwórka, gdyż gościnnie w bębny uderzał Sławomir Zięba, a w harmonijkę dmuchał Adrian Szupke.



Antonina i Paweł poznali się w liceum w Suchej Beskidzkiej. Do Krakowa przyjechali poszerzać horyzonty naukowe - ona ćwiczy cyrylicę w ramach filologii rosyjskiej, on wybrał architekturę. W czasie poszukiwania nazwy dla zespołu Tosia była szczęśliwą posiadaczką kociej czwórki: Fifi, Ginger, Pysi i Koki. Później pojawiła się jeszcze Dona, ale pierwotna cyfra pozostała już niezmieniona.

Kapela eksploatuje przede wszystkim rockowe, bluesowe i punkowe złoża muzyczne. Na razie ograniczają się jedynie do coverów (nawet w kilku przypadkach wypadając, moim zdaniem, lepiej niż oryginał), ale zdradzili, że pracują nad własnym materiałem. Na uwagę zasługują niesamowite możliwości głosowe Tosi - świetnie radzi sobie zarówno w delikatnych balladach, jak i w ostrych, typowo męskich kawałkach, nie tylko w polskiej wersji językowej, ale również po angielsku i rosyjsku. Najbardziej jednak urzekły mnie partie śpiewane wspólnie przez Tosię i przez Pawła - pasja i namiętność iskrząca w ich spojrzeniach pełnych wzajemnej miłości i czułości tworzą znakomitą, niepowtarzalną oprawę dla każdej piosenki.


Na Cztery koty regularnie można się natknąć w różnych krakowskich klubach, więc zapraszam do podglądania koncertowych harmonogramów na oficjalnej stronie zespołu.



czwartek, 25 kwietnia 2013

Spacer po lesie

Czasami człowiek się potyka. O zwyczajną podłość ludzką, zawiść, mściwość, nienawiść, zakłamanie, małostkowość. Zupełnie tych cech nie potrafię zrozumieć. Zapewne dlatego, że każdy patrzy na innych przez pryzmat własnego szkieletu psychicznego. A może dlatego, że moje życiowe ścieżki krzyżują się zwykle z dobrymi duszami i nie jestem przyzwyczajona do konfrontacji ze złośliwymi trollami?

I przychodzi nagle taka chwila, że ma się nieposkromioną ochotę porzucić wszystko i uciec gdzieś w nieznane, jak najdalej. Chociaż na kilka minut zaszyć się w zdziczałej głuszy poza wszelkimi schematami, bez tych złych spojrzeń ciskających gromami nieuzasadnionej wrogości, zanurkować w odmęty ciszy i błogiego spokoju.

Zaczarowana jestem pięknem przyrody. Nawet złamana wiatrem gałąź jawi się jako najpiękniejsze dzieło sztuki. Natura jest wirtuozem, niedościgłym w swych umiejętnościach. Zapraszam na krótki spacer po urokliwym zakamarku, choć w fotografiach, niestety, nie można zamknąć radosnego śpiewu ptaków i tajemniczego szelestu liści, zapachu dzikich roślin, smaku leśnego powietrza, delikatnego dotyku traw i mchu oraz tej niesamowitej, baśniowej atmosfery niczym nieskrępowanej wolności.




niedziela, 21 kwietnia 2013

Bazyl. Człowiek z kulą w głowie (Micmacs à tire-larigot)

Ta płyta bardzo długo czekała na moją prywatną premierową projekcję. Do zakupu skusiło mnie nazwisko reżysera - Jean-Pierre'a Jeuneta, a więc twórcy mojej ukochanej "Amelii". I w końcu nadarzyła się sobota, którą nieprzerwanie kisiła szarobura aura, jakby szósta rano zawiesiła się w czasoprzestrzeni. Potrzeba zresetowania tej ponurej rzeczywistości usadowiła mnie przed ekranem telewizora.

I tym oto sposobem zapadłam się w baśniowy klimat opowieści o Bazylu. Retrospekcja ukazuje, jak w brutalny sposób małemu chłopcu odebrane zostało szczęśliwe dzieciństwo. Jego ojciec zginął podczas rozbrajania miny przeciwpiechotnej, matka nie udźwignęła tego ciężaru i została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, a on sam trafił do sierocińca prowadzonego przez surowe i okrutne zakonnice. Spotykamy go ponownie jako dorosłego mężczyznę, by chwilę później stać się świadkiem przypadkowego postrzału, który rujnuje jego spokojne, poukładane życie.

Spodziewałam się większych zaburzeń percepcji u głównego bohatera. A jednak, mimo poważnego urazu głowy i tytułowej kuli ukrytej gdzieś w czaszce, zaskakuje on sprytem i logiką podejmowanych działań. Z bezdomności tworzy swoisty performance. Błyskawicznie aklimatyzuje się w swoistym zamku wybudowanym na złomowisku przez niewielką grupkę ekscentrycznych wyrzutków społecznych. Wspólnie knują intrygę mającą na celu zemstę na wyzutych z uczuć producentach broni.

Osoby pojawiające się na ekranie prezentują wyjątkowo bogate wnętrza i wyraziste charaktery. Wszyscy aktorzy spisali się medalowo, szczególnie ci odtwarzający postaci kloszardów zachwycają naturalnością, a ich filmowe fantazje i dziwactwa pasują do nich idealnie jak szyte na miarę garnitury.

Mocną stroną tego filmu są zdjęcia, często balansujące na granicy sepii, tajemnicze, nastrojowe, igrające ze światłem, współgrające z muzyką. Nawet złomowisko, na którym mieszkają bohaterowie, wydaje się ciepłe, przytulne, wręcz zaprasza w swoje czeluści. A ja zapraszam do skosztowania sporej porcji absurdu, surrealizmu i humoru, pięknie opakowanej i przyrządzonej ze smakiem.

Informacje dla zainteresowanych:
reżyseria - Jean-Pierre Jeunet
scenariusz - Jean-Pierre Jeunet, Guillaume Laurant
w roli głównej - Dany Boon
produkcja - Francja, 2008

                                                                                                                                                       Źródło: http://www.filmweb.pl

sobota, 20 kwietnia 2013

Sztuka rozśmieszania

Jedną z najbardziej bezcennych, moim zdaniem, umiejętności jest dar malowania spontanicznego uśmiechu na twarzy drugiej osoby. Czasami wystarczy po prostu drobny gest, poczęstowanie kogoś okruchem dobra, zwyczajne podanie pomocnej dłoni. Innym razem potęga abstrakcyjnej wyobraźni nawet u największego sztywniaka potrafi wywołać niekontrolowany atak śmiechu.

Ostatnio do łez rozbawiło mnie kilka wyimaginowanych ogłoszeń. W większości są to remake'i zagranicznego poczucia humoru, ale w spolszczonej wersji okazują się równie zabawne. Szczególnie przypadły mi do gustu zdjęcia plakatów krążących po kpiarskich stronach internetowych, a dotyczących "zagubionych" zwierzaków. Mam nadzieję, że i Wy uśmiechniecie się czytając treść subiektywnie przeze mnie wybranych anonsów.




czwartek, 18 kwietnia 2013

Zachwyt naturą

Niedościgłym dla mnie wzorcem do naśladowania w zakresie tworzenia piękna jest sama natura. Nawet w mieście, dla władz którego priorytetem jest betonowa zabudowa, spotkać można fragmenty zachwycającej dzikiej przyrody. 

Od wielu miesięcy szarpiemy się w nierównej walce o uratowanie przed urzędniczą bezmyślnością ponad dziesięciu hektarów zaniedbanych terenów zielonych okalających zabytkowy fort reditowy na Bronowicach. Więcej informacji na temat podejmowanych przez nas działań można znaleźć na facebookowej stronie Zielonych Bronowic i pewnie niejeden raz jeszcze o tym napiszę na blogu, gdyż przyroda i ekologia są mi równie bliskie jak sztuka, a biurokratyczna indolencja podnosi mi ciśnienie. Można też oddać swój głos poparcia dla naszej sprawy w formie podpisu pod petycją online.

Tak się dzisiaj złożyło, że dzień mieliśmy wyjątkowo uśmiechnięty i bardzo spacerowy, więc chciałabym się nim z Wami podzielić. W Parku Krakowskim rozłożono przed nami kobierzec z niebieskiego kwiecia. W Parku Jordana natomiast cudnej urody wiewiórka z wdziękiem zapozowała do pamiątkowej fotografii.


Park Jordana
Park Krakowski


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

SLOT FEST

Weekend upłynął mi w klimatach orientalnych i przez wiele godzin smakowałam kultury irańskiej. Po raz kolejny mogłam wykazać się w prowadzeniu zajęć artystycznych, tym razem w ramach 9. SLOT Fest "O wschodzie" SALAM IRAN, oczywiście jako wolontariusz. Tematem moich warsztatów był decoupage na przedmiotach użytkowych. Mój skromny udział stanowił jedynie kropelkę w morzu atrakcji. W ciągu dwóch dni festiwalowych szaleństw - 13 i 14 kwietnia - skumulowano ponad 135 wydarzeń. 

Tajemniczo brzmiące słówko SLOT jest akronimem nazwy Stowarzyszenia Lokalnych Ośrodków Twórczych. Grupę aktywnych i otwartych osób połączyła idea dzielenia się tym, co w sobie mają oraz wewnętrzna potrzeba zaangażowania w działalność społeczną, kulturalną czy edukacyjną. Organizują oni cyklicznie tematyczne wydarzenia, a imprezy te zaadresowane są dosłownie do każdej grupy wiekowej.

Dziewiąta edycja festiwalu obejmowała m.in. perską historię, islamską religię, irańską gospodarkę, kulturę i sztukę. Można było oglądać filmy i wystawy, wysłuchać wykładów, uczestniczyć w warsztatach artystycznych, edukacyjnych lub sprawnościowych, posłuchać muzyki. W atelier fotograficznym Krzysztof Żwirski przenosił festiwalowiczów w kadry innego kontynentu. Maluchy szalały w kąciku dziecięcym. Kobiety piękniały w strefie mody i wizażu. Miłośnicy rywalizacji kierowali się do strefy gier.

Nie sposób opisać fantastycznej atmosfery, jaka panowała na tym festiwalu kultury alternatywnej. Osobiście mam tylko jedną uwagę krytyczną - warsztaty artystyczne nie powinny odbywać się w otwartej przestrzeni, lecz w wydzielonych pomieszczeniach, jak miało to miejsce poprzednio. W zgiełku trudno bowiem o koncentrację i precyzję, potrzebne do tworzenia, zwłaszcza podczas stawiania pierwszych kroków.





czwartek, 11 kwietnia 2013

Nadzieja

W burych dniach zatracam sens siebie. Niczym ogniwo fotowoltaiczne - bez słońca nie działam. Mroczne, wydłużone cienie straszą swoim lodowatym oddechem jak w horrorach. Niemiłosiernie dłuży się czas oczekiwania na decyzje, na które wpływu żadnego nie mam, a które dotyczą mnie bezpośrednio. Ale wierzyć zaczynam, że będzie dobrze, bo nagle dzisiaj zobaczyłam, jak w moim ogródku budzi się Nadzieja. 




środa, 10 kwietnia 2013

Bajka o Rozbitkach

Po monotonnej nieskończoności oceanu dryfowały dwie miniaturowe łupiny tratw skleconych niezdarnie ze skrawków brutalnie rozszarpanego życia. W bezkresie pustki przerażająca cisza pożerała każdy dźwięk, zanim jeszcze jego pierwszy zabłąkany i zupełnie przypadkowy akord zabrzmieć zdążył. 

Na jednej atrapie ratunkowej szalupy w smutek odziana Ona próbowała gdzieś głęboko pod swoimi powiekami dostrzec zacierającą się granicę lodowatych błękitów wody i nieba, aby odnaleźć na horyzoncie choćby cień wspomnienia ciepła stałego lądu. Na drugiej zaś On słonymi kroplami łez przemywał resztki swojej zakrwawionej duszy, wciąż bezskutecznie podejmując wysiłek opatrzenia jej bandażem utkanym z niepamięci.

I nagle, choć porywisty wiatr wiał w przeciwnych kierunkach, na przekór wszelkim regułom rachunku prawdopodobieństwa, namiastki łodzi zderzyły się z takim impetem, że Rozbitkowie wpadli w otchłań wody. Wynurzyli się po chwili, bardziej zdziwieni niż mokrzy, i powoli wdrapali się z powrotem na zgliszcza swojej własnej godności. Bez niepotrzebnych słów wyciągnęli sznurówkę ze zmurszałego starością trampka i, jakby to była czynność najbardziej w świecie naturalna, mocno związali nią swoje tratwy.

I popłynęli dalej w nieznaną przestrzeń, bez choćby mgliście sprecyzowanego celu, bez żadnych wzajemnych wobec siebie oczekiwań, bez zbędnych spojrzeń za siebie, nierozerwalnie połączeni już razem na zawsze.

- Dobrze mi - czasami szeptał On.

A Ona otulała się bladym uśmiechem, tak bardzo wewnętrznie szczęśliwa, bo w tej samotności we dwoje w końcu odnalazła zmysłów ukojenie.



I znów namolnie wszystkim osobom wykazującym tendencję do nadinterpretacji czytanych treści przypominam, że historia niniejsza jest jedynie tworem mojej wyobraźni i nic wspólnego nie ma ze światem, w którym byt mój zaistniał.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Bajka o Miłości

Po brzydkim, brudnym, betonowym osiedlu zataczała się Miłość, poobijana, zakrwawiona, wulgarna i hałaśliwa, pełna gniewu i goryczy. Pąki, które niemrawo wychylały swoje główki spod zwałów burego śniegu zastanawiając się, czy może rozchylić się jednak tej wiosny, padały z powrotem na ziemię przygniecione jej alkoholowym odorem. Nagle załomotała do moich drzwi.

- Chcę tu być - powiedziała.

Zaskoczona wpuściłam Ją do środka. Wśród bezładnie porozrzucanych po podłodze rzeczy wymościła sobie legowisko i zasnęła snem niespokojnym, wypełnionym bólem i strachem, bezradna niczym pisklę wyrzucone z gniazda.

Mijały dni, Jej rany zaczęły się goić i zaczęłam coraz mocniej dostrzegać w Niej wewnętrzne piękno. Zaczarowała mnie swoim głosem godzinami opowiadając niewiarygodne historie ze swojego kilkusetletniego życia. Roztaczała przede mną barwne wizje świetlanej przyszłości. Coraz bardziej wypełniała moją przestrzeń swoim ciepłem, stawała się jak powietrze niezbędna dla mojej codziennej egzystencji. Cierpliwie pomagała mi pozbierać rozsypane puzzle mojego życia, aby zapanować nad otaczającym mnie chaosem i odbudować mój dom, staranowany onegdaj przez niszczycielski kataklizm.

Równie gwałtownie i niespodziewanie, jak ta historia się zaczęła, czar prysł. Kilka moich niepotrzebnych, nieprzemyślanych słów i pękła delikatna żyłka łączących nas relacji. Wspólnie stawiane fundamenty runęły z wielkim hukiem, bo zabrakło czasu, aby je zgodnie ze sztuką budowlaną scementować. Pospiesznie spakowała swój tułaczy tobołek i nawet nie zdążyłam wyszeptać Jej, jak bardzo Ją kocham.

- Nie chcę tu być - powiedziała i odeszła.



Wszystkie osoby z tendencją do nadinterpretacji czytanych treści z góry uprzedzam, że to tylko opowiadanie, które samoistnie powstało w mojej głowie, albowiem rzeczy nie są takie, jakimi się wydają.


niedziela, 7 kwietnia 2013

Wernisaż wystawy Lecha Kolasińskiego

W dniu 5 kwietnia ponownie zagościłam w surowych wnętrzach Otwartej Pracowni. Tym razem miało tam miejsce otwarcie wystawy Lecha Kolasińskiego zatytułowanej "Przed". Młody artysta (rocznik 1986) zaskoczył swoją dojrzałością i wrażliwością, a odkrywanie drugiego dna w jego obrazach okazało się fascynującym doznaniem.


Lech Kolasiński
Michał Hankus i Lech Kolasiński

Tak naprawdę, to prace Lecha obejrzałam dwa razy. Pierwsze podejście było przelotnym spojrzeniem przypadkowego gościa wystawy, który stanął twarzą w twarz z kolorem. Jedne obrazy atakowały pstrokacizną, inne, stonowane pomimo niespokojnych wzorów, splatały w sobie jedynie kilka barw. Czasem na malowidłach po prostu ścierały się różne faktury, często przekornie, jak na przykład płótno niespiesznie skapujące na farbę.

Po raz drugi na wystawę popatrzyłam oczami jej autora. "Każdy zakochuje się w wyobrażeniu, ale nie każdy ma taką wyobraźnię, jak ja" - ta sentencja, podkradnięta z, najciekawszego moim zdaniem, obrazu, zawiera w sobie kwintesencję nie tylko tej ekspozycji, ale przede wszystkim znakomicie definiuje samo życie. 

Zapytany o źródło inspiracji, Lech wskazał ideę Gestalt. Ta swoista filozofia życiowa uczy naturalnego odczuwania siebie i otoczenia, wbrew narzuconym przez edukację ramom schematycznych struktur myślowych. I tak w każdym obrazie odnaleźć można ukrytą informację. Piękne złote ornamenty okazują się być konstrukcją ułożoną z karabinów. W pozornej plątaninie kolorowych plam schowane są postaci. Drzewa są neuronami. Każdy kwadracik na powierzchni przypominającej kuchenną ceratę z geometrycznym wzorem skrywa w sobie inną historię. I nawet piosenka Ewy Demarczyk zatytułowana "Groszki i róże" została na jednym z płócien uchwycona. Koneserzy historii sztuki odnajdą mnogość odniesień do uznanych postaci ze świata malarstwa, a osoby interesujące się psychologią zauważą plastyczną interpretację wielu teorii dotyczących ludzkiego umysłu.

"Przed" - oznacza jedynie zewnętrzną powłokę, to, co powierzchownie postrzega każdy człowiek na swój subiektywny sposób. Dopiero próba wysłuchania i zrozumienia drugiej osoby pozwala zauważyć głębię emocji i jej prawdziwe intencje. I właśnie takie przesłanie płynie spod pędzla Lecha: rzeczy nie są takie, jakimi się wydają.






Każdy wernisaż ma dla mnie również bardzo osobisty wymiar, gdyż jest to okazja do oderwania się od zabieganej rzeczywistości oraz do spotkania i rozmowy z moimi znajomymi. Na zdjęciu towarzyszą mi od lewej: Kasia i Kalinka, a z prawej widać profil Ewki.


Wystawa potrwa do 27 kwietnia i myślę, że warto skorzystać z szansy na chwilę głębokiej refleksji, nie tylko artystycznej, ale też duchowej, aby dostrzec wnętrza, które we współczesnym świecie przesłania egoizm.

środa, 3 kwietnia 2013

Męskie sprawy

Srebrnolistna kusicielka po raz kolejny zaprosiła mnie do zabawy. Rękawica została rzucona w ramach tematycznego wyzwania "Męskie sprawy". Przez wiele dni zamiast pomysłu w mojej głowie dźwięczało jednak echo. Biżuteria wydaje się przecież taka niemęska. Owszem, kiedyś jednemu przedstawicielowi gatunku obiecałam takowy prezent i, jak to w moim przypadku bywa, objęty był bankową gwarancją - z każdym dniem procenty rosły. Kombinowałam wciąż wielotorowo, ale zamiast efektu w postaci mojego zadowolenia, kosz w mojej głowie połykał kolejne nieudane idee. 

Postanowiłam zatem postawić na prostotę. Często nieskomplikowane przedmioty mają w sobie o wiele więcej uroku niż rozmaite pracochłonne dziwadełka. I tak powstała prosta obroża makramowa w eleganckiej i pasującej do wszystkiego czerni. Potencjalny nosiciel wyraził zadowolenie z prezentu, a przecież właśnie o to chodziło. W mojej koncepcji mieściła się jeszcze jakaś niebanalna zawieszka na środku obróżki, ale każdy projekt, jak choćby pierwsza literka imienia, czy symbol Marsa (czyli męskości), napotykały na grymas na twarzy osoby obdarowywanej, więc w ostateczności pozostałam przy pierwotnej wersji, surowej, bez żadnych ozdobników. Foteczki jeszcze bez mojego logo, ale na pewno niebawem wdrapię się na kolejny szczebel na drabinie umiejętności.



Pracę niniejszą zgłaszam na wyzwanie u Srebrnolistki i zapraszam do odwiedzania stronki:
 http://srebrnolistka.blogspot.com/2013/04/wyzwanie-meskie-sprawy-gosowanie.html
gdzie do 9 kwietnia włącznie głosować można na najciekawszy pomysł na wplecenie naszych mężczyzn w świat kobiecej sztuki rękodzielniczej.