Kalendarium

* Od 5 do 30 września 2017 r. - piesza pielgrzymka do Santiago de Compostela
* bezterminowo: Akcja społeczna Zielone Bronowice

sobota, 16 marca 2013

Być Kobietą - wyzwanie ósme

Myślą przewodnią, ostatniego już niestety, spotkania w ramach tafcikowych wyzwań było zrobienie samej sobie niespodzianki. I tak się szczęśliwie złożyło, że ostatnie dni dosłownie eksplodowały serią zaskakujących dla mnie zdarzeń. Wierzę, że dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy i staram się żyć tak, aby nikt z mojego powodu nigdy nie uronił ani jednej łzy. Serce moje, o kilka rozmiarów za duże, jak namagnesowane, przyciąga gesty serdeczności, upozytywnia zjawiska, na które przecież nie mam wpływu, samoistnie tworzy ciąg wydarzeń, których dodatni wydźwięk daleko wybiega poza moje najśmielsze oczekiwania. Z typową kocią gracją nie tylko zawsze spadam na cztery łapy, ale też nieustannie mam powody do mruczenia z zadowolenia obrotem każdej sytuacji. Nie oznacza to bynajmniej zbyt niskiego poziomu moich marzeń. Wręcz przeciwnie, moja wyobraźnia jest niczym nieograniczona, a żądza czerpania z życia garściami wciąż nienasycona. Oczami dziecka patrzę na świat i życie nieustannie mnie zachwyca, bo jest po prostu cudem i stworzone zostało przez o wiele większy umysł od mojego.

Obchody moich urodzin, choć powinny ograniczyć się do 10 marca, trwały 4 dni. Moi cudowni przyjaciele dosłownie zasypywali mnie życzeniami, uśmiechami, słowami, czynami, przyjemnościami, prezentami. Czułam się jak królowa wszechświata, uskrzydlona, wyniesiona na ołtarze, najważniejsza, wyjątkowa, aż po opuszki palców wypełniona wewnętrznym blaskiem i beztroską radością.

Nadmiar emocji należało konstruktywnie rozładować, więc w poniedziałek wsiadłam spontanicznie do samochodu i pojechałam na wycieczkę do Katowic. Oczywiście, nie była to podróż celu pozbawiona. Chciałam sprawić komuś frajdę, gdyż iskierki wesołości w oczach drugiej osoby lubię jeszcze bardziej niż czekoladę. I myślę, że się udało.

A w piątek zupełnie niespodziewanie dla samej siebie pojawiłam się we Wrocławiu. Teoretycznie mogłam załatwić sprawę korespondencyjnie. Ale pokusa spotkania ludzi, którzy dokonali rewolucyjnych zmian w poetyckiej hierarchii wartości i ku gigantycznemu mojemu zdumieniu moją radosną twórczość paraliteracką wynieśli na sam szczyt, okazała się zbyt silna, aby zadowolić się suchym, papierowym surogatem gratulacji i telefonicznym uściskiem dłoni. Wszystkie gwiazdy na niebie wskazywały jeden kierunek, więc nawet nie próbowałam płynąć pod prąd. Do całkowitej reorganizacji bieżących planów wystarczyły trzy maile i już następnego dnia mogłam swobodnie pomknąć na zachód. Wrażenia moje zdecydowanie należy skategoryzować jako bezcenne i niewysławialne. I choć zmęczenie podróżą odczuwam, nigdy nie chciałabym utracić tego mojego genu szaleństwa, co nagle nakazuje mi rozsypać chaotycznie wszystkie zabawki poukładane w mojej piaskownicy życia i poszybować w dal na podmuchu wiatru, choćby na krótką tylko chwilę.

Ściskając w ręku bilet na Wyspę Tropikalną

2 komentarze: